Stara maksyma mówi – dziel i rządź. Dlatego zanim trochę się tu porządzę, najpierw dokonam podziału. A dzielił będę ludzi, na tych, którzy są urodzonymi optymistami i na tych, którzy z pesymistyczną powagą zawsze wieszczą przede wszystkim upadek. Na Sangwiników i Melancholików. Na pogodnych i zanurzonych w depresji. Na błyszczących słonecznym światłem i ociekających matową żółcią. I cały ten podział będzie zupełnie bez sensu, bo przecież nie istnieją ludzie monochromatyczni.

Ale! Ale chyba każdy z nas ma w swoim usposobieniu jakieś dominanty (nie mylić z dominem, dominami i Dominikami). Moją jest zmienność.

W ramach fizycznej anegdotki powiem, że nawet ciecz i gaz częściej przyjmują stały stan skupienia niż ja.

Ha, ha, ha. I teraz już wiecie kto pisze te żarty Karolowi.

Ale do rzeczy. Parę dni temu oficjalnie zakończono City Trail w Olsztynie. Na uroczystej gali odebraliśmy zasłużone medale, a co poniektórzy otrzymali nawet czeki na astronomiczne sumy. Zanim jednak doszło do końcowych rozstrzygnięć, zanim nastąpił cały ten splendor i błysk fleszy…przez ostatnie pół roku trzeba było trochę polatać po lesie. Dla mnie to był udany cykl, ale jednocześnie cykl bardzo zmienny. Dobre starty przeplatały się z kiepskimi, zadowolenie z rozczarowaniem, hollywodzki uśmiech z krzywym zgryzem.

Wystartowałem we wszystkich 6 biegach, co już jest dla mnie swojego rodzaju życiówką, bo takiej regularności w City Trail nie utrzymałem nigdy. Zaczęło się dobrze, od 17:24 i 9 miejsca w ostatni weekend września. I kiedy miałem nabierać rozpędu, kiedy forma powinna rosnąć i w ogóle cuda wianki, to miesiąc później przywaliłem piszczelem o kant kuli, prawie tak samo mocno jak łysy grzywką (he he – to już drugi suchar dzisiaj, który lepszy?). 17:50 i 10 miejsce – nie tak to miało wyglądać. Bieg numer 3 z kolei zaczął się dla mnie bajecznie. Po 2 tygodniach roztrenowania świeżość prosto z kroku rozlewała się po trasie niczym woda z dyngusowych pistolecików. Jeszcze na 3 km zajmowałem 2 pozycję, jeszcze przy tabliczce z 3 km moc była ze mną, ale potem….Ale potem zacząłem zwalniać, a na ostatnim kilometrze upadłem centralnie na dupala czym ostatecznie zaprzepaściłem szansę na bardzo dobry wynik tego dnia. 17:25 i 8 miejsce musiało mnie zadowolić. I zadowoliło, to był udany start. Na następne bieganie organizatorzy kazali nam poczekać nieco dłużej, ponieważ aż do 13 stycznia 2018 roku. Byłem w życiowej formie i podczas czwartego City Trail trzeba było to jedynie udowodnić. Udowodniłem. W dobrych suchych warunkach pobiłem życiówkę bez litości – 17:03…ale dopiero 8 miejsce. Pomyślałem sobie wtedy – spokojnie, to była dopiero przygrywka, prawdziwy recital dam za miesiąc. W sobotę 17 lutego podczas biegu numer 5 byłem jednak jedynie amatorskim supportem dla prawdziwych grajków. 17:26 i 7 miejsce. Bardzo przeżyłem tamte zawody. Przez kolejne długie godziny miałem permanentnie łzy w oczach. Przypomniałem sobie wtedy dobitnie jak ja cholernie nie lubię przegrywać i jak bardzo jest to trudne doświadczenie. Szczególnie, że akurat 17 lutego czyli dokładnie na miesiąc przed docelowym startem i końcem realizacji planu prognozowałem dużo lepszą dyspozycję, niż to co pokazałem w tamto sobotnie przedpołudnie na trasie. Ale zostały jeszcze jedne zawody, czyli moja ostatnia szansa na rehabilitację. Na bieg numer 6 byłem nakręcony od tygodnia. W kółko myślałem tylko o tym starcie. Dużo kląłem przed, w trakcie i jeszcze parę chwil po samym biegu. To była motywacja trochę w stylu Leszka Blanika. Na nagraniach choćby z IO w Pekinie widać doskonale jak nasz gimnastyk przeprowadza rozmowę sam ze sobą na chwilę przed oddaniem skoku. Zapytany o to co dokładnie mówił, odpowiedział – musisz to k…zrobić, musisz k…teraz, musisz zapier….!

