Był taki czas, że tato stawał na bramce. Selekcjonował ludzi pod jednym z nocnych klubów przy południowej wylotówce z miasta.

  • Ej ty w tureckim sweterku i mokasynach podjebanych Apaczom, wypad!

Zwykł mawiać, gdy ktoś łamał przyjęty przez szefostwo lokalu dress code.

  • Skąd ty się gościu w ogóle wziąłeś? Ojciec znalazł cię na allegro?

Dodawał już zupełnie od siebie, gdy ktoś mocno mu nie podpasował.

  • Tato, ale przecież to ja, Krzysiek.

Odpowiadałem nieco skonfundowany całą sytuacją.

Żartuję, oczywiście, że żartuję. Tato jest w porządku, a czasami rozpoznawał mnie aż za dobrze. Zwłaszcza z odległości 200 metrów zza pagórka, gdy podczas wagarów wolałem pozostawać jednak incognito ;-) Ale teraz już będzie na poważnie.

….

Mój tato był prawdziwym bramkarzem. Kto wie jak wyglądałaby jego kariera, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Może dziś miałbym na zbyciu kilka wejściówek na kolejny mecz reprezentacji? A może nie byłoby mnie w ogóle? Finał wyglądał jednak tak, że tato karierę zakończył szybko, ale już broniąc w 3 ligowym zespole. Sam nie miał wtedy jeszcze skończonych 20 lat. Wojsko, żona, dziecko, nie było w tym wszystkim miejsca na mrzonki o zostaniu zawodowym sportowcem. Jak to się przyjęło mówić – należało złapać jakąś normalną robotę.

Czy to wszystko oznacza, że nigdy nie widziałem ojca w locie? Widziałem i rzeczywiście był w tym dobry.

Kiedy trochę podrosłem co weekend ruszaliśmy razem na B klasę. Jak to ktoś precyzyjnie wyliczył – tato po całotygodniowej robocie zawodowej już zupełnie amatorsko stał między słupkami w 8 lidze. Na Opolszczyźnie z uwagi na większą ilość zespołów niż w innych regionach kraju można było jednak spaść niżej, do C klasy, więc Ósma liga wcale nie oznaczała degradacji ostatecznej.

Tato był dobry, ale chimeryczny. Wyciągał piłki nie do wyciągnięcia, żeby kwadrans później gubić się na przedpolu. Po chwili bronił jednak karnego, ale w ostatnich minutach meczu piąstkował wprost pod nogi napastnika drużyny przeciwnej. Mimo różnych wpadek miał duże poważanie w drużynie. Może to zasługa 3 ligowej przeszłości, a może tego, że jako jedyny w okręgu grał bez rękawic.

  • Muszę czuć piłkę.

Mówił, ilekroć któryś z boiskowych kolegów podrzucał gumy do bronienia.

  • I nie palą cię te łapy potem?

Dopytywali z nieskrywanym zdziwieniem.

  • Trochę palą, ale tak mi się lepiej gra.

Odpowiadał zawsze tak samo.

Któregoś razu FC, czyli tatowa drużyna wybrała się do pobliskich Czech na mecz towarzyski. Najpierw trochę ruchu na murawie, a potem piwko i kiełbaski. Niby luźna gierka, ale nikt nie chciał odpuszczać. Jakby na to nie patrzeć, zawody miały charakter międzynarodowy. Stałem nieopodal bramki z panem Ryśkiem, dobrym kolegą taty ze szkolnej ławy. W końcówce pierwszej połowy Czesi ruszyli z szybką kontrą. Nasi obrońcy jakby rozpłynęli się w gęstym i parnym powietrzu, tymczasem skrzydłowy gospodarzy gnał z piłką sklejoną do nogi tuż przy linii bocznej boiska. Jednocześnie środkiem pędziło dwóch jego kolegów, którzy już w głowie musieli snuć wizje tego co zrobią z futbolówką mając jedynie bramkarza przed sobą. Tak jak było do przewidzenia skrzydłowy będąc na wysokości jedenastki posłał długą, wysoką wrzutkę w kierunku swoich napastników. I gdy już wydawało się, że przesyłka dotrze choćby do jednego z adresatów, zupełnie niespodziewanie pojawił się On. Tato jak wybił się z piątego metra, wyłapał w locie piłkę gdzieś na jedenastym tak wylądował przy krańcu pola karnego. To było niesamowite. Żadne nerwowe piąstkowanie na oślep, ale pewny chwyt w powietrzu. Do prdele! Zaklął któryś z Czechów. Stojący obok mnie pan Rysiek przez dłuższy czas nie mówił nic. Najpierw odklaskał po trzykroć brawo, a po chwili stwierdził krótko.

  • Tu się powinno ustawić kamerę i nagrywać, a potem w telewizji puszczać.

Obraz pokrył się z fonią jak w największych filmach Ridleya Scotta. W jednej chwili zobaczyłem i usłyszałem najlepszą rzecz w swoim 10 letnim życiu.

Jeździłem z tatą na mecze często, ale nie zawsze. W którymś momencie odkryłem pewną zależność. Tato najlepsze zawody rozgrywał wtedy, gdy nie było mnie przy płycie boiska. Słyszałem dopiero po kilku dniach opowieści kuzynów, wujostwa, czy jeszcze innych świadków wydarzeń, rozpływających się nad weekendowymi paradami ojca, których nie było mi dane oglądać na żywo.

Ponoć na jedną z pierwszych randek tato zabrał mamę na swój mecz. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy mama z wysokości trybun obserwowała popisy swojego wybranka. Polonia przegrała rekordowo wysoko, a licznik straconych bramek zatrzymał się na liczbie dwucyfrowej.

Moja obserwacja i rodzinna legenda powinny dać mi do myślenia, gdy usilnie namawiałem rodziców, żeby pojawili się podczas moich zawodów. Przez dłuższy czas, nie udawało mi się wymóc takiej obecność. Do czasu. Zima i przedwiośnie 2000 roku usłane były pasmem zwycięstw. Kiedy wracałem z zawodów, rodzice od progu witali mnie tym samym pytaniem.

  • Jak poszło synek, znowu pierwszy?

Z trudem przyszło mi więc otworzyć drzwi do mieszkania, gdy wracałem z Makroregionów w Myszkowie w połowie marca.

  • I jak tam synek? Pierwszy?
  • Nie. Drugi byłem.

W końcu nastała jednak prawdziwa wiosna, wraz z nią skończyły się przełaje a zaczęło bieganie na stadionie. Na jednym z pierwszych miejskich mitingów tamtego sezonu na trybunach usiadła moja mama wraz z sąsiadką. Mocno liczyłem, że tego dnia będą oklaskiwać moje zwycięstwo. W końcu od pół roku przegrałem tylko raz i to dopiero na poziomie Makroregionu. Zawody na swoim podwórku nie powinny więc stanowić problemu.

CDN.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+