Przez większą część tygodnia kołatał mi w głowie pomysł, żeby jednak przebiec sobie wiosną maraton. Trzeba przyznać, że podstawowy pakiet startowy na Orlen za jedyne 59 zł to oferta, której grzechem byłoby chociażby nie rozważyć (za półmaraton w Gdyni dałem 99 zł). Oczywiście kwestie ekonomiczne nie były jedynym powodem dla którego kwietniowa Warszawa zaczęła zwracać moją uwagę. Dużo większym motywatorem niż niska cena jest moja ogólna forma która zdaje się dawać mi perspektywy, aby pobiec maraton poniżej 2:40, a więc zrealizować zeszłoroczny cel. Jednak po sobotnim treningu w tempie maratońskim moje zapędy zostały nieco ostudzone.

Tempo maratońskie to dla każdego przyzwoitego maratończyka absolutny chleb powszedni w planie treningowym. Jako że sam jestem jedynie niedzielnym maratończykiem z przypadku, to robiłem tę jednostkę tylko 3 razy w swoim życiu i zawsze była dla mnie dużym wyzwaniem.

Trzy tygodnie przed maratonem w 2016 roku pierwszy i jedyny raz w tamtych przygotowaniach pobiegłem TM – 24 km po 4;03/km i padłem jak długi po całej tej zabawie. 60 kółek po bieżni zniszczyło mnie kompletnie – fizycznie i psychicznie. Pamiętam, że chciałem w ogóle zrezygnować z poznańskiego maratonu po tamtej jednostce

Kolejne dwa tempa „M” biegałem w zeszłym roku – w marcu i kwietniu, rzekomo szykując się pod łamanie 2:40 na jesień :P Tempa były wyraźnie słabsze niż to co sobie prognozowałem, ponieważ kolejno 20 km po 3:56 w marcu i 20 km po 3:54 w kwietniu. Do prędkości 3:47/km, która jest niezbędna przy biegu na 2:39:59 brakowało zatem o dużo za dużo (ale mieliśmy w końcu dopiero kwiecień a zatem do jesieni było jeszcze trochę czasu). Maratonu nie pobiegłem w ogóle, a samego tempa maratońskiego od tamtego czasu nie biegałem wcale, aż do ostatniej soboty.

Wytrawny maratończyk zbudzony w środku nocy przez Romana Giertycha i Krystynę Pawłowicz – najbardziej sympatyczne twarze polskiej polityki – jest w stanie wykonać trening tempem maratońskim niemal na zawołanie. Ja się zbierałem do tej rąbanki też o dziwo dość optymistycznie planując pobiec 19 km średnio po 3:45/km w formie lekkiego BNP. Trening pierwotnie miałem wykonać w niedzielę, ale ze względów meteorologicznych przesunąłem realizację na sobotę (na niedzielę prognozowano wiatr, deszcz, pluchę i kamieni kupę a finalnie okazało się, że niedziela nie była taka najbrzydsza).

W sobotnie popołudnie pogoda sprzyjała. Cisza. Jak to mówią zaprawieni w bojach żeglarze – flauta, żadnego wiatru. Bieżnia mokra ale przyczepna, poza mną ani żywej duszy, można było biegać. Zacząłem od tempa 3:50 i miałem nadzieję, że będzie to prędkość przy której będę zmuszony hamować bo nogi będą chciały lecieć szybciej…Och, jak naiwne były moje przypuszczenia…3:50 i muszę mocno kontrolować się na każdej dwusetce żeby tempo nie zaczęło spadać…Tętno od samego początku poszybowało wyraźnie ponad 150 bpm, co też nie napawało optymizmem.

