Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Rozmowa z Krystianem Zalewskim

Rozmowa z Krystianem Zalewskim

Po 20 latach rekord Polski Piotra Gładkiego (61:35 z 25 marca 2000 roku) doczekał się pogromcy. Krystian Zalewski spełnił swoje marzenie i przeciął metę gdyńskich mistrzostw świata w półmaratonie z nowym rekordem kraju – 61:32. Z podopiecznym trenera Jacka Kostrzeby rozmawialiśmy chwilę po biegu. Krystian nie krył wzruszenia i radości. Jednocześnie zapowiedział, że Gdynia była jedynie przystankiem w drodze do maratońskiego debiutu, który planuje 6 grudnia w Walencji

Krzysztof Brągiel (Bieganie.pl):Wielkie gratulacje. Nieoficjalnie 61:32, rekord Polski pobity, udało się osiągnąć jeden z celów, o których od dawna mówiłeś. Rok temu w marcu też w Gdyni 62:34 w półmaratońskim debiucie, a teraz ponad minutę szybciej. Podejrzewam, że musisz być dziś najszczęśliwszym człowiekiem w kraju. 

Krystian Zalewski: Jestem w szoku. Jak na mecie zobaczyłem wynik, to automatycznie popłynęły mi łzy szczęścia i radości. Wróciłem po roku i zrobiłem to, co chcieliśmy zrobić z trenerem rok temu. Jestem przeszczęśliwy, nie da się tego opisać słowami. Tyle wyrzeczeń, wyjazdów, rozłąki z bliskimi… Ten rekord jest tak naprawdę dzięki mojej rodzinie. Dzięki mojej żonie, która zawsze jest ze mną, dzięki trenerowi, dzięki wielu ludziom, którzy podtrzymywali mnie na duchu i w chwilach zwątpienia powtarzali, żebym dalej robił, to co robię, a w końcu doczekam się takiego dnia jak dzisiaj, że spełnię swoje marzenia.

KB: To, że jesteś w formie wiedziało się chociażby z Twoich wpisów na Facebooku. Szczególnie niedawne 26 km ze średnim tempem 3:02/km, robiło wrażenie. Zauważyłem, że Jan Huruk napisał pod tym postem, że 61 minut jest w Twoim wypadku mocno zagrożone. Okazuje się, że faktycznie 61 z przodu i na pewno apetyt na więcej. 

KZ: Dokładnie tak. Byłem bardzo dobrze przygotowany. Zrealizowałem sto procent założeń. My cały czas trzymamy duży kilometraż, bo trenujemy do maratonu. Start w Gdyni był tak naprawdę sprawdzianem przed Walencją. Forma ma być 6 grudnia, więc tym bardziej cieszy dzisiejszy czas.

KB: Mówisz, że wciąż ciężko trenujecie, mając na uwadze maratoński debiut w grudniu. Jak wyglądała w takim razie objętość w ostatnich tygodniach przed mistrzostwami świata?

KZ: W poprzednim tygodniu objętość mieliśmy na poziomie 200 km, a teraz w tygodniu startowym, myślę, że wyjdzie około 160 km. 

KB: Iza Paszkiewicz po swoim starcie wspominała, że warunki były dla niej dziś wymagające – wiatr, podbiegi. Jak Ty oceniasz trasę? 

KZ: Ja przede wszystkim szukałem plusów. Byłem zmotywowany, wierzyłem w pracę, którą wykonałem i zupełnie nie zwracałem uwagi na to, czy będzie wiało, tylko robiłem swoje. Miałem stanąć dziś na starcie i od początku biec na czas, który założyliśmy z trenerem. 

KB: Potwierdza się stara dewiza, że jak jest forma, to warunki nie mają znaczenia. 

KZ: Jak jest się mocnym to nie patrzysz na to, czy zawieje z tej strony czy z tamtej, czy jest podbieg, czy dłuższy zbieg. Jak jest się mocnym to trzeba szukać przede wszystkim atutów trasy.

KB: Masz za sobą bardzo dziwny sezon, gdzie praktycznie zostałeś odcięty od obozów zagranicznych. Gdzie trenowałeś? 

KZ: Ostatnie zagraniczne zgrupowanie odbyłem na przełomie lutego i marca w Portugalii. Później wszystkie obozy były już w Polsce. Czy to Wałcz, czy Jakuszyce, także przygotowywałem się w polskim klimacie.

KB: Wynikałoby, że bez zgrupowań w Kenii, czy Meksyku, też można zrobić formę na rekord Polski i być jednym z czołowych Europejczyków… 

KZ: Jeszcze dzisiaj trochę zabrakło do tych najlepszych zawodników z Europy, ale wiem, że jestem na dobrej drodze. 

KB: To na koniec zapytam jeszcze o buty. Wiem, że miałeś dylemat – Vaporfly czy Alphafly? Jak patrzę na Twoje stopy, to chyba widzę w podeszwie poduszki gazowe, a zatem stanęło na Alpha?

KZ: Tak jednak postawiłem na Alphafly. Dzisiaj rano, jak zacząłem sznurować chipy do butów to stwierdziłem, że co ma być, to będzie.