Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
W środę pojawiła się naszym serwisie rozmowa z Henrykiem Szostem. Rekordzista Polski w maratonie przedstawił w nim okoliczności zmiany trenera i wspomniał o treningu, który realizuje ze Zbigniewem Królem. O komentarz na ten temat poprosiliśmy Grzegorza Gajdusa, byłego trenera Henryka, który współpracował z nim przez 5 lat.


Grzegorz Gajdus to były rekordzista Polski w maratonie z rekordem życiowym na poziomie 2:09:23. Gajdus to także były trener czołowych polskich maratończyków - Błażeja Brzezińskiego, Adama Draczyńskiego, Arkadiusza Gardzielewskiego, Mariusza Giżyńskiego czy w końcu Henryka Szosta, z którym współpracował do 2011 roku i którego przygotowywał do pierwszych maratonów w karierze. Zna więc jak mało kto Henryka jako zawodnika i może ocenić czy kolejna zmiana trenera to dobry krok.

Cy sądzisz, że Henryk dobrze zrobił zmieniając trenera?

gajdus_270.jpgUważam, że to bardzo dobrze, tylko pytanie czy nie stało się za późno. Teraz przed Henrykiem najważniejszy sezon olimpijski i nie wiadomo czy trener Król będzie w stanie przygotować go na dobry wynik już teraz. Być może będzie potrzebował więcej czasu. Trzeba być jednak optymistą i życzyć mu, żeby ten rok był najlepszy w karierze.

Już wcześniej Henryk narzekał na współpracę z Shvetsovem, bo ten zapominał o wysyłaniu planów. Wynikowo także nie było tak jak na początku. Z Henrykiem mamy dobre relacje, często jesteśmy razem na zgrupowaniach i dzięki temu miałem możliwość obserwowania jak Heniu trenuje. Na tej podstawie uważam, że Henryk już rok wcześniej mógł zmienić trenera. 

Sam Henryk też jest tego typu zawodnikiem, że potrzebuje zmian. Jednocześnie jest takim zawodnikiem, który doskonale zna i czuje swój organizm, co pozwala mu realizować plan treningowy optymalnie z uwzględnieniem zmęczenia w danym dniu, co z kolei sprzyja takiej współpracy na odległość jak w przypadku współpracy z Shetsovem czy teraz z trenerem Królem. 

A czy trener Król to dobry wybór dla maratończyka?


Henryk trafił do dobrego trenera, co tu dużo mówić. Trener Król ma duże doświadczenie w pracy z zawodnikami. Tyle lat pracuje na polskim rynku i wyróżnia się tym, że ma bardzo dobry kontakt z zawodnikami. Wielu ludzi, którzy poznali trenera Króla mówi, że trenera można słuchać, słuchać i słuchać i trener zawsze będzie miał na każdy temat coś mądrego do powiedzenia - nawet nie na tematy biegowe. To też może imponować zawodnikowi i budować autorytet. 

Pod koniec naszej współpracy Henryk nie zawsze był zdecydowany co do mojego treningu, a ja zawsze jestem zdania, że zawodnik musi być przekonany do tego co ma robić. Dlatego zmiana trenera na trenera Shetsova to dla Henryka także był dobry krok. Henryk poczuł się bardziej zmotywowany, przekonany i dzięki temu poszedł do przodu.

Zauważyłem, że niemal zawsze zmiana trenera działa na zawodnika pozytywnie. Ten zawodnik nagle dostaje nowej motywacji, wierzy w nowy trening i także dzięki temu uzyskuje lepsze wyniki. Według mnie zmiany trenerów są obecnie - przy obecnym pokoleniu biegaczy - nieuniknione, chyba, że mamy do czynienia z relacjami innymi niż tylko trener-zawodnik, jak chociażby przykład Marcina i Tomka Lewandowskich.

W wywiadzie Henryk wspominał, że ani z Shetsovem, ani z Tobą nie wykonywał siły biegowej na skipach wieloskokach itp. Dlaczego?

Współpracę z Henrykiem zacząłem dwa lata przed Igrzyskami w Pekinie. Celem było przygotowanie go do debiutu w maratonie i awans na Igrzyska. Nie było za dużo czasu aby to zrealizować dlatego głównym naszym celem była praca nad zwiększeniem kilometrażu i przygotowaniem Henryka do wysiłku maratońskiego. 

Faktycznie nie robiliśmy wieloskoków, ale robiliśmy więcej podbiegów. Wszedł duży kilometraż i gdybyśmy do tego dodali siłę na wieloskoku, to pewnie jego organizm by nie wytrzymał. Poza tym nie było też tak, że siły w ogóle nie robiliśmy. Mieliśmy ten komfort, że w pierwszym roku trenowaliśmy w układzie dwa tygodnie w domu, dwa tygodnie na obozie w Szklarskiej Porębie. Szklarska Poręba to fajny teren, jest góra, dół, Henio w górach mieszka, więc chcąc nie chcąc Henio sam realizował trening siły. Gdy dodamy do tego przeszłość Henryka, który u poprzedniego trenera robił trochę siły z gryfem i realizował taki trening siły o jaki mówimy, to dochodzimy do wniosku, że nie potrzebowaliśmy tego typu treningu.

Sama siła jednak była. Na początku jakieś skipy także robiliśmy. Siłę można robić na kilka różnych sposobów. My robiliśmy sporo zróżnicowanych podbiegów, czasami strome, gdzie nie ma się pełnego zakresu ruchu, nie ma pełnej prędkości, czasami przejścia ze skipu na podbieg, czasami długie podbiegi z Piechowic do Jakuszyc.

Jako zawodnik także nie wykonywałem wieloskoków, głównie by ograniczyć ryzyko pojawienia się kontuzji.