Charles Bukowski po lekturze książki Johna Fante miał powiedzieć – byłem jak człowiek, który znalazł złoto na miejskim śmietniku. Ja też od kilku tygodni miałem podobne odczucia w związku ze swoją formą. Zupełnie się nie spodziewałem takiej dyspozycji o tej porze roku. Grudzień, święta Bożego Narodzenia, a ja robię rozbieganie po 4:14/km na tętnie poniżej 140 bpm – złoto na miejskim śmietniku, duże zaskoczenie i niedowierzanie. Formo, gdzie byłaś w maju? Co się z tobą działo na Biegu Niepodległości? Dlaczego przychodzisz tak nagle, w najmniej wyczekiwanym momencie? Pytałem sam siebie, nie znajdując odpowiedzi.

Ale to wszystko był trening, nic nieznaczące rozbiegania, które mówiąc brzydko – każdy głupi potrafi polecieć szybciej niż trzeba. W końcu jednak nadszedł dzień rozliczeń, prawdziwego testu dyspozycji, a więc sobotni City Trail – wyścig numer 4.

Wszystko dopisywało – słoneczna, wyżowa pogoda, twarda i sucha nawierzchnia, mocna stawka, lekko zluzowany treningowo tydzień, który miał przynieść mi powiew świeżości.

Start!

W tym miejscu powinna pojawić się relacja z biegu i nawet ją napisałem, ale…Czy chcecie po raz tysięczny czytać o tym, że jakiś chłop biegł, biegł, a potem znowu biegł i biegł, aż dobiegł?

Zamiast tego mam dla Was i dla siebie kilka wniosków ogólnych i szczegółowych, generalnych i partykularnych, składnych i mniej składnych, a więc zapraszam. ;-)

Pierwszy wniosek brzmi – w Europie nie ma już słabych drużyn. Kibicom piłkarskim a zwłaszcza wspierającym poczynania polskich zespołów w Europejskich pucharach zapewne powyższa formułka wyda się znajoma. Zazwyczaj wygłasza się ją w momencie, gdy polski team odpadnie z pucharów w jednej z pierwszych rund, zanim cała zabawa w ogóle się tak naprawdę zacznie. Mówi się wtedy – odpadliśmy, bo w Europie nie ma już słabych drużyn. I można się śmiać, bo trochę brzmi to jak wymówka, ale jest w tym sporo prawdy – zwycięstwa nie przyjdą nikomu łatwo, na pewnym poziomie po prostu zawsze trzeba dać z siebie coś ekstra, żeby odbiło się to na lepszej, wyższej pozycji, na jakimkolwiek sukcesie.

Ja podczas sobotniego City Trail dałem z siebie coś ekstra, naprawdę wynik jest jak z moich marzeń. Ba! Ja się bałem głośno o takim czasie myśleć przez ostatni tydzień żeby nie zapeszyć, a jednak stał się faktem.

17:03 netto, życiówka poprawiona o 21 sekund (słownie – DWADZIEŚCIA JEDEN SEKUND na 5 kilometrów). Nie wiem czy ktoś pamięta w jaki sposób przeliczyło mi się w październiku City Trailowe 17:24 na asfaltowy atest tydzień później? 16:24, a więc równą minutę udało się urwać z crossu na atestowanej ulicy. Co oznaczałoby, że aktualnie jestem w formie, która daje mi realne perspektywy na łamanie 16 minut na 5 km. I bardzo mnie to wszystko cieszy, motywuje, napędza itp.

Ale. Jest jedno ale, bo jakże by mogło nie być „ale”? Wszak pisze do Was największa maruda na północ od cieśniny Dardanele.

Zrobiłem bieg życia na City Trail, poleciałem niespełna pół minuty szybciej niż w listopadzie, 21 sekund szybciej niż w październiku i logicznym byłoby, że taki skok przesunie mnie jakoś w ogólnej klasyfikacji. Ale nieeeee…Wciąż ledwo zamykam pierwszą dziesiątkę:

A imię jego – Ósme miejsce OPEN (cyfrowo – 8). Czyli w zasadzie w klasyfikacji te 21 sekund nie przesunęło mnie w ogóle. 9-10-8-8 – tak to na przestrzeni ostatnich czterech biegów wygląda.

;-)

W Europie nie ma już słabych drużyn, a w Olsztynie nie ma już słabych biegaczy. Trzeba się naprawdę sprężyć, żeby jakkolwiek zaistnieć w biegu, zamiast być tylko tłem dla tych NAJLEPSZYCH.

Wielkie gratulacje dla wszystkich z którymi się ścigałem w sobotę. Rafał rozbił bank (w przenośni oczywiście), Sławek do 4 – tego kilometra pędził jakby jutra miało nie być, a Dariusz zlał mnie na finiszu, co się staje nową świecką tradycją w moim życiu. ;-)

Jest jeszcze jeden wniosek natury ogólnej, a w zasadzie małe sprostowanie. A mianowicie we wpisie podsumowującym rok 2017  padło z mojej strony kilka niepochlebnych epitetów pod adresem minionego roku:

NIEUDANY, BEZ JAKOŚCI, BEZ ILOŚCI, LIPA GENERALNIE

Jak jednak pokazują ostatnie tygodnie rok dwa tysiące siedemnasty nie był wcale taki zły jak go przedstawiłem. Aktualna forma przecież nie urodziła się w styczniu, ale raczej jest pokłosiem właśnie minionego roku. Przez ostatni rok nie potrafiłem tak do końca zaskoczyć, ale gdyby nie te 12 miesięcy nie byłoby dzisiaj takiego biegania. W podsumowaniu pisałem o tym, że planem na 2017 było zbliżenie się do 17:00 na CT i ubolewałem, że zabrakło mi do tego celu niespełna pół minuty. Między marcem a listopadem poprawiłem się tylko o 5 sekund, schodząc z 17:29 na 17:24, a tymczasem teraz tak nagle i niespodziewanie urywam ponad 20 s.

Roku 2017 przyjmij moje przeprosiny, byłeś najlepszym rokiem w mojej biegowej historii. :)

 

PODSUMOWANIE #7

….

Kilometraż – 94 km

WTOREK Akcent – 4 x 1km p. 4′ BS (tutaj małe wyjaśnienie: plan zakładał 5 powtórzeń, ale czułem się niepewnie na miejscami oblodzonym tartanie i jednocześnie chcąc się trochę oszczędzać przed zbliżającym się startem w CT zrobiłem 4 powtórzenia: 3:14/3:14/3:14/3:10 i biegało się to wszystko swobodnie.

SOBOTA Start – City Trail #4, 17:03 netto, 8 miejsce OPEN.

NIEDZIELA LONG – 23,5 km średnio po 4:10/km, śr tętno 149. Biegałem ze Sławkiem i jeszcze do 15 km było mi nawet momentami do śmiechu, ale potem stopniowo entuzjazm gasł. Po 23 km powiedziałem grzecznie – do widzenia, a chłop sobie jeszcze dyszkę dokręcił tempem poniżej 4’/km….Moja rada dla potomnych – nie biegajcie LONGÓW z maratończykami o ile sami nimi nie jesteście :-)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+