Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Wywiad z trenerem roku 2011 Edwardem Bugałą

Wywiad z trenerem roku 2011 Edwardem Bugałą
Edward Bugała otrzymał tytuł Trenera Roku w Plebiscycie na najlepszych sportowców Warszawy w 2011 roku. Poniżej prezentujemy sylwetkę trenera Bugały i rozmowę z laureatem.

20 złotych
30 srebrnych
40 brązowych
Tyle medali Mistrzostw Polski Seniorów indywidualnie zdobyli podopieczni tylko jednego trenera, od roku 1979 ujętych w  statystykach. Daje to imponującą średnią 2,73 na sezon. Do tego trzeba dołożyć ponad 100 krążków wywalczonych w sztafetach i młodszych kategoriach wiekowych. Tym trenerem jest Edward Bugała, wybitny polski lekkoatleta, wychowawca wielu pokoleń zawodników.

Specjalista od biegów płotkarskich i sprinterskich, 10-krotny Mistrz Polski, 37-krotny reprezentant Polski w meczach międzypaństwowych. W 2011 roku uhonorowany przez  PKOL  „Wyróżnieniem indywidualnym za całokształt kariery sportowej i godne życie”- jak sam twierdzi, jedno z najcenniejszych w jego bogatej karierze. Przez ponad pół wieku, gdy jest obecny w środowisku sportowym, nigdy nie wyrządził nikomu krzywdy, z czego jest dumny najbardziej.

Jacek Wichowski: Panie trenerze, jak to się wszystko zaczęło? Dlaczego i kiedy pokochał Pan sport z wzajemnością, a w szczególności biegi przez płotki?

Edward Bugała: Był to rok 1951. Miałem szczęście poznać wtedy wspaniałego człowieka – Zdobysława Stawczyka, asystenta w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Jego urok polegał na tym, że sport stanowił dla niego zabawę, a on wciągał w tę zabawę innych, w tym mnie. Moje pierwsze zawody to AMP we Wrocławiu, podczas których startowałem w… rzucie granatem, zajmując wysokie miejsce, piąte albo szóste, a także w drugiej sztafecie 4x100 m i skoku wzwyż. Musiałem się czymś wyróżnić na tych zawodach, bo zapamiętała mnie kolejna historyczna postać, Pani Genowefa Cejzik [rekordzistka świata w rzucie dyskiem oburącz – przyp. autora]. Spotkała mnie i poznała jakiś czas później, gdy wykonywałem prace dla wojska, następnie odszukała w jednostce i 16 czerwca powołała na swoje zgrupowanie. Było nas tam ponad sześćdziesięciu i Pani Cejzik jako jedyna trenerka. Przydzielała nam różne zadania, a po dwóch tygodniach zorganizowała sprawdzian: trzech najlepszych zawodników z każdej konkurencji mogło trenować dalej. Ponieważ bardzo chciałem pozostać na tym zgrupowaniu, wybrałem bieg przez płotki, do którego zgłosiło się tylko trzech zawodników. Po trzech specjalistycznych treningach wystartowałem w tych swoistych eliminacjach i je wygrałem. Pani trener zgłosiła mnie do Mistrzostw Polski, gdzie po krótkim okresie przygotowań zdobyłem swój pierwszy złoty medal na 110 m ppł. I tak się wszystko zaczęło.

Rozumiem, że wtedy rozpoczęła się Pana kilkudziesięcioletnia przygoda z kadrą narodową?

Tak, po tamtych MP od razu zostałem powołany do reprezentacji i wziąłem udział w swoim pierwszym meczu międzypaństwowym na nowiutkim stadionie warszawskiego Marymontu. Rywalizowaliśmy z ekipą NRD, a ja startowałem ze Staszkiem Kardasiem na 110 m ppł.

Jak na płotkarza chyba nie imponował Pan warunkami fizycznymi?

Miałem tylko 170 cm wzrostu i przez całą 14-letnią karierę, w czasie której ustanowiłem 12 rekordów Polski na 80, 110, 200 i 400 m ppł, w prasie pisano, że jestem za niski, a przede wszystkim „nieperspektywiczny”. Nie przejmowałem się tym zbytnio.

Rozmawiając z innymi trenerami, m.in. Sławomirem, słyszy się, że kiedyś zawodnik był dużo bardziej przygotowywany ogólnorozwojowo.