No cóż, nie jest tak dobrze jak sobie to wyobrażałem ale trzeba biec swoje. Do 8 km trzymam idealnie równe tempo w widełkach 3:51-3:49 i powoli zabieram się do przyspieszania. 9 km – 3:47, 10 km – 3:46 i jakby zaczyna się biec odrobinę lżej. Mgła, która wisiała nad miastem od rana stopniowo znika, a z nieba przez chmury nieśmiało przebija się słońce. A ja zaczynam od 11 km wsteczne odliczanie. Muszę czymś zająć głowę bo to właśnie mój mental na tym treningu najbardziej cierpi. Nie radzę sobie z tym nudnym, żmudnym wysiłkiem, ciągnącym się w nieskończoność. Jeszcze Osiem km do końca, 7600….7200….7km i tak co 200 – 400 m odejmuję dystans który został do mety. Kolejne km idą coraz żwawiej – 3:44/3:44/3:46/3:45/3:42 i zostają ostatnie 4 km – dokładnie 10 okrążeń. A więc do swoich obliczeń poza dystansem liczonym w metrach mogę dodać dystans mierzony liczbą kółek. Jeszcze 10 kółek…9….8….7,5 kółka, co daje ostatnie 3 km. Międzyczasy są coraz lepsze a umykający dystans działa na moją głowę jak kojący balsam. 3:43 – 3:41 – 3:40 – 3:29. Koniec. Udało się zrealizować plan i całe 19 km przebiec średnim tempem 3:45 (czas – 1:11;32) na śr tętnie 161 i max hr 175. Jakby na to nie patrzeć, to zrobiłem 19 km tempem na moją życiówkę w półmaratonie.

Wnioski z tego treningu są takie, że mam wyjątkowo słabą głowę jak na długi dystans. Nie rozumiem skąd ta niemoc, bo trening nie był wcale jakiś dyskomfortowy, zwłaszcza jak sobie porównam z poprzednimi biegami w TM, szczególnie z tym pierwszym z 2016 r. gdzie cierpiałem pięć razy bardziej. Pogodę miałem idealną, byłem w miarę wypoczęty, a mimo tego raptem 19 km żywszym tempem zgotowało mi głowę jakby wrzucono mnie do klatki face to face z Pudzianem.

Za kilka tygodni prawdopodobnie znowu pobiegnę TM ale już 24 km a nie jakieś dziecinne 19 km i bardzo jestem ciekaw tego treningu. W każdym razie wracając do tematu Orlenu to bliżej jest mi do startu na 10 km niż do mordowania się z 4 razy dłuższym dystansem. Chociaż te 3:47/km kusi…;-)

PODSUMOWANIE #9

Objętość – 128 km

Akcent – x2

Rytmy – x22

Hasło – I chciałby i boi się…

Odczucia: W tamtym tygodniu pojękiwałem, że jestem zmęczony, po tym tygodniu bardziej niż zmęczony jestem obolały. Napoczęła mnie środa i tak zwane tempo progowe (4km+4km+3km, przedzielone 3′ przerwami). Biegałem to po Leśnej, nawierzchnia była jeszcze miejscami dość śliska co sprawy – delikatnie mówiąc – nie ułatwiało. Dyszałem zwłaszcza pod koniec pierwszej „czwórki” jakbym miał się udusić, ale potem płuco się na szczęście jakby przetkało. W każdym razie naparza mnie od środy „czwórka” (nomen omen) w lewej nodze. Następnego dnia na rozbieganiach chciałem trochę odpocząć i rano się udało (6 km po 4:41), gdy wyszedłem na drugi trening też chciałem pobiegać wolniej, a skończyło się na 12,5 km po 4:06…Oj zapłacę ja w końcu za te głupie za szybkie rozbiegania…Bolą mnie też stopy od tartanowego tempa maratońskiego w sobotę, popękały odciski, skóra schodzi, taka tam proza życia. Ogólnie mam takie ubite nogi po tym weekendzie (2 dni i 45 km, z czego większość szybko – 19 km po 3:45 w sobotę i 19 km po 4:20 w niedzielę, plus rozgrzewka i schłodzenie w sb).

Okej, po-rozczulałem się nad sobą, mogę więc teraz ze spokojem w duszy przejść do przyjemnych rzeczy a mianowicie:

gdy piszę ten tekst jest 28 stycznia a ja mam na liczniku 459 km – wiecie co to oznacza? ;-)

Najprawdopodobniej zamknę miesiąc liczbą 500 km objętości – jupi!

Ale! Jak to mówi młodzież – nie strasz, nie strasz bo złapiesz wilka, także wstrzymajmy się z fanfarami do środowego popołudnia ;-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+