Ufff – udało się. Nie będę wprowadzał suspensu, zamierzony cel został realizowany. 3 podejście i w końcu mogę być z tego biegu zadowolony. Tym razem to ja wychodzę z tarczą. Cel, czyli przebiegnięcie z Kruszwicy do Inowrocławia trasą Biegu Piastowskiego w 85 minut może nie jest super ambitny, ale dla mnie ma ogromne znaczenie. Mogę powiedzieć, że troszkę się odgryzłem za poprzednie lata.

Nie wiem czy znacie takie historie – raz biegnie się lepiej, raz gorzej, przychodzi ważny start i zawodzimy. Za rok poprawka na tej samej imprezie i znowu coś nie wyszło. I można tak kilka lat z rzędu (tak znam takie historie). Taki bieg staje się dla ambicji biegacza swoistym Everestem, niedoścignionym Moby Dickiem a jednocześnie jest piętą achillesową, supermenowym kryptonitem, który zawsze nas złamie. Dla mnie takim biegiem był właśnie ten półmaraton na Kujawach. Pierwszy rok mojego trenowania zakończył się złamaniem 40minut na 10km i od razu plan na zimę i wionę następnego sezonu to miało być 1:25:00 w półmaratonie. Sumiennie przepracowałem długi plan przygotowawczy, wybrałem imprezę i … poległem z kretesem. To było moje pierwsze spotkanie z Biegiem Piastowski. Oczywiście na mecie wśród wielu myśli, które kotłowały mi się w głowie, jedną z pierwszych była ta, że za rok tu powrócę i „jeszcze się k@%$wa policzymy”. Wróciłem za rok. Wróciłem, można powiedzieć w blasku chwały. Miesiąc wcześniej maraton poniżej 3h, dwa miesiące wcześniej życiówka z półmaratonu w Lesznie 1:21:42, to 85 minut to jest do zrobienia z paluszkiem nie powiem gdzie. To miał być lajtowy start a wynik miał się zrobić sam. Spodziewałem się słońca, trasę znałem –  no co tu się może jeszcze niespodziewanego wydarzyć. No ale jak to w życiu bywa, my swoje a rzeczywistość swoje. X Bieg Piastowski i znowu na tarczy, było ciut lepiej niż rok wcześniej, ale ciągle daleko do 1:25:00. I znowu myśli – trzeba tu wrócić i pokazać swoje. Z wielu względów pierwsze pół roku 2018 trochę odpuściłem, ale na starcie w Kruszwicy musiałem się zameldować. To jedyny start na jakim mi zależało w tym roku. Jak ktoś czytał moje poprzednie wpisy to widział ten nieco chaotyczny trening, ale z tego chaosu, z cyferek wychodziło, że to 85 minut jest jak najbardziej w zasięgu. Główne przeszkody do pogoda (bo że będzie słoneczko grzało nie miłosiernie to było pewne) i kryptonitowy, dla mnie, charakter tego biegu.

Do Kruszwicy zabrałem się ze znajomymi, udało się uniknąć bardzo wczesnego wstawania. Samopoczucie raczej dobre, ostatni tydzień biegowo odpuszczony wiec świeżość w kroku powinna się pojawić. Pogoda jak to pogoda, prognozy mówiły o jakimś ochłodzeniu, o jakimś deszczu w drugiej części biegu, ale to były tylko prognozy. Na starcie słoneczko za chmurami ale bardzo duszno, po półgodziny biegu już grzało konkretnie bez żadnej chmurki. Pakiety, depozyt jak zwykle bardzo fanie i wzorowo zorganizowane. Krótka rozgrzewka, kilka wygibasów, kibelek, dwie przebieżki i na start. Czapka zmoczona, płyny uzupełnione i za chwile ruszamy. Między 14 a 15 kilometrem jest taki dwuczęściowy podbieg, plan był taki aby do tego momentu biegnąć w okolicach tempa 4’/km, a później miałem nadzieję jeszcze nieco przyspieszyć (bądź gorączkowo walczyć o oddech i utrzymać tempo). Na starcie ustawiłem się dość daleko i pierwsze kilkaset metrów to dość nienaturalny slalom, naprawdę sporo było osób biegnących truchcikiem a ustawionych przede mną.

