Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Nowe rozdanie

Nowe rozdanie

Rozmowa z Joanną Jóźwik

Postanowiła, że nic jej w tym roku nie zatrzyma. Postawiła wszystko na jedną kartę, mówiąc sobie: teraz albo nigdy. Sama zorganizowała obóz w Portugalii, który był pierwszym w tym sezonie, mającym zbliżyć ją do zdobycia upragnionego olimpijskiego medalu. Kupiła bilety, spakowała manatki i wyruszyła z miasta, do którego dopiero co się wprowadziła. Przyleciała do Monte Gordo tydzień wcześniej niż inni, by wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Gdy na miejscu pojawili się już pozostali, to Asia była tą, która dbała o nastrój na treningu, rodzinną atmosferę w domku, o dobrą muzykę (nawet gdy zepsuł się głośnik) i o to, by pomarańczy było zawsze pod dostatkiem… Z Joanną Jóźwik, jak sama o sobie mówi „inną Jóźwik”, rozmawiałam o przeprowadzce do Ciechanowa, o tym, dlaczego nie ogląda już seriali, co ją ukształtowało, jak siebie postrzega oraz o planach na dalszą drogę swojej kariery.


Marta Gorczyńska (Bieganie.pl): To był chyba jeden z Twoich piękniejszych sezonów. Powrót w pięknym stylu, z radością. Jak czujesz, wróciła ‘ta’ Asia?

Joanna Jóźwik: Na pewno jestem na dobrej drodze, żeby znów stać się tą Asią, którą była w czasie Igrzysk. A porównując te wszystkie sezony, to rzeczywiście jestem na dobrej drodze do tego. Sezon zakończyłam na 2:01, a nie oszukujmy się, bywało tak, że kończyłam na 2:07. To jest cel. By wrócić.

MG: Czujesz, że możesz jeszcze poprawić swój rekord życiowy?

JJ: Mam tę świadomość, że już raz ten wynik pobiegłam, więc czuję, że mogę też drugi raz.

MG: W tym sezonie wszystko stawiasz na jedną kartę. Przyjazd tu, do Portugalii, to jeden z rezultatów tego postanowienia. Czyli da się, nawet w czasie pandemii?

JJ: Da się. Tylko trzeba mieć swój rozum i postępować według swoich myśli, swoich przekonań. Jeśli człowiek się na coś zdecyduje, to trzeba po prostu być temu wiernym. I tyle. Całe szczęście, że w tym roku udało mi się pozyskać sponsora na drodze do Igrzysk, na które, mam nadzieję, pojadę. Gdyby nie sponsor, pewnie musiałabym zostać w kraju. A jak sama widzisz, są tu bardzo dobre warunki do treningu. No, nie siedzimy w Spale (śmiech)

MG: Drugą poważną decyzją była przeprowadzka do małej miejscowości, do Ciechanowa. Czym się kierowałaś?

JJ: Decyzja ta podjęta była bardzo spontanicznie i okazała się bardzo dobrą decyzją. Do tej pory mieszkałam w Warszawie, choć trenera mam z Ciechanowa. Bardzo często trenowaliśmy zdalnie. Nie miałam nad sobą żadnej kontroli, a jestem tym typem zawodnika, który musi mieć kogoś nad sobą, kto będzie mu mówił o której ma wyjść na trening i kontrolować to, co robi na tym treningu.  Zdarzało mi się wyjść za późno, pobiegać coś za szybko, co nie było dobre pod względem treningowym, nie wpisywało się w plan. Nie wychodziło to tak, jak powinno. Więc podjęłam decyzję, żeby przeprowadzić się tam, gdzie jest mój trener, nie zważając na to, czy mam dobre warunki do treningu. Chociaż szczerze mówiąc, myślałam, że będą gorsze, a okazuje się, że niedaleko Ciechanowa jest świetny las, gdzie robię większość treningów, jest stadion. Jedyne czego brakuje, to hala lekkoatletyczna, ale tu i tak nie ma większego problemu, bo wystarczy godzina i jestem w Warszawie.

MG: Jak Ci się trenuje w tak małym mieście?

