fot. F. Gomułkiewicz

Chciałam rozpocząć podsumowanie minionego roku mniej banalnym zdaniem, niż – ten rok był dla mnie wyjątkowy… Jednak nic innego nie przychodzi mi do głowy, bowiem faktycznie był jedyny w swoim rodzaju.

Kiedy ktoś zapytałby mnie rok temu, czy nadal chcę nieprzerwanie biegać, i trenować dużo więcej, by poprawiać swoje wyniki sportowe, to z pewnością potwierdziłabym, jednak z ogromną niepewnością. Ubiegłej zimy, na niemal każdy trening wychodziłam z niepokojem, że znowu coś się stanie, znów zabiegnę za daleko i skończy się kolejną kontuzją… Biegałam niesamowicie ostrożnie i powoli. Wówczas, najważniejszym dla mnie celem było to, by móc po prostu biegać w zdrowiu, a poprawę wyników chciałam traktować jako „uboczny efekt”.

To nastawienie zaczęło ewoluować od czasu pierwszej, udanej próby połamania 40 minut na 10 km (marzec 2017). Zauważyłam, że nie ma się czego aż tak bać, że warto pobiec odważnie, przesunąć granice. Przecież przed samym startem brałabym w ciemno wynik nawet o minutę wolniejszy, niż ten, który osiągnęłam. Od tej pory opuściłam hamulec i trenowałam pod kątem półmaratonu, który miał odbyć się w czerwcu. Do tego startu podchodziłam z respektem – moje poprzednie zmagania z połową dystansu maratońskiego nigdy nie kończyły się dobrze, głównie za sprawą braku wytrzymałości, nieodpowiednich przygotowań i stawiania raczej nierealnych celów.

Ciężko mi było określić, jaki cel będzie realny teraz. Nie lubię patrzeć się na tabelki, chociaż te zapewniały połamanie 1:30 z hukiem. Wcześniej nigdy nie połamałam nawet 1:40…

polmaraton

fot. fotomaraton

Nocny półmaraton ulicami Wrocławia zdecydowanie zasługuje u mnie na miano najbardziej pamiętnej imprezy minionego roku. Dreszcz emocji przed startem, wszechogarniający stres, walka na trasie, euforia i niedowierzanie za linią mety, niesamowita atmosfera, a na dokładkę after party w świetnym towarzystwie! Nie zapomnę, jak wróciłam do domu około 3 nad ranem, i nie mogłam zasnąć przez najbliższe 2 godziny ;). Chyba dotychczas na żadnym biegu nie przełamałam tyle barier w głowie, ile na tym. Nigdy wcześniej nie było mi aż tak ciężko. Wynik jednak wszystko zrekompensował.

W drugiej połowie roku w treningu pojawiło się trochę urozmaiceń…
– Coraz częściej udawało się klepać kilometry w pobliskich górach i górkach (m.in. w Ślężańskim Parku Krajobrazowym, Górach Sowich, Górach Stołowych, Karkonoszach i czeskich Sudetach). Złapałam bakcyla i nie wyobrażam sobie nie pojechać w górki co najmniej raz w miesiącu ;)

– Spędziłam 10 dni w Szklarskiej Porębie i był to jak dotąd mój najdłuższy obóz.

– Wykonałam ze swoją sparingpartnerką masę naprawdę fajnych i budujących szybszych treningów, na które w końcu nauczyłam się wstawać RANO ;)

Na samym początku jesieni nie było tak kolorowo. Na pierwszy rzut chciałam poprawić wynik na 10 km, a podczas pierwszych trzech startów na tym dystansie nie mogłam połamać nawet 40 minut, co ani nie motywowało, ani nie napawało optymizmem. Jak się później okazało, niepotrzebnie się aż tak przejmowałam – z perspektywy czasu wnioskuję, że mój organizm potrzebował trochę więcej czasu na dojście do siebie po obozie i na złapanie luźnej nogi, która później sama mnie zaskakiwała (słowo klucz: cierpliwość!). Założony cel na dychę udało się osiągnąć z nawiązką, a półmaraton poprawiłam tak… nieplanowanie. To tak w ogromnym skrócie.

POLMARATON2

fot. P. Florek

Co przyniesie 2018?

Jak każdy z nas, mam wiele planów i marzeń. Na pewno wciąż priorytetem będzie dystans 10 km… Jednak poprzeczka jest teraz postawiona trochę wyżej, niż rok temu. Nie wiem, czy w 2018 będę w stanie poświęcić się jeszcze bardziej bieganiu, ponieważ czeka mnie wiele innych, czasochłonnych (ale wspaniałych) zmian w życiu. Pytanie, czy ta praca, którą wykonuję teraz, wystarczy, żeby wciąż móc urywać sekundy z życiówek? Pierwszych odpowiedzi na to pytanie będę szukać pewnie już w marcu ;)

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+