Zgadza się. Przecież ja byłem wicemistrzem Polski w dziesięcioboju z Krakowa z 1953 r. Często startowałem w swojej karierze w wielobojach i wiąże się z tym taka anegdotka z czasów, gdy byłem zawodnikiem Legii Warszawa, której działacze byli bardzo pro-partyjni. Startowałem wtedy w trzyosobowej drużynie wielobojowej z dyskobolem Heńkiem Chojnackim, pierwszym rekordzistą Polski, który rzucił poza granicę 50 m, i  Kardasiem, płotkarzem. Mając już wtedy życiówkę na 400 m ppł. wynoszącą 53,7 s., pobiegłem płaskie 400 m. w 54 s. z hakiem i nie wygrałem, przez co Legia nie zdobyła tytułu, a działaczom zrzedła mina. Niejednokrotnie nawet miotacze brali udział w pięcio- czy też dziesięciobojach, medaliści igrzysk olimpijskich i mistrzostw Europy jak Rut, Krzyżanowski, Chojnacki czy Komar. Wielka szkoda, że zlikwidowano dystans 200 m ppł., szczególnie juniorom, bo łączył on świetnie sprint i bieg na 400 m ppł. Na 200m płotki są niskie, każdy może je pokonać, dzięki czemu świetnie kształtuje się rytm biegowy, a bardzo często u młodzieży nie zwraca się na to uwagi.

No właśnie, jeżeli już mowa o rytmie biegowym, to czy mógłby Pan nieco bardziej szczegółowo wyjaśnić, jakie ma on znaczenie w biegach przez płotki lub na płaskich dystansach?

Całość zasadza się na jednej kwestii, mianowicie wielu trenerów czy instruktorów nie jest w stanie zrozumieć, co to jest szybkość, wytrzymałość szybkościowa i wytrzymałość ogólna, takie trzy podstawowe kwestie. Szybkość to umiejętność, którą kształtuje się na bazie odcinków pokonywanych beztlenowo, w granicach 6-7s., do 60 m. Powyżej ośmiu sekund jest to już wytrzymałość szybkościowa, trenowana na gruncie szybkości, korzysta się wówczas z tego, co znajduje się w mięśniach, oraz z tlenu dostarczanego z zewnątrz. Bieg na 400 m jest takim przykładem wysiłku o charakterze wytrzymałości szybkościowej, czyli trwającym do jednej minuty. Dłuższe dystanse to coraz większy udział tlenu, z kolei w sprincie jest to 0%. Mówię to, czego mnie nauczono i co sam zaobserwowałem. Wracając teraz do sprintu, są tacy zawodnicy ''perełki'', którzy jednak nie są w stanie osiągnąć swoich szczytów. Ich kariery trwają krótko, ponieważ nie są wystarczająco przygotowani ogólnorozwojowo, ich mięśnie są skrócone i nie wytrzymują dłuższego wysiłku. Płotki oprócz tego, że zmuszają do myślenia, kształtują rytm biegowy. Sprinterzy bardzo często biegają usztywnieni, ponieważ w początkowym okresie przygotowań nie zwraca się uwagi na to, by wszystkie ćwiczenia wykonywać powoli, poprawnie, luźno. Prosty przykład: podnoszenie kolana do góry – wiele osób tego prostego ćwiczenia nie jest w stanie wykonać poprawnie [trener Bugała wstaje i z pełną swobodą kilkanaście razy pokazuje jak się prawidłowo unosi podudzie i jakie większość zawodników robi przy tym przy ruchy – przyp. autora] i jak się nauczą różnych przyruchów, to o luźnym bieganiu i rytmie nie ma mowy. Płotki są ustawione na wyznaczonych odległościach i wymuszają bieganie rytmem jednostajnie przyspieszonym. Przyspiesza się do 60-70 metra, później już tylko można próbować utrzymać tę prędkość i rytm, który dyktują odległości między płotkami. Kto sobie szybciej to przyswoi, ten jest lepszy, ale są i tacy, co nigdy tego nie opanują.

To jest rytm, a co, jeśli chodzi o samą technikę pokonywania płotków?