JJ: Bardzo dobrze. Będąc tu mam tę jedną myśl w głowie – "dlaczego jestem w tym Ciechanowie?". Jestem po to, żeby trenować, poświęcać ten czas profesjonalnemu przygotowaniu. Sama mówisz – to mała miejscowość. Nie ma tego wszystkiego, co jest w Warszawie. Nie ma restauracji, które kuszą. Jest jedno kino, które i tak jest zamknięte w czasie pandemii. Ulica Warszawska… Można się przejść, można się zrelaksować, ale generalnie... To tyle. Zresztą, tak jak mówię, nie przeprowadziłam się ze względu na miejscowość, a ze względu na trening i osobę trenera.

MG: Ale chwila, to nawet Tobie zdarzało się nie do końca dobrze zrobić trening? Zawodowcowi? Jak to tak?

JJ: No właśnie nie przystoi. Ale mi się zdarzało. Myślę, że to efekt poczucia zbyt dużego luzu, tego, że byłam zdana sama na siebie. Nie było tego poczucia, że trener czeka, że muszę iść, tylko „no dobra, pójdę, kiedy mam wolny czas”. Często przekładałam ten trening tak, że wychodziłam o godzinie 19:00, bo akurat oglądałam serial, który mnie maksymalnie wciągnął… To było bardzo złe podejście i to też jest jeden z tych elementów dla których się przeprowadziłam - żeby mieć większą kontrolę nad sobą.

MG: A no właśnie, rozmawiałyśmy, że już nie oglądasz seriali…

JJ: Faktycznie, staram się ich nie oglądać. Co prawda zaczęliśmy jeden tu, na obozie… Ale Karol (Zalewski) dozuje nam półtora odcinka na dzień i idziemy spać (śmiech).

MG: Jak Wam się trenuje w takim trio? (Asia, Karol Zalewski i trener Ogonowski)

JJ: Jak widzisz, całkiem w porządku. Jeśli zdarzają się jakieś delikatne kłótnie to ja zawsze jestem pośrodku, staram się załagodzić sytuację. Chyba w ogóle jestem taką osobą, która zawsze stara się wprowadzać dobrą energię. 

MG: A jak oceniasz współpracę z trenerem Ogonowskim?

JJ: Dogadujemy się. Pod względem treningowym i w ogóle, życiowym. Największe znaczenie jednak ma ten trening. Trener Wołkowycki miał naprawdę dobry plan, bo jakby nie patrzeć, jego metodą byłam piąta na Igrzyskach. Jednak w pewnym momencie mój organizm powiedział „stop”. Ten trening był albo za mocny, albo nie było dodatkowych bodźców, przez co organizm odpowiedział bardzo poważną kontuzją, która wykluczyła mnie na dwa lata. Do tej pory tak naprawdę nie mogę się pozbierać do tego poziomu, który reprezentowałam. Musiałam coś zmienić. A Kuba… Zna mnie od bardzo dawna, wiedział jak trenuję i najłatwiej było mu zaufać.

MG: Jaka jest największa różnica między treningami trenera Ogonowskiego a trenera Wołkowyckiego?

JJ: Może nie tyle trening stanowi największą różnicę, co bardziej komunikacja. Z Kubą dużo więcej rozmawiamy na temat treningu, dużo bardziej mnie słucha. Często trening jest efektem naszej współpracy, a nie tego, co zostanie mi narzucone.

MG: Czyli pracujecie wspólnie nad planem treningowym? Gdy rozmawiałam z Karolem, powiedział mi, że tę działkę w stu procentach oddaje Kubie…

JJ: Tak, pracujemy razem. Może to jest kwestia tego, że ja już mam trzydzieści lat… (śmiech). Wiadomo, Kuba ma tutaj 90% swojego wkładu, ale myślę, że te 10% staram się mu przekazać, bo znam mój organizm, wiem, co jest dla mnie dobre, podpowiadam, co można byłoby zmienić. Ważny element w całości treningu, stanowi też trening mentalny, nad którym czuwa profesor Blecharz. Podpowiada on, co mam w trakcie treningu myśleć, a to z kolei wpływa to przede wszystkim na jakość treningu.

