To będzie historia o BEZTLENIE jakiej nie obejrzycie w telewizji. To będzie opowieść o BEZTLENIE której nie napisano w żadnej książce. I wreszcie, ostatnie ale nie najmniej ważne, last but not least jak to mówią anglojęzyczni – to będzie wątek o BEZTLENIE o którym nie czytano nawet na łamach forum Bieganie.pl! Jeśli podczas lektury zabraknie Wam tchu, nie bójcie się przerwać i przewietrzyć na balkonie, lub podczas krótkiego spacerku wkoło domu. Jeśli podczas lektury pomyślicie, że z autora był niegdyś mały debil – prawidłowo.

A wszystko zaczęło się od memoriału. Dwa razy do roku moja szkoła podstawowa organizowała sportową olimpiadę na cześć Janusza Kusocińskiego, naszego patrona. Wczesną jesienią i późną wiosną stawaliśmy ze sobą w szranki podczas różnych sportowych zawodów. Przeciągano linę, skakano w workach, rzucano piłeczką palantową, ale prawdziwym hitem całej rywalizacji były rzecz jasna – biegi. Ci słabsi ścigali się na sześćdziesiątkę po torach asfaltowej bieżni, ci nieco lepsi rzucali wyzwanie ultramaratońskiemu dystansowi pięciuset metrów. Najlepsi biegali jedno i drugie, nie czując lęku ani przed prędkością światła ani przed nadludzką wytrzymałością, którą musiał dysponować dziesięciolatek by pokonać dystans pół kilometra bez tak zwanej „zatrzymanki”.

Któregoś roku wpadłem na pomysł, by trenować biegi aby na zbliżający się Memoriał zaskoczyć wszystkich nieprzeciętną formą. Wciągnąłem w swój niecny plan Bogu ducha winnego Wojtka, który w tamtym czasie był moim najlepszym kolegą. Graliśmy razem w Nintendo, jedliśmy niedojrzałe mirabelki prosto z drzewa, złożyliśmy też sobie uroczyste ślubowanie, że nigdy w życiu nie zapalimy papierosa. Wspólne trenowanie biegów było więc dla nas naturalnym zwieńczeniem dziecięcej przyjaźni. Pozostawał tylko jeden problem – nie miałem zielonego pojęcia jak trenować bieganie. Swoją niewiedzę postanowiłem za wszelką cenę ukryć przed kolegą, aby już na starcie nie zrazić kompana do wspólnych przygotowań. Zaordynowałem więc z wielką pewnością siebie – dzisiaj biegnijmy na koniec lasu!

To była długa kilometrowa prosta przez kędzierzyński las, a już w jej połowie można było dostrzec światełko mety wyłaniające się z gąszczu iglastych i liściastych drzew. Pokonaliśmy ją ramię w ramię i nie jestem w stanie uczciwie powiedzieć, czy udało się ukończyć bieg bez zatrzymanki. W każdym razie odczuliśmy wielką satysfakcję docierając na koniec lasu, gdzie na tle łąk, pól i nieużytków zrobiliśmy sobie zasłużony odpoczynek i krótką gimnastykę. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że na tym etapie trening biegania jednak się nie skończył…Trzeba było jeszcze wrócić. A więc znowu ruszyliśmy długą kilometrową prostą przed siebie, tym razem w kierunku osiedla, zabudowań, a więc szeroko pojętej cywilizacji. Tak skończył się pierwszy dzień naszych przygotowań.

Jakiś czas później znowu umówiliśmy się z Wojtkiem na wspólne bieganie. Tym razem już nie las, ale przyszkolne podwórko stało się areną naszych zmagań. Szkolne podwórko, a więc trasa po której kilka tygodni później mieliśmy biegać już w ramach zawodów memoriałowych.

To może zróbmy kółko – zaproponowałem, powtórnie wcielając się w rolę trenera naszej dwuosobowej drużyny.

Kółko mierzyło 250 metrów, prowadziło po części piaskowym boiskiem do piłki nożnej, po części betonówą do piłki ręcznej, asfaltową bieżnią i udeptaną miękką ścieżką wzdłuż placu do gry w kosza.

