Przyznacie, że bieganie to wyjątkowo nudny sport.

To znaczy, byłoby dobrze gdybyście to przyznali już na wstępie, ponieważ w kolejnych linijkach będę usilnie powyższą tezę argumentował, a na końcu i tak sam sobie zaprzeczę.

Bieganie jest do bólu przewidywalne, komponent losowości istnieje w tym sporcie – jedynie teoretycznie. Coś jak Państwo Polskie według ministra Sienkiewicza (przyłapanego przy okazji „nielegalnych podsłuchów” zaaranżowanych przez „kelnerów trzymających władzę” i tacę z ośmiorniczkami).

Mama mówiła, że jako starszy brat powinienem dawać dobry przykład, a że grzeczny ze mnie chłopak i Mamy starałem się słuchać, zacznę od przykładu.

Załóżmy, że we Warszawie mieście stołecznym pomieszkuje sobie Władek. Władek jest ambitnym biegaczem trenującym sumiennie już trzeci rok z życiówką 18:20 na 5 km uzyskaną podczas listopadowego City Trail w Lesie Młociny. Chłopak postanawia mocno trenować przez kolejny miesiąc, aby podczas grudniowych zawodów zaskoczyć wszystkich formą i wywalczyć miejsce na podium. Władek wierzy, że bieganie tak jak każdy inny sport jest nieprzewidywalne i jeśli będzie dostatecznie zdeterminowany uda mu się nawet wygrać. Nasz bohater trenuje intensywnie przez cały miesiąc, nie zaniedbując również treningu mentalnego, ponieważ jak twierdzi – biega się głową. Dzień przed zawodami nasz pretendent do tytułu najszybszego crossowego biegacza w stolicy przegląda listę startową. Widnieją na niej tacy zawodnicy jak Kamil Jastrzębski, Artur Kern, czy Łukasz Oskierko biegający 5 km grubo poniżej 15 minut, oraz kolejne 10 osób z życiówkami wyraźnie poniżej bariery 17 minut.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że przy takim składzie osobowym Władek wygra bieg?

Na jaki procent można oszacować szansę Władka na zajęcie miejsca na podium?

A może pozycja w pierwszej 10 – tce? Szansa jak jeden do….ilu?

Przyznacie, że wszystkie trzy przedstawione scenariusze mogą się wydarzyć jedynie w wyobraźni kogoś z wyjątkowo bujną tendencją do kreacji jakiegoś nieistniejącego, równoległego świata.

To się po prostu nie wydarzy, przykładowy Władek nie poprawi się w ciągu miesiąca o ponad 3 minuty, ani o 2 ani najprawdopodobniej nawet o 1 minutę. W sprzyjających warunkach kilkadziesiąt sekund to maks co będzie w stanie wycisnąć, a co nie da mu nawet cienia szansy na zwycięstwo.

Bieganie to nudny sport, który nie daje się rządzić przypadkowi. A jak to wygląda w innych dyscyplinach?

O ile historia o Władku była wymyślona o tyle historia o Termalice Bruk-Bet Nieciecza będzie jak najbardziej autentyczna. Zapytacie – czym do cholery jest Termalica Bruk-Bet Nieciecza? Ano klubem piłkarskim z Niecieczy – wsi w Małopolsce zamieszkałej przez 723 osoby (a w każdym razie tylu mieszkańców policzono w 2011 roku). Termalica jeszcze w roku 2004 grała w 7 lidze, a więc prawie najniższej klasie rozgrywkowej jaka istnieje w Polsce i podobnie jak inne zespoły w A klasie była typowym elementem wiejskiego folkloru. Jednak zespół w kolejnych latach wyjątkowo regularnie poprawiał swoje notowania, stopniowo awansując o kolejne poziomy rozgrywkowe aż w roku 2010 dotarł do pierwszej ligi. Tutaj spędził kolejne 5 lat aż w końcu historia małego klubu z niespełna tysięcznej wsi doczekała się wspaniałej puenty – w sezonie 2014/2015 Nieciecza awansowała do Ekstraklasy, najwyższej ligi w kraju nad Wisłą i zaczęła rywalizację z takimi metropoliami jak Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, czy Gdańsk.

W rundzie rewanżowej inauguracyjnego sezonu w Ekstraklasie do Niecieczy w środę 2 marca przyjechał lider rozgrywek, wice mistrz Polski i zdobywca Pucharu Polski – Legia Warszawa. Naszpikowany gwiazdami zespół o rekordowym jak na polskie warunki budżecie przybył do beniaminka z Małopolski po należne 3 punkty. Jednak zamiast 3 punktów przyjął 3 bramki nie strzelając żadnej i upokorzony wrócił do milionowego miasta na tarczy.

Jakie było prawdopodobieństwo, że coś takiego się wydarzy? Na pewno małe, ale jednak istniało, piłka nożna jest sportem dość obficie uposażonym w „komponent nieprzewidywalności” i może dlatego bardziej niż bieganie porywa tłumy kibiców?