W sprincie biegnie się prosto, trzeba oczywiście pamiętać o poprawnym wyprowadzeniu kolana, postawieniu nogi, jak najmniejszej blokadzie itd. W płotkach natomiast trzeba korygować ustawienie w czasie biegu. Występuje około 180 faz pokonania płotka, do tego trzeba dołożyć prędkość i starać się wykonać wszystko poprawnie. Nie może być amplitudy wahań środka ciężkości, a idealna sytuacja to taka, gdy znajduje się on na wysokości 106 cm, gdyż wtedy jest równo prowadzony przez cały dystans. Do tego trzeba dążyć. Mówi się brzydko, że niektórzy sprinterzy są „drewniani” – są oni po prostu sztywni i nigdy nie przebiegną poprawnie płotka. Takimi zawodnikami byli także niektórzy reprezentacji Polski. Zupełnie inne. lepsze przygotowanie ogólne mieli np. Woronin czy Dudziak ale trzeba tutaj brać pod uwagę również różną budowę anatomiczną każdego zawodnika.


Trener Edward Bugała z zawodniczkami

Jak było z wyjazdami zagranicznymi? Występowały problemy np. z otrzymaniem paszportu?

Dwa razy, pomimo zrobienia minimum na imprezy mistrzowskie, nie pozwolono mi pojechać. Mowa o Mistrzostwach Europy w Bernie, gdzie minimum wynosiło 55 s. na 400 m ppł. Ja wyrównałem RP 54,2 s. z 1929 r. i nie dostałem zgody na start. Druga sytuacja to Igrzyska Olimpijskie w Rzymie w 1960 r. Na MP w Olsztynie byłem trzeci na 400 m ppł. Wygrał Król z 51,7 s., drugi był Kumiszcze z 52,0 s., ja przybiegłem w czasie 52,1 s. Wszyscy zrobiliśmy minimum, a tylko ja zostałem w domu. Na Igrzyska pojechało ponad 20 osób, nie wypełniając wskaźnika związku, a mnie i Rusin, która pchała kulą, nie pozwolono wyjechać. To była jakaś sprawa polityczna i za bardzo nie drążyłem tematu. Stefan Sieniarski na łamach katowickiego „Sportu” napisał nawet apel do władz o miejsce dla mnie w reprezentacji - bezskuteczny. Na pociesznie wysłano mnie do Rzymu w roli obserwatora z ramienia Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

Gdy patrzy Pan teraz ze swojej perspektywy trenera/zawodnika będącego w środowisku sportowym od ponad 60 lat, to jakie zmiany dostrzega Pan w lekkoatletyce w tym okresie? Co było lepsze, a co może gorsze…?

To bardzo trudne pytanie. Tak jak mówiłem, zaczynałem przygodę z bieganiem niedługo po wojnie, sam szukałem kontaktu ze sportem i czerpałem z tego wielką przyjemność. Ówczesne warunki ograniczały możliwość zdobycia paszportu, a chęć zwiedzania świata była ogromna. Taką możliwość dawały mecze międzypaństwowe czy imprezy międzynarodowe, co więcej, można było usłyszeć swój hymn, co tylko wzmacniało determinację. Drugą sprawą jest czerpanie przyjemności z ruchu, kontaktu z przyrodą. Wielkim zwolennikiem takiego swoistego „rozbiegania się” był pan Mulak, działający w sporcie od bodajże 1949 r. Lansowana koncepcja dużej objętości treningowej w bieganiu, wzorowana na szkole fińskiej po terenach leśnych, przełajowych, zaowocowała przecież wynikami Krzyszkowiaka, Chromika, Zimnego itd. Biegi długie i średnie stały wtedy u nas na bardzo wysokim poziomie, najgorzej było na płotkach [śmiech], ale za tą mocną grupą szła cała reszta, próbowały do niej równać wszystkie konkurencje. Rosło uznanie polskich trenerów, takich jak Mulak, Szelest czy Starzyński, nie tylko w kraju, ale i na świecie. Początkowo za tą praktyczną stroną nie nadążała nauka, medycyna, biomechanika, ale później i te braki zaczęto nadrabiać. Jednak nakłady na sport innych państw były znacznie większe od polskich i powoli te kraje zaczęły nam uciekać.

Jak wspomina Pan okres Wunderteamu i meczów międzypaństwowych?

