Dlaczego biegasz? Jest to pytanie, które w biegowym świecie powraca jak ten bum bum bumerang z piosenki Ewy Farnej. Tak jakby zawsze musiał istnieć jakiś powód dla którego ludzie zakładają buty i dres, żeby poklepać parę kilometrów chodnikiem czy leśną ścieżką. A może właśnie musi?

Wykoncypowałem sobie co najmniej 3 powody dla których te sześć razy w tygodniu wyjdę trochę potruchtać. Pierwszy będzie nadęty i patetyczny, drugi zwyczajny i prozaiczny, a trzeci szalenie dowcipny (oczywiście jeśli kogoś śmieszy skrzyżowanie Tadeusza Drozdy z kabaretem Pod Wyrwigroszem).

Ale zacznijmy od początku. Katowicki raper Miuosh w jednym ze swoich kawałków nawija o ludziach, którym od nadmiernego wciągania amfetaminy tak się porąbało w głowach, że myślą, że Patos to ten Czwarty Muszkieter. Nie, to nie muszkieter. Patos wygląda tak:

1) Dlaczego biegam? A dlaczego oddycham? Biegam, żeby żyć. Jest to dla mnie czynność tak automatyczna i naturalna jak oddychanie, rzeczywistość którą znam niemal od maleńkości. Najpierw ganialiśmy w berka, potem za piłką, aż któregoś razu tato zawiózł mnie na prawdziwy biegowy trening i tak już zostało. 9 lat biegania w różnych klubach, u różnych trenerów, z różnym skutkiem, 9 lat planowania, zrealizowanych i nieosiągniętych celów, zwycięstw i porażek. Trenowałem przez cały okres dojrzewania, między 12 a 21 rokiem życia. Bieganie było przy mnie podczas najważniejszych wydarzeń dla każdego dorastającego chłopaka, aż w pewnym momencie wszystko się skończyło. Lata 2008 – 2013 pamiętam jak przez mgłę, ale jedno uczucie z tamtego okresu zapisałem w pamięci wyraźnie. To tęsknota. Wielka tęsknota za jakąś utraconą cząstką siebie. W tamtym czasie robiłem różne rzeczy, nie do końca mądre i nie do końca zdrowe. Największy związek ze sportem miałem pracując przy warszawskich Orlikach, a najbardziej o wydolności tlenowej myślałem opalając lamperię gdy opary farby olejnej były mi najbliższym zapachem. Ale jakimś cudem 8 czerwca 2013 roku wróciłem do biegania. Chociaż słowo – cud, będzie tu mało adekwatne. Po prostu wróciłem do siebie, co prędzej czy później musiało nastąpić. Pamiętam tamten dzień dość dobrze, ponieważ wystartował wówczas 1 Maraton Lubelski. Podczas gdy chłopaki i dziewczyny, mężczyźni i kobiety w upalny czerwcowy dzień pokonywali po lubelskich górkach dystans 42 kilometrów, ja z bólem przetruchtałem swoje pierwsze 15 minut niemal potykając się o krawężniki, które były dla mnie niczym wielkie podbiegi.

2) Dlaczego biegam? A co mam innego do roboty? Wydaje mi się, że dla zdrowia duszy i ciała dobrze jest mieć jakieś zainteresowania, hobby, pasję, jak zwał tak zwał. Pływać nie umiem, rowerowe siodełko zbyt mocno wżyna mi się w tyłek, a na szachy jestem zbyt głupi i zawsze skaczę Wieżą. W kosza dziwnym trafem dwutakt zajmował mi cztery kroki, siatkarski serwis najczęściej przelatywał pod siatką, a śpiewać chociaż potrafię, to wolałbym się akurat tym talentem z nikim nie dzielić, bo co do czystości tego śpiewu zdania są mocno podzielone. Biegam, bo warto w życiu robić – coś jeszcze.

3) Biegam żeby schudnąć!

10157265_10200896503693217_7821309232046435458_n

Ja pierdzielę – działa!

….

Tu następuje koniec pierdzielenia i tygrysim skokiem przechodzę do spraw bieżących.

Pochwalę się, że zostałem PÓŁTYSIĘCZNIKIEM, w styczniu udało się bowiem pokonać 505 kilometrów co jest moim oficjalnym rekordem objętości. Albert Einstein miał powiedzieć, że Każda praca jest dobra, o ile została dobrze wykonana. W moim odczuciu styczeń to była praca wykonana bardzo dobrze, ale jak to powiedział z kolei bodajże Jezus – Po owocach ich poznacie, a więc zawody zweryfikują wszystko. 505 kilometrów, w których rzecz jasna dominował 1 zakres, ale udało się też uzbierać dużo progów, rytmów, siły biegowej, kapkę tempa maratońskiego czy nawet interwałów na prędkościach startowych pod 5 km. Styczeń rozpieszczał pogodą dlatego też dużo akcentów można było wykonać po bieżni, śnieg występował przez ostatni miesiąc w ilościach śladowych podobnie jak i mróz. Było dobrze.

