6 tygodni z szesnastu daje już całkiem konkretny materiał dowodowy w sprawie przeciwko mojej formie. Zeznania naocznych świadków, ślady GPS i wskazania pulsometru zdają się świadczyć na moją korzyść, ale na wyrok będę musiał jeszcze trochę poczekać. Co najmniej tydzień, bo w sobotę sądny dzień podczas City Trail – czy tempo treningowe przełoży się na startowe?

Przez ostatnie 6 tygodni przebiegłem łącznie 615 kilometrów, wykonałem 174 rytmy, 9 jednostek siły biegowej i 2 akcenty bazujące na tempie progowym. Rozbiegania biegałem żwawo, jak żwawo? Przez ostatnie kilka lat zdarzyło mi się pobiec BS-a poniżej 4:40/km, ale zazwyczaj wynikało to z tego, że miałem dobry dzień, nogi nosiły, biomet był korzystny itp. Tymczasem na przestrzeni ostatnich 6 tygodni trudno jest mi znaleźć rozbieganie, które pobiegłbym wolniej niż 4:35/km. Przykładowo tylko w ostatnim tygodniu średnie tempo wszystkich rozbiegań zatrzymało się na poziomie – 4:21/km.

Tak wyglądało ostatnie półtora miesiąca, a jaki był tydzień numer 6?

Na pewno rekordowy, ponieważ objętość dobiła do planowych 126 kilometrów, a dotychczas największym tygodniowym przebiegiem w mojej historii było zeszłoroczne 112 km. O tempie rozbiegań już napisałem, jednak nie samym wybieganiem człowiek żyje – w środę udało mi się popełnić całkiem sensowny akcent.

5 x 1600 m p. 1′

Mile biegałem ostatni raz dokładnie 1 marca 2017 w formacie 4×1,6 p.1 + 5’BS + 3 x 1,6 km p.1′ – a zatem teraz miało być wyraźnie krócej, co nie zmienia faktu, że trening i tak należał do dość wymagających.

Zrobiłem go szybciej, dużo szybciej. Dość powiedzieć, że tym razem moje najwolniejsze powtórzenie było o 10 sekund szybsze, niż najszybsze w marcu. Zacząłem od tempa 3:37/km i średniego tętna 153 a skończyłem na tempie 3:28 i średnim tętnie 165. Bieżnia była mokra, momentami nieco wiało, nogi miałem podmęczone po wtorkowej sile biegowej a mimo wszystko wybiegałem chyba najlepsze tempo w życiu. Tempo progowe według tabelki powinno w moim wypadku wynieść 3:32-3:34/km i mniej więcej na takiej średniej prędkości te mile biegałem. Lubię u Danielsa krótkie minutowe przerwy, pozwalają lepiej panować nad treningiem, skutecznie przytępiają ewentualne zakusy, żeby szaleć, zwłaszcza na pierwszych powtórzeniach.

Drugim w miarę wymagającym treningiem ostatniego tygodnia okazał się być LONG. W niedzielę trudno było mówić o jakiejś większej świeżości w kroku po 100 km zrobionych w pięciu poprzednich dniach, a mimo tego od początku tempo było żwawsze. Finalnie zrobiłem 25 km średnio po 4:10 na średnim tętnie 145 po zróżnicowanym olsztyńskim terenie.

No i co ja mam o tym wszystkim myśleć? Wszystko biegam szybciej, jednocześnie na rekordowo wysokiej w moim wypadku objętości i niskim tętnie.

Przyszły tydzień ma być bardziej regeneracyjny, na poziomie 90 km objętości, ale za to z mocnym akcentem 5 x 1km w tempie I (3:15-3:17), no i z sobotnim City Trailem, więc z tą regeneracją to tak do końca chyba jednak nie poszaleję :-)

No cóż, pozostaje trenować dalej i czekać na sąd. Z wymiarem sprawiedliwości kojarzą mi się trzy cytaty. Jeden mówi, że sprawiedliwość to oddać każdemu to co mu się słusznie należy. Drugi, że sąd sądem ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Trzeci przypomina, że Andy przepłynął rzekę gówna i wyszedł czyściutki po drugiej stronie. Ten z gównem rzecz jasna jest mi najbliższy ;-)

 

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+