Bieg Warciański miał być tym szczytem jesiennym szczytem formy. Po wiosennych zmaganiach z połówką i maratonem złota polska jesień miała przynieść życiówkę na 10km. Z początku trening był dziurawy, ale ostatni miesiąc to już mocna harówka.  Nie będę was trzymał w niepewności. Poszło jak po sznurku, aż bym powiedział za prosto i do bólu rozsądnie. Postawiłem na to samo co w zeszłym roku i niespodzianki nie było.  Jest nowa życiówka – 37:19!!!

Ostatni tydzień

Jak pisałem w ubiegłym tygodniu, z tych 3 tygodni nie do końca byłem zadowolony, ale ostatni tydzień miał być luźny i miała nadejść świeżość.  We wtorek spokojna dyszka plus przebieżki, na środę mój typowy secik przedstartowy, czyli 20minut BS/20 minut coś ok. HM i 5 x 200. No i tu niespodzianka, zacząłem to szybsze 20 minut i klapa. Tętno wysokie, mięśnie zmęczone bieg powyżej 4’/km to był spory wysiłek.  Dokończyłem truchtem i miałem zamiar odpuścić bieganie do zawodów. Ostatecznie w sobotni poranek było jeszcze 35 minut truchcikiem. Ostatni miesiąc trenowałem do docelowego tempa 3’45’’/km czyli 37:30. Gdzieś w wrześniu była myśl, żeby atakować 37 minut (trochę wbrew rozsądkowi), ale chwilowo trzeba było ten plan zarzucić. Wagi też nie udało się doprowadzić do zamierzonego poziomu, w dzień startu było to 81kg (2,5 kg więcej niż rok temu).

Plan

Biorąc powyższe pod uwagę została nakreślona taktyka na ten bieg. Pierwsza trójka po 3’49’’-50’’/km a jakby było którąś sekundę wolniej to nie ma tragedii. Zapewne do znacznika trzeba będzie trochę dobiec – tempo  3’48’’ na zegarku da pewnie 11:35 na znaczniku trzeciego kilometra. Patrząc po treningach to miał być kluczowy fragment biegu, tu miałem się hamować, nie rwać do przodu, nie przyspieszać. Druga trójka w 3’45’’/km, a trzecia miała być średnio w 3’40’’/km. Na ostatnim kilometrze choćbym nie wiem jak był zmęczony to jeszcze coś da się uciąć. Pewnie znowu zegarek doliczy 70-80 metrów wiec trzeba mieć 10 sekund zapasu. Jednym słowem biegnę na 37:30 może 37:20, a ostatecznie jakby na ostatnim kilometrze nie było nic mocy to i tak skończy się minimalną życówką. Biegnąc wg tego planu po 6-8 kilometrze szans na łamanie 37 minut nie będzie już żadnych i trzeba się z tym pogodzić bo szybszy początek, mógłby się źle skończyć.

Na start

Rytuał przedstartowy jak zwykle, pakowanie i do samochodu. Tym razem na miejscu startu jestem kilka minut po wyjechaniu z domu. Warunki pogodowe z tych najbardziej korzystnych do biegania. Bez wiatru, pełne zachmurzenie, resztki porannej mgły, temperatura ok. 12  stopni. Trochę pogadałem ze znajomymi i na rozgrzewkę.  Niecałe 2km spokojnego biegu, trochę wygibasów, trzy przebieżki, ostatnia wizyta w toalecie i na 5 minut przed startem melduje się na miejscu. Od przodu ścisk ogromy, ustawiłem się z dwa metry przed startem ostatnie odliczanie i start.

Pierwsza trójka – na hamulcu.

