Marzenia jako dziecko miałem raczej normalne. Przede wszystkim chciałem mieć pieniądze, dlatego też kiedy tato wręczył mi któregoś razu zielonkawy bilecik z podobizną Chopina poczułem, że spełnia się jedno z moich głębokich pragnień. 5000 starych polskich złotych – co można było za to kupić? W tamtych czasach i w dziecięcym świecie całkiem sporo.

  • To jest twoje kieszonkowe. – stwierdził tatko. – Będziesz dostawał po jednym takim bileciku co tydzień.

Inne moje dziecięce marzenie też było raczej klasyczne. Chciałem obrabować lokalną cukiernię. Przekalkulowałem sobie jednak po pewnym namyśle ten plan i w związku ze zbyt skomplikowaną logistycznie operacją jak na możliwości pierwszoklasisty nieco zmieniłem koncepcję. Wystarczyłoby gdyby pracownik cukierni wychodząc po skończonej pracy do domu nie przyuważył mnie schowanego pod ladą i zamknął na całe popołudnie i noc w środku. Cóż tam mieli za precjoza. Lody, pączki, drożdżówki z kruszonką i nadzieniem z białego sera, bezy białe jak śnieg, W-Zetkę krojoną na porcje, ale to wszystko nic. To wszystko nic wobec tego czym były dla mnie w tamtym czasie Amerykany. Ciastko przypominało latający spodek, miało kształt spłaszczonego stożka i na podstawie polewano je słodkim jak cukier w kostkach lukrem. Amerykany układano na brzuszku, płaską i oblukrowaną częścią ku górze. Ciastko kosztowało dokładnie jednego Chopina.

Po trzech tygodniach od dnia w którym tato wręczył mi pierwsze kieszonkowe byłem już osiedlowym zarobasem. Trzymałem się dzielnie i cierpliwie oszczędzałem pieniądze aż w końcu zgromadziłem 15 000 złotych, trzy zielonkawe bileciki. Dłużej jednak nie mogłem czekać. Wcisnąłem banknoty do kieszeni sztruksowych spodni, wcześniej kilkukrotnie przeliczając tak powoli i precyzyjnie jak wytrawny handlarz z auto komisu. Wszystko się zgadzało – 15 000 złotych w trzech równych częściach. Wyszedłem z domu cichcem jak wychodzili super bohaterowie ze znanych mi kreskówek na tajną misję. Po opuszczeniu klatki wystarczyło przemaszerować około czterdzieści metrów na południe, żeby znaleźć się przed ogromną witryną cukierni. Zza szyby najbardziej nęciły bezy i równie lekkie makaroniki. Amerykany chowali na zapleczu – niegłupio, bo kto wystawia swoje największe skarby na ogólny widok? W środku nie było akurat klientów, wśliznąłem się kocim ruchem, ale szybko zdradził mnie przed ekspedientką dzwonek zamontowany do drzwi, który dryndał ilekroć uchylano skrzydło.

  • Dzień dobry, w czym mogę młodemu panu pomóc? – zapytała sprzedawczyni. Na głowie nosiła zabawną czapeczkę w jaką zazwyczaj ubierali się cukiernicy.
  • Poproszę trzy Amerykany.

Nie potrzebowałem pomocy, byłem wzorcowym klientem wiedzącym dokładnie po co do sklepu przyszedł. Ekspedientka każde ciastko zapakowała osobno w papierową torebkę i wyłożyła na ladę.

  • To będzie 15 tysięcy. – popatrzyła nieco nieufnym wzrokiem jakby wątpiła, że dysponuję tak dużą gotówką.
  • Proszę bardzo. – wyłożyłem całe swoje trzytygodniowe kieszonkowe na blat.

Transakcja przebiegła pomyślnie. Z ręki do ręki. Z cukierni wybiegłem jakby niesiony na skrzydłach i automatycznie popędziłem na północ w kierunku domu. Coś mnie jednak tknęło i przed samą klatką schodową zrobiłem zwrot o 180 stopni i zaszedłem blok od strony podwórka. Byłem dzieckiem wrażliwym i dość inteligentnym, nie mogłem więc wejść do mieszkania z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze skonsumowanie trzech Amerykanów na oczach mojej młodszej siostry byłoby nieludzkie. Po drugie, istniało ryzyko, że rodzice próbowaliby wymóc na mnie podzielenie się ciastkiem z eN. Byłem dzieckiem zbyt wrażliwym i inteligentnym, żeby chociaż do jednej z tych rzeczy dopuścić. Dlatego też przycupnąłem z ciastkami przy samej elewacji od strony podwórza, tak żeby nawet z okien naszego mieszkania nikt nie mógł mnie dojrzeć.

 

A Wy, jakie mieliście marzenia w czasach dziecięctwa i czy udawało się je spełniać? ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+