Dawno nic nie pisałem, starałem w pełni skoncentrować się na treningu do docelowego startu jakim były MP na 5000m w Białymstoku. Cel był prosty 14:59. Po udanych 10 000m w Rybniku przyszedł spadek formy, jednak w czerwcu już było całkiem nieźle – pobiegłem 8:47 na 3000m i 15:12 na 5000m. Dlatego pełen wiary pojechałem na 2 tygodnie do Szklarskiej Poręby i bardzo solidnie tam potrenowałem – zrobiłem najlepsze jednostki treningowe w życiu – 5*1200m i 6*1000m na bardzo dobrych prędkościach, do tego trzymałem wysoki kilometraż. Do domu wróciłem na 6 dni przed startem. Przez pierwsze dni po zjeździe było ciężko, ale to było w planach. Na początku tygodnia (czyli 4-5 dni przed startem) okazało się, że mogę mieć problemy z występem w MP ze względów formalnych (brak minimum), co nigdy nie było problemem. Pomijając całe perturbacje „po drodze” jednak udało się wystartować. Stojąc na starcie wierzyłem, że to będzie ten bieg. Jednak już po 400m biegło mi się dramatycznie słabo, zupełnie nie było luzu, męczyłem każdy kolejny krok – tempa: 3:00/02/04 i dalej coraz wolniej – w głowie tysiące myśli „czemu”?

I co wymyśliłem? Najprostsza rzecz: przekombinowałem! Zamiast po udanym biegu na 10 000m trzymać się swojego planu, zacząłem słuchać innych i do tego jeszcze mieszać z moim planem – dodawać, przyspieszać, skracać przerwy i w tym momencie jestem zniszczony. Może gdybym zjechał z obozu (albo chociaż z ciężkiego treningu) na 12 dni przed startem byłoby lepiej, ale zrobiłem błąd. Chciałem za dużo i za mocno, nie udało się. Tym razem przegrałem…

Aaa, pobiegłem 15:23.67. Ale jakie to ma znaczenie? Miało być 14:…

Podziel się: Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on Google+