To był udany bieg i ważny, bo od niego zależało moje ostateczne miejsce w końcowej klasyfikacji. Wystarczyło pobiec kilkanaście sekund wolniej a nie zrealizowałbym celu, który postawiłem sobie na początku całego cyklu. Skończyło się na 4 miejscu, wyniku 17:16 zrobionym w błocie i 7 miejscu OPEN w całej generalnej klasyfikacji po sześciu biegach.

fot. City Trail

fot. City Trail

Jaki był ten cel wyznaczony jeszcze we wrześniu? Albo pierwsza piątka OPEN, albo najwyższy stopień podium w kategorii M30. Udało się zrealizować ten drugi wariant.

City Trail bardzo dobrze ilustruje moją zmienność, ale jednocześnie jest dobrym obrazem dla pewnej regularności i stałego postępu.

W roku 2015 zająłem 3 miejsce w kategorii wiekowej. W 2017 – 2 miejsce w wiekówce. Natomiast teraz w roku 2018 – 1 miejsce.

A w ogóle ten wpis miał być o czymś innym, ale w międzyczasie koncepcja uległa (a jakże by inaczej) – zmianie. Miało być o tym, że dopiero co tydzień temu marudziłem, że mi trening tempowy nie wyszedł i zacząłem snuć pesymistyczne czarne scenariusze na przyszłość. Aż tu nagle…wczoraj trening tempowy mi wyszedł i teraz oczywiście łaskoczą mnie już mokre sny o potędze w kolejnych startach. Zwroty akcji mam lepsze niż scenarzyści Barw Szczęścia po obwąchaniu puszki Butaprenu. A ja nie wącham, jakby co. :)

W każdym razie wczoraj na Warmii panowały śródziemnomorskie upały ale szczególnie mi to nie wadziło w wybieganiu takiej oto jednostki:

4×200 + 2×400 + 800 + 2×400 + 4×200 – przerwy w truchcie analogicznie do dystansu odcinka. ( czasowo wychodziło pi razy drzwi – 1′ między dwusetkami, 2′ między czterysetkami i niespełna 5′ po osiemsetce).

Tempo miało kręcić się na poziomie 3:00 na km i rzecz jasna te krótsze odcinki wychodziły nieco szybciej, bo np. dwusetki od 35 s do 32 s na ostatnim powtórzeniu, czterysetki od 1:12 do 1:10, a osiemsetka już równo na 3:00/km, bo w 2:24. Dawno nie pamiętam tak wysokiego tętna jak wczoraj, serducho biło jak oszalałe, max do 185 uderzeń podczas osiemsetki. W niedzielę ostatnie mocne tempo przed startami w SGH i Oshee…także nastawiam się na to, że moje postrzeganie świata po tym treningu znów zmieni się o jakieś 180 stopni, ale póki co – jestem zadowolony.

I jeszcze jedna sprawa. Uwaga! Będzie news. A o to co następuje:

Jako zdecydowany przeciwnik biegania w upale, zapisałem się na maraton w połowie maja. ;-)

A co! Jak to mówi stare porzekadło – kto durnowatemu zabroni?

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+