Pierwszy kilometr 4:02, tak miało być, później jest lekko z górki i lekko przyspieszam. Na znaczniku drugiego kilometra już mam lekki niedobieg w stosunku do zegarka wiec biorę na to poprawkę, trzeba średnie tempo zachować sekundę, dwie poniżej tych 4 minut. Podłączam się do grupki kilkunastu zawodników i zawodniczek biegnących moim tempem. Po trzecim kilometrze tempo jednak nieco siada i wychodzę przed grupę. Na znaczniku piątego kilometra (5,06 na polarze) odbijam międzyczas 20:04, czyli dokładnie to co chciałem biec. Na punkcie z wodą gąbeczka i schłodzenie, no i woda w butelkach – lubię to. Grupa została z tyłu, do mnie dołącza jeszcze jeden zawodnik i pyta w co celuje. Mówię mu, że do 15km po 4’/km a później się zobaczy. Jemu to odpowiada i biegniemy we dwójkę, zawsze to raźniej. Druga piątka w 19:58, nadal wszystko zgodnie z planem. Słońce już praży, a drzewa po bokach drogi się skończyły więc o cieniu nie mam mowy. Na jedenastym kilometrze wiadukt nad DK25, tu mój kompan nieco zostaje w tyle, ale chwilę później jest z powrotem. W ubiegłym roku gdzieś w tym miejscu bieg się dla mnie skończył, tym razem jest całkiem nieźle. Mięśniowo ok, oddechowo tym bardziej, jedynie co jest nieprzyjemne to ta gorączka, to odbiera ochotę do biegu. Zjadam żel kilkaset metrów płasko a nawet lekko z górki i znacznik 13 kilometra. Skręcamy w ulice Poznańską, najpierw lekko pod górkę, później trochę ostrzej pod górkę, lekkie wypłaszczenie i znowu podbieg – ok. 1,5 km – najtrudniejszy odcinek biegu. Dwa pasy asfaltu w jednym kierunku i dwa w drugim, żadnej osłony. Jest dobrze, mimo podbiegu tempo nie spada, mój kompan już ostatecznie się odłączył a ja zbliżam się do kolejnych zawodników. Na szczycie wiem, że jest dobrze i postanawiam nieco przyspieszyć.

32336762_1775052235889268_1079463433402843136_o

Już przy stadionie, niecały kilometr do mety.

 

Trzecia piątka w 19:57, od początku biegu mam 59:59, czyli idealnie jak było w planach i co najlepsze jest z czego przyspieszać. Teraz żeby nie zrealizować celu musiałoby nastąpić jakieś nagłe odcięcie. Przejście do tempa o pięć sekund szybszego trochę ciężkie, ale jak już łapie rytm to wychodzi bez wielkiego wysiłku. Teraz koncentruje się na mały celach. Najpierw jeden zawodnik, później wózek i w padamy w park solankowy. 3km do końca, ostatni punkt z wodą, tym razem już bez gąbki na głowę, ale nie było takiej potrzeby bo bramki z kurtyną wodna w samym Inowrocławiu są już dość gęsto poustawiane. Na tej kostce w parku już mi się trochę odechciewa tego biegu, już pojawia się takie zmęczenie ogólne, ale jeszcze jedna zawodniczka przede mną, jeszcze tempo 3’55’’/km jest bardzo ok wiec cisnę. Mijam zawodniczkę przede mną, jeszcze nieco ponad kilometr. Czwarta piątka w 19:25, jest zapas w stosunku do zamierzonego celu. Biegniemy wokół stadionu, meta już tak blisko ale jednak, jeszcze tak daleko. Tu znajomi, którzy dopingują, robi się przyjemniej na sercu. Mały podbieg, lekko zwolniłem, ale odrobiłem to na tartanie. Wpadłem na metę i wiem że robota skończona, że misja wykonana, że 85 minut złamane. O ile złamane tego nie jestem w stanie określić, bo nie zarejestrowałem wyniku na zegarze i nie odbiłem też końca biegu na swoim zegarku. Nie ma to znaczenia, najważniejsze że cel osiągnięty.