Po rozładowaniu pierwszego tłoku, po wybiegnięciu z alejki parkowej na szerszą ulice biegnie się łatwo i swobodnie. Tempo zakładane, a zawodników biegnących w moim tempie naprawdę sporo. I bardzo dobrze, nie będzie samotnego biegu. Ogólnie poziom zawodów zauważalnie wyższy niż ubiegłym roku, ale o tym później. Pierwszy kilometr ciut za szybko w 3’46’’. Drugi pika jeszcze przed znacznikiem organizatorów w 3’47’’. Do znacznika 3 kilometra już muszę dobiec kilkadziesiąt metrów, odcinam czas i przyspieszam. Pierwsza trójka wg znaczników organizatorów w 11:38 (wg zegarka było już 3,09 km), czyli niemal idealnie zgodnie z planem.

22553284_10209795029621762_4432045686141966682_o

foto: FB Eugeniusz Gembka

 

Druga trójka – nadal względny komfort.

Po wstrzymywaniu nóg na pierwszych kilometrach, przyspieszenie tempa o te kilka sekund nie sprawiło najmniejszego problemu. Ten czwarty kilometr znów ciut  za szybko. Później wbiegamy w las, lekko pod górkę i wodopój. Nie zdążyłem niestety dobrze złapać kubka, zostało w nim kilka kropel aby zwilżyć usta. Na szóstym kilometrze podbieg i został długa prosta do Koła. Na znaczniku 6 kilometra odcinam czas – 11:17 (wg zegarka 3,02km) znowu zgodnie z planem. Teoretycznie kilka sekund straty miało dawać większą moc na końcu. Tak właśnie miał wyglądać ten bieg.

22555441_10212269393988453_8909470957346742769_o

foto: FB Mateusz Kawka

 

Trzecia trójka – zaczyna się walka.

Ponowne przejście do wyższego tempa znowu nie sprawia większego problemu. Zegarek pokazuje chwilowe 3’37’’-3’39’’/km a mi się biegnie swobodnie. Tak było przez kilkaset metrów, a później utrzymanie tempa w okolicy 3’40’’/km nie było już takie proste. Wbiegamy do Koła, znacznik 8 kilometra, który jak w ubiegłym roku wydaje mi się, że jest stanowczo z daleko (ze 150 metrów dobiegu w stosunku do zegarka). Tempo wchodzi ciężko, ciut za wolno,  ale nie przyspieszam.  W tamtym roku było znacznie więcej sił do atakowania na tym etapie wyścigu. Dobiegam do znacznika dziewiątego kilometra i odcinam trzecią trójkę – 11:06, tu już strata do planu nieco większa, ale nie ma najmniejszej obawy o wynik. Na tym ekranie zegarka nie mam ustawionego czasu całego biegu, ale nawet nie szukałem odpowiedniego ekranu aby sprawdzić czy jest dobrze bo wiedziałem , że jest dobrze. Do tych 9 kilometrów doliczyło mi tyle w stosunku do zegarka, że do mety to nie będzie nawet kilometra (było 0,96km). Wiedziałem też, że w nogach jeszcze było mocy, żeby ostro przyspieszyć.  Opisuję to co czułem myślałem w czasie biegu, a samo to że na kilometr przed metą przeliczyłem sobie ile może być do mety, jakim tempem powinienem biegnąć – jaki mniej więcej będzie czas na mecie świadczy, że umordowany tym biegiem to nie byłem.

Do mety

To że nie byłem umordowany nie znaczy, że na świeżości mogłem gnać do przodu. Tak dobrze nie było. Utrzymałem tempo z ostatniego kilometra, kilka zakrętów i wybiegając na przedostatnią prostą, jakieś 600metrów do mety i tam już puszczam nogi. Mocno bo nie ma już czego oszczędzać. Skręt do alejki parkowej z metą, na zegarze 37 minut z groszami – ostatni sprint i meta. Na zegarku odbijam 37:21 – jak oficjalny czas brutto. Od znacznika 9 kilometra do mety w 3:19. Czas netto 37:19 – nowy PB na dychę. Wszystkie cele na ten rok zostały osiągnięte. można by było zabierać się za lekki odpoczynek. Wynik daje mi 46 miejsce open i 16 w kategorii M30.