MG: Na całej swojej sportowej drodze miałaś sporo trudności... ciągle coś! Co pozwoliło Ci przejść przez to wszystko?

JJ: No właśnie! Czemu ciągle coś, o co tu chodzi… (śmiech) Profesor Blecharz bardzo mi pomógł, mam nadzieję, że ta współpraca będzie tak fajnie przebiegać do samych Igrzysk, na które, mam nadzieję, uda mi się zrobić minimum i pojechać. Trening mentalny odegrał tutaj najważniejszą rolę, żeby się pozbierać, wróć odpowiednio nastawioną do biegania. Najważniejsze było to, żeby nie myśleć: „Kurde, Jóźwik, biegałaś 1:57, teraz 2:01 z wielkim bólem”, tylko jednak nastawiać głowę tak, że to jest nowe rozdanie i myśleć: „Ty jesteś inną Jóźwik” . Jednak to, co było przed kontuzją jest dla mnie wzorem do naśladowania. Często wracam do moich idealnych biegów, żeby przywoływać te emocje, które towarzyszyły mi na ostatnich metrach. Ale tylko tyle, żeby się nie nakręcać, nie zniechęcać, a cały czas iść do przodu i próbować.

MG: Widzisz w tym, że „ciągle było coś”, jakiś głębszy powód? 

JJ: Może ktoś trzyma moją laleczkę voodoo i wbija szpilkę: „W achillesa, w achillesa!”… (śmiech) Cały czas staram się to zrozumieć. Najpierw było pasmo nieprzerwanych sukcesów, a teraz ciągle coś próbuje mnie wybić z drogi… Myślę, że to mnie buduje i pokazuje że nie należy się poddawać.

MG: Właśnie to ukształtowało Cię na taką "silną babkę"?

JJ: Te wszystkie przeciwności, te kontuzje, PZLA - chcący na siłę mi zmienić trenera, który nie rozmawia ze mną, nie słucha zawodnika. To wszystko kształtuje we mnie takie cechy, z którymi chcę iść dalej w życie i przekazywać je innym.

MG: Jak odbierasz to jako zawodnik – idziesz po swoje najwyższe cele, a ktoś, kto powinien pomagać Ci w trakcie tej drogi, czy coś… jedynie utrudnia? Jak do tego podchodzisz?

JJ: Bardzo "lajtowo". Staram się być na tyle niezależna, żeby zewnętrzne decyzje nie wpływały na to, jak ja trenuję i jakie decyzje powinnam podejmować. Tak jak mówię, z nieba spadł mi sponsor – pan Jacek Banaszak, właściciel firmy Energomontaż Poznań. To dzięki niemu mogę w ogóle kontynuować ten trening bez żadnych przeszkód. Dzięki niemu nie muszę się martwić, że ktoś zmienia decyzje tylko dlatego, że jest zły na mojego trenera, czy na mnie, że robimy coś wbrew niemu, a w rzeczywistości, według własnych przekonań. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą. To jest bardzo ważne. 

MG: Co najważniejszego dał Ci sport?

JJ: Wiesz, ja cały czas po prostu walczę o swoje marzenia. Cały czas. Od dziewięciu lat, gdzie miałam już taką myśl, że jestem na tyle zdolna, żeby jechać na Igrzyska, że stać mnie na to. Od tego czasu mam przed sobą cel, jakim jest zdobycie medalu olimpijskiego. To jest wyjątkowe, takie trochę patetyczne. Dla każdego sportowca to coś niezwykłego. Cały czas ku temu dążę. To jest taki główny cel, ale co sezon pojawiają się nowe – mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata. Przez to buduję siebie. Buduję własną osobowość. Właśnie to dał mi sport, tę pewność siebie. Bardzo dużo cech wypracowałam. Nie miałam ich wcześniej lub były stłamszone, a sport pozwolił mi je rozwinąć. Za to chyba najbardziej cenię to, co robię.

MG: O jakich cechach mówisz?

