Na potęgę posępnego czerepu! Mocy przybywaj! Tak miał brzmieć mój motyw przewodni dla drugiej w tym sezonie rywalizacji w ramach City Trail. Jednak plany planami a życie życiem i zamiast hasła He-Mana, mam teraz w głowie kwaśne motto Foresta Gumpa – Shit happens. Sobotni bieg był dla mnie jak niespodziewane wdepnięcie w kupę. Któż tego nie przeżył w swoim życiu?

Idzie człowiek łąką co się zieleni majowo radośnie pogwizdując przy tym w rytm piosenki Zwierzenia Ryśka, czyli jedzie pociąg z daleka…Wokół kwitną fiołki, gdzieniegdzie maki wychylają swoje czerwone płatki, ptaszki śpiewają, słoneczko świeci i nagle jeb, jak się człowiek nie poślizgnie, jak orła nie wywinie tak w jednej chwili krowi placek z pleców musi zdrapywać.

Przez większą część tygodnia czułem się świetnie, tętno na smyczy, nóżki latają, normalnie – lodzio miodzio. I nawet jeszcze przewidujący chciałem być, mądry taki, ostrożny co się zowie – akcent więc zrobiłem sobie już we wtorek coby na mityczną regenerację czasu zyskać jak trenerzy personalni przykazali. A co do akcentu to wylatałem go prawie płacząc ze szczęścia, że tak to dziarsko idzie (6×5’p.1′). W środę rozbieganie, czwarteczek wolne i wychodzę ja w piątek rekonesans trasy city trailowej przeprowadzić, obuwie dobre na start wybrać – pełna profeska proszę ja Was. I jak mnie nagle tętno nie skoczy, jak mi nogi mdleć nie zaczną tak mam ochotę już po kilometrze do domu wracać…Ale robię te rozbieganie, dwie pętle po 5 km, rytmy jakieś i czekam na sobotę licząc że przez następne 20 godzin cokolwiek się zmieni. Nie zmieniło. Shit happens.

Mam coś o tym biegu pisać w ogóle? A napiszę, bo dziwny był jakiś. Punkt pierwszy – WARUNKI.

Mamy taką porę roku, że pogoda będzie wypaczać wyniki na trailowej trasie i rzeczywiście tym razem trochę tak było. Kilka dni deszczu pod rząd wystarczyło, żeby gdzieniegdzie zrobiło się więcej rozjeżdżonego przez leśników błota, dodatkowo w masowej ilości spadły liście które na odcinku po mokrej kostce brukowej stanowiły mieszankę wybuchową. Biorąc to wszystko – że się tak monotematycznie wyrażę – do KUPY i tak uważam, że mimo ów warunków trasa nie była taka najgorsza. Spowalniająca – to prawda, ale umożliwiała w miarę swobodny bieg.

Punkt drugi – TAKTYKA, a właściwie jej brak, ale od początku.

Od startu nikt się nie kwapił żeby nadawać mocniejsze tempo przez co grupa biegła razem w dużym tłoku. Było nas pewnie kilkunastu, głowa przy głowie, noga przy nodze (ładnie to widać na zdjęciu pani Karoliny Krawczyk). Lecieliśmy tak prawie kilometr aż do ostrego skrętu w las gdzie trochę nasz peleton się porozrywał, mimo wszystko tempo wciąż było dziwnie wolne co trochę zaczęło mnie denerwować, bo przecież w końcu ktoś musiał ruszyć, a ja na takie zrywy nie czułem się zbyt chętny. I jako że nie miałem ochoty na rwane tempo, to co zrobiłem? (pytanie za sto punktów) ;-) Tak! Dałem krótką rytmówkę i wyszedłem na pierwsze miejsce (bardzo fajne uczucie prowadzić bieg, polecam!). Oczywiście poważni biegacze nie za długo dali mi się pocieszyć z tej frajdy i prędko zmienili mnie na prowadzeniu, w każdym razie coś się zaczęło dziać. Starałem się trzymać mimo wszystko czuba i wąską ścieżką gdzieś do 1,5 km doleciałem w okolicach 4 miejsca. Przy tabliczce z 2 km znowu zameldowaliśmy się w dość licznej grupie ale tempo nie było już wcale tak wolne jak na początku. Zacząłem odstawać. Najpierw odstawanie było kontrolowane, chciałem bowiem spokojnie zejść do lewego skraju ścieżki, gdzie według mojego piątkowego rekonesansu miała czekać na mnie lepsza nawierzchnia. Tak się jednak skupiłem na tym, żeby biec po lewej, że nagle cała grupa dała nogę i tyle ich widziałem. Inna sprawa, że tak po ludzku – zacząłem słabnąć. Przyczepiłem się do pleców pana Przemka, dobrze mi znanego rywala z kategorii M30 i lecieliśmy wspólnie przez kolejne dłuuuuugie metry. Na chwilę przed 3 km jest taki upierdliwy podbieg, miesiąc temu go nie odczułem ale tym razem nogi niebezpiecznie zaczęły mdleć na tym odcinku. Pomyślałem, że skoro już na takim pagórku noga wysiada to co się będzie działo na prawdziwej górce za czwartym km?! Z lękiem ruszyłem dalej, przyklejony do pana Przemka. To był mój cel – trzymać się rywala tak długo jak tylko możliwe. Tymczasem za plecami słychać było że nadciąga nam towarzystwo. Sławek? Przeczucie mnie nie myliło. Wyprzedził nas bez większego problemu i szybko wypracował sobie parę metrów przewagi. Próbowałem atakować pana Przemka, ale wszystko jak krew w piach, ani z lewej go obiec nie szło, ani z prawej, pozostało mi tylko ciągnąć blisko rywala i czekać na swoją szansę. 4 km i największy na trasie podbieg. Ruszyłem mocno do przodu i tym razem się udało, wyprzedziłem pana Przemka i przy okazji jeszcze jednego zawodnika. Dublet ustrzelony! (tym drugim zawodnikiem nie był Sławek, ale mocny biegacz z kat. M40 który miesiąc wcześniej finiszował trzeci z wynikiem minutę lepszym – ten dopiero przeżywał tym razem kryzys) Wracając jednak do biegu – jestem u szczytu, boli, ale już coraz bliżej do mety. Krótka prosta, ostry długi zbieg, zakręt o 90 stopni i ścigam Sławka. Przy czym słowo – ścigam, jest tutaj na wyrost. Biegnę, próbuję, ale nie ma w tym moim finiszu przekonania, determinacji, sportowej złości. Jak to mówią komentatorzy piłkarscy – gram na alibi. A powinienem biec z sakramencką wiarą, że to się uda – jakby powiedzieli Krakusi.

Ostatecznie tracę do Sławka jedną sekundę, a na mecie melduję się jako dziesiąty. 26 sekund wolniejszy bieg niż miesiąc temu i aż takiego zjazdu to na warunki zwalić nie mogę. Coś tym razem nie pykło i oby to był rzeczywiście pojedynczy shit co się happens, a nie zwiastun jakiejś tendencji spadkowej tej jesieni.

10 miejsce OPEN, 17:50, pierwszy bieg bez życiówki od 3 września…:P Jak żyć?

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+