22553174_10209799443652110_1534793503500718003_o

Foto: FB Eugeniusz Gembka

 

Rozmyślania po biegu

Trochę ta relacja drętwa i nudnawa, ale trochę taki był dla mnie ten bieg. Z wszystkich moich starów to bieg najbardziej pobiegnięty głową. Na każdym etapie pełna kontrola i wg z góry założonego planu. Były momenty trudniejsze, ale ten wyścig trochę jak na treningu, zaplanowane tempa, domknięcie i do domu. Rozum wygrał z sercem. I powinienem się cieszyć , że ze mnie taki dobry taktyk i znam swój organizm  i że to co zaplanowałem to zrealizowałem.  I naprawdę cieszy mnie wynik – życówka i przebieg tego biegu, ale czuje też takie małe coś tam w głowie. Brakło tej odrobiny szaleństwa, tego postawienia w pewnym momencie na takie a nie inne rozwiązanie i na koniec euforia, że jednak się udało. Taka doza niepewności. Tu poszło wszystko jak po sznurku.  Czy zmiana koncepcji biegu zmieniła by coś w wyniku? – myślę, że bardzo nie wiele. Mocniejszy początek skutkował by pewnie męczarniom po 7 kilometrze, przyspieszanie w późniejszej części wyścigu nie dało by możliwości takiego długo finiszu i co by nie kombinować to wynik byłby podobny. Dobrze oszacowałem swoje możliwości i dobrze wykonałem zadanie. No ale… Ale skoro nie licząc pierwszych 2,5 km udało się utrzymać średnie tempo ok. 3’41’’/km to można i spróbować utrzymać to tempo przez pełne 10 km, a to już da 36:xx. Postanowiłem sobie dać szansę na sprawdzenie tej teorii jeszcze w tym roku i zaatakować barierę 37 minut. Najbliższa okazja już 11 listopada w Turku. Dotrenować już się za dużo nie dotrenuje, ale kilogram, dwa różnicy na wadze już może dać jakieś plusy.

Jeszcze o biegu

Jak pisałem w ubiegłym roku bieg nieco zmienia charakter i chyba można już powiedzieć, że idzie to w dobrym kierunku. Po raz kolejny okazało się, że trasa jest naprawdę szybka i bieg przyciąga coraz więcej dobrych zawodników z całego kraju. W tym roku zabrakło Kenijczyków i Ukraińców i może krajowa czołówka pobiegła ciut wolniej to już zawodników z poziomu 35-40 minuty naprawdę sporo.  Na okolicznych lokalnych biegach w tym przedziale zwykle trudno znaleźć kogoś do rywalizacji, stawka się rozciąga. W Kole było inaczej – naprawdę był się z kim ścigać, pod kogo podpiąć itd. Wcześniej wspomniałem o wysokim poziomie bo wg taki był w tym biegu. W tym roku tylko pierwsza dwójka poniżej 30 minut, ale już 40 minut złamało ponad 16% startujących. W ubiegłym roku czas o niemal pół minuty gorszy dał mi kilka miejsc wyżej. W bardzo ważnej i istotnej dla całego kraju i świata (no bo bieg międzynarodowy) klasyfikacji zawodników z powiatu kolskiego w ubiegłym roku byłem trzeci. Aby powtórzyć ten wyczyn w ubiegłą niedzielę musiał bym mieć wynik z początkiem 35. Ogólnie poziom zawodników w górę.  Żeby nie było tak słodko to organizatorom do ogródka należy wrzucić mały kamyczek związany ze wspólnym finiszem kijkarzy i biegaczy (co niektórym przeszkadzało) i całkiem duży kamień związany z nagradzaniem w jednej z kategorii wiekowych kobiet. Wszystko mam nadzieję do poprawy w przyszłym roku. Jeżeli ktoś chce wziąć udział w lokalnym, ale w pełni profesjonalnie przygotowanym biegu, po bardzo szybkiej trasie, z dużą szansą na bardzo dobre warunki pogodowe to zapraszam w przyszłym roku do Koła na kolejny Bieg Warciański.

 

Zródło zdjęć: FB Eugeniusz Gembka, FB Mateusz Kawka, www.e-kolo.pl

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+