Ledwo skończyliśmy okrążenie gdy dostrzegłem dwóch starszych chłopaków przyglądających się naszemu bieganiu zza ogrodzenia. Dwóch starszych chłopaków przyglądających się tobie w tamtych czasach nie zwiastowało niczego dobrego. Zwłaszcza że to Oni byli u siebie, na swojej ziemi przyblokowego podwórka, my z Wojtkiem byliśmy natomiast Ci Obcy – z innych bloków, z innych huśtawek, innego świata. W najlepszym wypadku takie spotkania kończyły się tym, że Obcy tracili piłkę, ale my nie mieliśmy piłki, wszak trenowaliśmy bieganie. W najgorszym wypadku Obcy profilaktycznie dostawali w zęby, żeby na przyszłość nie pojawiali się na nieswojej ziemi bez zaproszenia. Kiedy zatem dwójka starszych chłopaków zwinnym skokiem pokonała płot i zaczęła pewnym krokiem zmierzać w naszą stronę, byłem gotowy na najgorsze.

  • Co wy tu robicie? – zapytał wyższy z tubylców.
  • Nic. – odpowiedziałem, chcąc szybko zakończyć temat i oszczędzić sobie konieczności tłumaczenia laikom treningowych zawiłości, których jak mniemałem i tak nie byliby w stanie pojąć.
  • Jak nic jak widzimy, że coś.
  • Biegamy sobie.
  • Trenujecie? – Wyższy drążył temat.
  • No.
  • A wiecie jak?

No i tu mnie miał. Nie ukradł piłki, nie szykował się też do bitki, ale tym jednym pytaniem postawił mnie pod ścianą i tylko czekałem, aż zacznie punktować. Zdążyłem jedynie zrobić głupią minę pełną zakłopotania, gdy Wyższy przemówił dalej.

  • Trenujecie jak zawodowcy?
  • Czyli że jak?
  • Telewizji nie macie? Nie wiedzieliście nigdy jak biegają Murzyni w telewizji?
  • Widziałem. – odpowiedziałem nie tracąc rezonu, jak przystało na samozwańczego trenera.
  • To biegacie tak? – Wyższy nie dawał za wygraną.
  • Ale o co ci chodzi? – odpowiedź pytaniem na pytanie już wtedy była dla mnie naturalną formą słownej samoobrony.
  • Murzyni w telewizji biegają na jednym wdechu, robicie tak?
  • Na jednym wdechu?
  • No tak. Najpierw kucają, żeby się dobrze wybić i wtedy nabierają w płuca powietrza na cały bieg.
  • Jeden wdech na cały bieg?
  • Tak robią Murzyni, nie wiedziałeś o tym? Potem podczas biegu powoli wypuszczają ten tlen z siebie.
  • I to coś daje? – dociekałem.
  • No tak, bo nie tracą czasu na wdech i wydech. Dlatego są lepsi niż biali. Trenujecie tak?
  • Nie. My dużo oddychamy. – odpowiedziałem z lekką rezygnacją.
  • To spróbujcie trenować bez oddychania.
  • Teraz?
  • No, nabierzcie powietrza na maksa i nie wypuszczajcie, dopiero podczas biegu niech powoli wylatuje.
  • No dobra, to przebiegniemy tak kółko. Wystartujcie nas! – krzyknąłem podekscytowany. W końcu ktoś poinstruował nas w temacie treningu, mogliśmy więc zacząć nowy rozdział w naszych przygotowaniach. Nabrałem w siebie tak dużo powietrza jak tylko potrafiłem, policzki nabrzmiały pod ciśnieniem tlenu, oczy niemal wyskoczyły z orbit. Byłem gotowy żeby biec jak Murzyn z telewizji.
  • Uwaga! Start! – krzyknęli wespół starsi chłopcy z obcego podwórka.