Trzymam wagę, co mnie też bardzo cieszy. Mój problem jest zapewne zgoła inny niż większości społeczeństwa, ponieważ muszę pilnować, żeby nadmiernie nie schudnąć ;) Udaje się to brawurowo. Mimo coraz większych przebiegów moja łazienkowa waga chyba się zawiesiła i pokazuje niemal dzień w dzień 65,4 – 65,5 kg (wzrost 187cm) co jest wynikiem przy którym się po prostu dobrze czuję sam ze sobą. Jestem lekki, ale też nie tak zabiedzony jak bywałem w przeszłości. Pamiętam że szykując się do 800 m potrafiłem ważyć i 63 kg mimo że trenowałem nawet 1/2 z tego kilometrażu jaki mam obecnie a odżywiałem się przecież na maminym wikcie. Jak sobie radzę z tym, żeby utrzymywać tonaż na zadowalającym poziomie? Jem w opór ;-)

Co by tu jeszcze napisać…Aha, wiem! No w końcu dokręciłem do 140 km objętości w tygodniu. Ciągle biegam szybko, choć rzeczywiście noga nie była za świeża przez ostatnie dni. Zwłaszcza brak świeżości odczułem w środę podczas 2 x 5km w tempie progowym (przerwa 10′ BS). Biegłem to jak automat średnio po 3:35/km zamykając obie piątki tym samym wynikiem – 17:55. Na ogólną słabość jakiś wpływ mógł mieć tego dnia wiatr na stadionie, który wychwycił nawet sam MKON pisząc o nim na swoim FB, jakoby Jemu też utrudniał życie podczas biegania tysiączków. Także skoro nawet mocarze mówią, że wiało…to wiało.

Apropos mocarzy…Sławek. Ilekroć robię LONG-a ze Sławkiem to czuję się jak mała dziewczynka, którą Pudzian zabrał na huśtawki. Jeśli kogoś huśtał najsilniejszy człowiek świata, to dobrze zrozumie tę metaforę. W każdym razie za wysokie progi jak na moje nogi. Tym razem zrobiliśmy 32 km w 2:12;05 (śr 4:08/km, śr hr 151). Dobry trening mentalny, sam bym tego nie wyrąbał, ale we DWÓCH momentami było nawet znośnie. Momentami.

;-)

PODSUMOWANIE #10

Kilometraż: 142 km

Akcent x1 (2x5km tempo P – przerwa 10’BS)

Rytmy x20

LONG x1

Hasło: Co Cię nie zabije, to Cię na pewno mocno uszkodzi, więc bądź ostrożny i nie szarżuj.

Odczucia:

Mieszane. Te piątki po 3:35/km niby okej, niby po 1′ szybciej każda niż w kwietniu, niby zgodnie z planem, idealnie trafionym Danielsowym tempem „P”. Ale to była lekka męczarnia, nogi zupełnie nie reagowały na wszelkie próby podniesienia prędkości tamtego dnia. Dzień wcześniej robiłem skip A i wyjątkowo mnie przeorał mięśniowo ten trening, poza tym w środę wiało, kilometraż rekordowo wysoki – szukam jakiś wytłumaczeń dla tej słabości. Pocieszające jest to, że w czwartek, piątek i sobotę już biegałem nawet nieźle, szybko, na niskim tętnie, w niedzielę wytrzymałem te 32 kilosy niejako na zwieńczenie najwyższego objętościowo tygodnia w historii. Kolejne 14 dni może coś mi wyjaśnią, będzie luźniej bo – 100 i 110 km, powinienem więc zacząć łapać jakiś oddech.

Tak, moi drodzy, mogę śmiało powiedzieć, że najgorsze za mną. 10 tygodni minęło jak jeden dzień i zrobiłem w tym czasie wszystko co miałem do zrobienia. O dziwo nie chorowałem, o dziwo nic mnie poważniej nie bolało, o dziwo…coś czuję, że właśnie zapeszam. Cieszę się z wykonanej pracy, bo jak to ktoś powiedział (chyba Eric Thomas?):

Zwycięstwa i porażki są jak krople w oceanie, ale wysiłek? Nikt nie ma prawa osądzać wysiłku, bo wysiłek to coś wyłącznie pomiędzy Tobą a Tobą.

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+