Ale na tym nie koniec. Rok później w sezonie 2016/2017 Legia Warszawa ponownie fatyguje się na południe do Niecieczy. Tym razem ówczesny mistrz Polski i zarazem zespół grający w Lidze Mistrzów przegrywa 2-1. Nieciecza znowu okazuje się być za mocna dla Warszawy.

Mało? W sezonie 2017/2018 Legia Warszawa obrońca tytułu Mistrza Polski z poprzedniego sezonu, 12 – krotny zwycięzca krajowego Czempionatu w czwartej kolejce spotkań ponownie melduje się na stadionie w Niecieczy. Przy dopingu 4500 widzów którzy ściągają na mecze lokalnej Termalici z Małopolski, Podkarpacia i Bóg wie skąd jeszcze Bruk-Bet znowu wygrywa, tym razem w stosunku 1-0.

Podobnych sytuacji gdy Dawid pokonuje Goliata w piłce nożnej jest na pęczki, nie inaczej jest zresztą w siatkówce, koszykówce, piczi polo na duże bramki…a w bieganiu? W bieganiu rządzi matematyka, chłodny rozsądek, suche fakty, życiówki i sezon besty.

Jak to mówią – każdy medal ma dwie strony i choć dla kibiców owa przewidywalność bywa nużąca, to już dla samych biegaczy, nudna przewidywalność bywa wielką zaletą. Dobrze trenujesz i masz predyspozycje – wygrywasz, źle trenujesz a na domiar złego nie masz predyspozycji – nie licz na cud, bo się nie wydarzy.

Ja jestem kibicem biegania, nie nudzi mnie oglądanie kilkugodzinnej transmisji z dużego polskiego maratonu. Ale mi też momentami brakuje w tym wszystkim jakiegoś szaleństwa, momentów w których biały nieznany większej publiczności maratończyk pokonuje uznanego biegacza z Afryki. Na szczęście są jeszcze biegi średnie, a tutaj relatywnie dużo nieprzewidywalnych rzeczy potrafi się jeszcze wydarzyć, druga sprawa, że mieliśmy i mamy zawodników, którzy wiedzą jak zrobić biegowe show na najwyższym poziomie.

Największy biegowy pokaz jaki w życiu widziałem, najbardziej zaskakujący, nieprawdopodobny, totalnie przeczący mojej tezie o tym, że bieganie to nudny sport dał Paweł Czapiewski w Wiedniu w roku 2002. Już sama mowa ciała i mimika naszego reprezentanta podczas prezentacji przed finałowym biegiem sprawia, że się uśmiecham. Facet wyszedł z tunelu w pozie człowieka który dopiero co wstał z łóżka, tocząc się jakimś takim leniwym krokiem, po czym pozdrowił kibiców machnięciem ręki które wyglądało jak klasyczne „no siema!” od ziomków z blokowiska. Ustawił się z wolna na swoim torze, a potem zaczął biec….i to jak biec. Z początku niczym wytrawny pokerzysta obserwował na tyłach co pokażą rywale. W ogóle nie był podatny na grę Buchera, który narzucił od pierwszych metrów zabójcze tempo otwierając 400 m na hali w 50,67 s…Przerażony Marek Jóźwik krzyczał do mikrofonu, że – to jest za wolno, że Paweł musi się przesunąć! Czapi na szczęście nie słyszał tych złotych rad i nadal biegł swoje nie dając się podpalić jak choćby Hiszpan wściekle trzymający pleców Buchera. Skończyło się, tak jak się skończyło – na ostatnich 100 metrach Polak dał takie show, że aż zerwało połączenie….

To zdecydowanie nie był nudny bieg. Kto aktualnie daje gwarancję na to, że Jego/Jej bieganie nie będzie nużące, że zrobi show porównywalne do Czapiewskiego sprzed ponad dekady? Od razu przychodzi mi do głowy Sofia Ennaoui, której motorek na ostatniej prostej niejednej rywalce wybił bieganie z głowy i totalnie zaskoczył kibiców.

Tyle tych dyrdymałów ode mnie, pora na konkrety:

PODSUMOWANIE #8

..

Kilometraż – 110 km

Siła Biegowa x2

Rytmy x20

Akcenty x2 (środa 5×6′ coś tempem 3:40 p. 4′ BS coś po 4:50; niedziela 4km BS+2x3km coś tempem od 4:10 po lodzie do 3:30 po suchym + 13 km BS)

Wrażenia:

To był stosunkowo ciężki tydzień, bardziej niż się spodziewałem. Nie bez znaczenia okazał się śnieg, a w zasadzie bardziej lodowisko, które jednak trochę mi nogi przetrzebiło. Czuję, że jestem lekko podmęczony, bo raz że kilometry, do tego akcenty, rytmy, podwójna siła biegowa – uzbierało się tego dziadostwa troszku. Kolejne 2 tygodnie będą ciężkie bo na przebiegach kolejno 126 i 140 km…Raczej na pewno przesadzam z tą objętością, bo po kiego wała mi rąbać 140 kilosów jak wcale maratonu nie będę latał? ;) No ale, póki człowiek czegoś sam nie zrobi to się nie przekona czy było warto.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+