Po kilku pierwszych krokach okazało się jednak, że dużo mi brakuje do zawodowców. Tlen, który tak pieczołowicie nabrałem jeszcze chwilę temu szybko się skończył. Próbowałem przez chwilę nie pobierać nowego, jednak potrzeba amatorskiego oddychania była silniejsza. Wciągnąłem nową dawkę. Ta jednak też skończyła się dość szybko. Tak bardzo chciałem być jak zawodowiec z telewizji ale tlen ciągle się kończył, jedna porcja wystarczała zaledwie na kilka kroków. Starałem się biec bez nowego wdechu tak długo jak to możliwe, ale efekty były mizerne. Trzy, może cztery metry i nic więcej. Wojtek leciał zaraz za mną i ciekawiło mnie czy może chociaż jemu bliżej jest do beztlenu – rzeczonych przez Wyższego chłopaka – Murzynów. Gdy dobiegliśmy do mety poczułem dużą ulgę, że te profesjonalne trenowanie wreszcie się skończyło.

  • I jak i jak?! – pytali wyraźnie podekscytowani starsi chłopcy.
  • Ciężko. – odparłem przyduszonym głosem.
  • A myślisz że Murzynom jest lekko? Jak chcecie wygrywać to musicie tak trenować. – Wyższy mówił z dużym przekonaniem – Dobra, spadamy, nara!

Starsi odeszli, a my z Wojtkiem w końcu mieliśmy chwilę, żeby omówić trening i strategię na kolejne tygodnie.

  • Wiesz co, może nie trenujemy już więcej jak zawodowcy. – zaczął Wojtek.
  • Masz rację – przytaknąłem – tak się można przecież zabić.

To był nasz ostatni biegowy trening. Od tamtej pory na obce podwórka przychodziliśmy już tylko pograć w nogę.

PODSUMOWANIE #4

Kilometraż – 101 km

Siła biegowa x1

Rytmy x31

PODSUMOWANIE #5

Kilometraż – 100 km

Siła biegowa x1

Rytmy x24

Akcent (5×4’p.4′ BS) x1

Kilometraż Grudzień – 446 km

HASŁO:

Ostatnio Rafał przywołał w swoim wpisie na FB hasło MKON-a czyli „Jak płaczesz, to nie rób – jak robisz, to nie płacz”. Amen. Podpisuję się. Podoba mi się też jeszcze jedno motto, które wyczytałem na jakiejś koszulce z serii „Nie ma nie mogę”:

Jeb@ć talent. Tylko praca.”

Też amen. ;-)

Co do ostatnich 2 tygodni to fajnie, że mam je za sobą bo te całe świąteczne podróże po kilkanaście godzin w pociągu średnio służyły. Zrobiłem w jakiś 95 procentach to co miałem do zrobienia, wypadł mi jeden akcent i nawet mnie to cieszy. Mówi się, że największym problemem biegających amatorów jest to, że za wszelką cenę realizują sto procent planu. Już wiem, że tego błędu uda mi się uniknąć ;-) W grudniu zrobiłem największą objętość w życiu i może przez dwa dni w tym czasie byłem naprawdę zmęczony. Fakt, że to głównie rozbiegania wypełniły kilometraż, a teraz nie dość, że dojdą akcenty to spuchnie też liczba oznaczająca przebiegnięty łączny dystans. Mimo tego jestem dobrej myśli.

Nie mogę też nie wspomnieć przy okazji tego wpisu o prędkościach. Biegam dziwnie szybko. W szczytowym momencie zrobiłem 10 km po 4:14 na śr tętnie 138 – tego jeszcze nie grali. Normalnie pomyślałbym, że gps i pulsometr mi szwankują, tylko że podobny motyw prędkościowy pojawia się też na sprawdzonych trasach, które po prostu zawsze biegałem dużo wolniej niż obecnie, a więc nie może tu być mowy o przekłamaniach urządzeń pomiarowych.

Tylko że – przywołując Łonę – to o niczym nie świadczy, to nic nie znaczy. Może po prostu biegam szybko rozbiegania, co się zupełnie na tempo startowe nie przełoży. A może po prostu biegam szybciej bo jestem ogólnie szybszy. Na dwoje babka parzyła kawę z fusami.

Rany Julek ale mi elaborat wyszedł! ;-) Ktokolwiek przebrnął, niech wie, że – szanuję to ;-)

Odmeldowuję się. Do widzenia!

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+