5af707590687b_p

I po wszystkim

 

Dopiero później sprawdzam oficjalne wyniki – brutto 1:24:00 ( @faraon to tak odnośnie równych cyferek), a netto 1:23:56. Zaraz na mecie miałem wrażenie, ze pobiegłem dość asekuracyjnie, że gdyby zacząć nieco szybciej to wynik byłby lepszy. Ale z drugiej strony tak myślałem rok i dwa lata temu, żeby zacząć nieco szybciej i co z tego wyszło? Myślę, że to był idealnie rozegrany bieg jak na moje obecne możliwości, panująca pogodę i tę trasę. Pomogło doświadczenie z pogodą z lat ubiegłych i  znajomość trasy. Jak mijałem znajome odcinki, budowle, zakręty i porównywałem jak czułem się w tym miejscu rok wcześnie i teraz to aż byłem z siebie dumny jak to rozsądnie pobiegłem. Było bez szaleństw, rozsądnie – najważniejsze, że cel wiosenny zrealizowany.

Po raz kolejny chciałem pochwalić organizację i atmosferę biegu. Niskie wpisowe, fajne pakiety – świetne miasteczko biegowe za linia mety i doskonały bufet, jakiego nie spotkałem, a nawet nie słyszałem o takim na żadnym innym biegu. W tym roku Bieg Piastowski przemienił się już Piastowski Festiwal Biegowy, doszły dystanse 10 i 5 km (łącznie ok. 1200 zawodników) i co by nie mówić na taką imprezę dość wysokie nagrody dla czołówki do tego bardzo wiele osób było nagradzanych. Byli znani goście telewizja i fajna konferansjerka. Szkoda, że nie przyjechał nikt z czołowych polskich biegaczy, żeby powalczyć z zawodnikami z Ukrainy.

Do Inowrocławia zjechała również drużyna biegowa (lub jak mówią lokalni rywale zbieranina dziwnych ludzi), której mam zaszczyt być częścią. Bieg na tyle fajny, że większość z nas pewnie powróci tu za rok. Podobnie jak w ubiegłym roku drużyna się bardzo dobrze prezentuje. Były miejsca na pudle w kategoriach wiekowych, było najlepsze małżeństwo w biegu na 5km, była zwyciężczyni biegu na 10km, ale chyba największe zaskoczenie to 2 miejsce drużyny w półmaratonie (a wśród drużyn, które w swoim składzie mają choćby jednego polaka to nawet pierwsze :) ). Jednym słowem sukces. Jeszcze wracając do nagród, mój czas dał mi 30 miejsce open i 9 miejsce w kategorii M30. Po odliczeniu 5 panów, którzy inkasowali nagrody w generalce odebrałem „tłusty czek” za 4 miejsce w kategorii wiekowej. 200zł to najwyższa nagroda jaką kiedykolwiek wygrałem bieganiem, a licząc popularną ostatnio „żywą gotówkę” to jedyna nagroda jaka kiedykolwiek wygrałem na jakimś biegu. Super niespodzianka, miły dodatek, ale jednak nie myślę na razie, nad przejściem na zawodowstwo. Miłe wspomnienia każą mi tu wrócić za rok. Już nie muszę się mścić na tych 85 minutach, ale i tak przyjadę na 12 Bieg Piastowski.

32313501_2061878863884777_4967533336030347264_o

Drużyna na drugim miejscu podium, z pierwszej drużyny już nikogo nie było.

 

PS. Odnośnie komentarza pana Krzysztofa aka faraon828 do ostatniego wpisu na temat jednego z filmików zamieszczonego w sieci :)  Pochylałem się nad koleżanką z drużyny i gratulowałem wyniku. Już kiedyś tu wspominałem o Michalinie, nieodkryty talent biegowy, jak to się mówi „biegająca matka polka”, kiedyś bardziej fotografowała biegaczy teraz woli biegać i bije wszystkie lokalne rywalki na głowę. Żeby tylko jeszcze chciało jej się potrenować od czasu do czasu. To był jej drugi półmaraton, pobiegnięty z zamiarem łamania 90 minut. W tym słońcu skończyła to z czasem 1:29:25. Na mecie padła wykończona, wykończona ale chyba szczęśliwa.

69-1

zdjęcie z „interwencji” na mecie :)

 

 

Źródło zdjęć: pomorska.pl; ki24.info; Łukasz Wałowski
Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+