JJ: Kiedyś byłam strasznie cicha. Od kiedy zaczęłam zdobywać dobre rezultaty, to zaczęło mnie budować, najzwyczajniej na świecie. Coraz głośniej potrafiłam wypowiedzieć swoje ‘ja’. Coraz częściej stawiam na to, co ja myślę, a nie co inni mi każą. Tak jak właśnie z PZLA… Nie zgadzam się ze związkiem, z niektórymi rzeczami i po prostu tego nie robię, bo ja tego nie czuję, bo to jest niezgodne ze mną.

MG: A jakie masz cele na ten rok?

JJ: Halowe Mistrzostwa Europy jako pierwsze, na które chcę dobrze się przygotować. Właśnie dlatego przyjechaliśmy do Portugalii. Poza tym starty na tych najlepszych halowych mityngach lekkoatletycznych. Na razie jestem na liście rezerwowej, ale mam nadzieję, że wyniki, które zrobię, pozwolą mi pojechać na te mistrzostwa Europy i tam walczyć. Potem, w sezonie letnim, pierwszym celem jest pobiegnięcie minimum na Tokio. A potem, wiadomo. Jazda bez trzymanki.

MG: Mówisz, że się realizujesz, walczysz o swoje marzenia – ale nie tylko te sportowe. Ostatnio zorganizowałaś kolejną edycję obozu – JJ Run Camp, tylko dla dziewczyn. Skąd pomysł na nią?

JJ: Na tą i na kolejne, będzie takich więcej! Uważam, że to jest fajna okazja do tego,  by zgromadzić grupę kobiet, które lubią biegać albo chciałyby zacząć biegać, żeby mogły wymieniać się doświadczeniami. Dla nich to odskocznia od codzienności. Poza tym, dziewczyna przy dziewczynie potrafi się otworzyć, podzielić się swoimi problemami. To jest tydzień na to, żeby zostawić wszystko za sobą i wrócić całkowicie odnowioną. Dlatego też jest dużo biegania, dużo treningu, profesjonalnego treningu. Mamy na tym obozie specjalistów od wszystkiego – dietetyka, fizjoterapeutę, trenera biegowego, trenera przygotowania motorycznego. Także ta dziewczyna, jadąc na ten obóz dostanie wiedzę potrzebną do tego, żeby potem, idąc na trening, wiedzieć, co ze sobą zrobić – jak biegać, co zrobić po treningu, jak się odżywiać i osiągnąć ten cel, który sobie obierze.

MG: Czego Twoim zdaniem brakuje kobietom w treningu, przy dobie tak wszędobylskich trenerów personalnych?

JJ: Motywacji, ale takiej prawdziwej. Właśnie to w tym obozie jest fajnie. Dziewczyny biegając w grupie, mają jej pod dostatkiem. Może też prawdziwej nauki tego, jak biegać, żeby biegać dobrze. Trenerzy personalni często nie mają wiedzy wynikającej z zawodowego sportu, a z niego można naprawdę wiele wyciągnąć. Profesjonalistom łatwiej jest dostosować trening dla danej osoby, by mogła się dobrze biegowo rozwijać.

MG: Nie da się ukryć, że jesteś jedną z najbardziej rozpoznawalnych sportsmenek, marką samą w sobie. Jakie masz inne pomysły na tę Asię po lekkoatletycznej karierze?

JJ: Na początku właśnie obozy, co też łączy się z lekkoatletyką, bieganiem. Chciałabym, żeby marka Joanny Jóźwik była kojarzona z silną kobietą, która ciągnie za sobą tłum innych kobiet, chcących walczyć o siebie, być silne nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Takich, które chcą zacząć biegać, biegają i tym właśnie się budują.

MG: Zostałaś stworzona do wygrywania?

JJ: Tak jest, „Mała”!
Marta Gorczyńska

Marta Gorczyńska

Biega szybko, biega długo, biega wszędzie, z tym, że głównie z aparatem. Porywa się z nim na słońce i próbuje robić wszystko naraz. Dla rozwijania pasji zbankrutuje, poleci na koniec świata, a i tak wróci z uśmiechem na twarzy, bo jak twierdzi - z pasją albo wcale. Swoje fotografie prezentuje z regularnością mniejszą lub większą na fanpage'u.