Wspaniała drużyna, której ciężko jest nawet precyzyjnie określić początek i koniec. Pan redaktor Stefan Sieniarski użył określenia „Wunderteam” chyba jako pierwszy, a startowałem w nim jako zawodnik i przez pewien okres byłem dość wysoko sklasyfikowany, ponieważ miałem dużo występów w meczach. Teraz praktycznie takich spotkań już się nie organizuje, a wtedy to były wielkie wydarzenia, na przykład w roku 1958 niezapomiany mecz na Stadionie Dziesięciolecia, gdzie ludzie wisieli na słupach od świateł, by móc obejrzeć spektakl. Gdy wychodziłem jako pierwszy do rywalizacji, bo zazwyczaj płotki były na początku, nie słyszałem nic poza obezwładniającym szumem, jak w wielkim ulu. Polska obok USA i ZSRR była w pierwszej trójce najlepszych drużyn lekkoatletycznych, ale byliśmy mocni do tego stopnia, że Związek Radziecki zaczął unikać z nami bezpośredniej rywalizacji. Były słynne mecze z Anglią na stadionie Legii, z Niemcami na Stadionie Dziesięciolecia, na które przychodziło mnóstwo ludzi, a nie to, co teraz, gdy na Memoriale Kusocińskiego jest garstka ludzi, i to jeszcze w większość starzy znajomi ze wspólnych startów.

Czy oprócz zawodników, którzy korzystali z Pana wiedzy, próbował ją Pan przekazać szerszemu gronu odbiorców? Tworzył Pan jakieś publikacje, miał asystentów?

Miałem kiedyś bardzo duże ambicje, żeby płotki w Polsce wyprowadzić na przyzwoity poziom i w latach pięćdziesiątych co roku byłem etatowym kierownikiem trzymiesięcznych kursów trenerskich, które odbywały się w Wałczu. Chyba w pewnym stopniu dało to efekt, bo powstała mocna grupa trenera Radiuka [obecnie trener najlepszego polskiego płotkarza Artura Nogi – 5. na IO w Pekinie – przyp. autora], którego intensywnie do tego przygotowywaliśmy przed igrzyskami w 1964 r., a już osiem lat później w Monachium prowadził on samodzielnie braci Wodzyńskich. Jeśli chodzi o asystentów, to uważam, że swoją pracę należy wykonywać rzetelnie. A młodzież jest wymagająca i zadaje pytanie, co z tego będzie miała? Kiedy byłem odpowiedzialny za szkolenie trenerów, próbowałem dociec, co dzieje się z absolwentami wyższych uczelni. Do nas na warsztat trafiało 5-6 osób, a reszta uciekała gdzieś indziej. Proszę spojrzeć na Warszawę, tyle ludzi, a można powiedzieć, że tylko jedna sekcja z prawdziwego zdarzenia – AWF, i to też jeszcze nie do końca. W grudniu minie 60 lat, odkąd uzyskałem tytuł trenera II klasy, a już rok później oprócz tego, że sam byłem zawodnikiem, to prowadziłem zajęcia z kadrą narodową i byłem wykorzystywany w roli trenera. Była to rola dość dwuznaczna, ponieważ rywalizowałem ze swoimi podopiecznymi, ale żaden z moich zawodników nigdy nie zgłosił pretensji, wprost przeciwnie. W 1952 roku podpisałem pierwszą umowę jako trener i zarabiałem od razu 1485 zł, podczas gdy średnia krajowa wynosiła wtedy 495 zł. To jest właśnie po części odpowiedź na pytanie, dlaczego teraz ciężko o zaangażowanie nowych ludzi. Jeżeli widniało się na liście kadry polskiego związku,  dostawało się około 300-400 zł. Może to się teraz wyda dziwne, ale ja te środki rozdzielałem pomiędzy zawodników, którym pomagałem w sporcie, by lepiej mogli skoncentrować się na treningu. Ta pomoc nie zawsze przynosiła podziękowania za uzyskanie dobrych wyników, zdarzały się przypadki donosicielstwa i szkalowania zawodników i trenerów, ale to już zupełnie inna historia.

Pana dorobek trenerski jest chyba jeszcze bogatszy niż zawodniczy. Pamięta Pan swoich wszystkich olimpijczyków?

Kilku ich było. W 1960 r. na igrzyska do Rzymu pojechali moi pierwsi podopieczni, Zdzisiek Kumiszcze i Wiesiek Król na 400 m przez płotki. To właśnie z nimi przegrałem te pamiętne eliminacje w Olsztynie. Pojechał także Roman Muzyk na 110 m p.pł. Na igrzyskach w Meksyku na 100 m p.pł. biegała moja zawodniczka, Bednarek-Żebrowska, opiekowałem się również sztafetą kobiet 4x100 m, a przede wszystkim Ireną Szewińską i Ewą Kłobukowską, których byłem trenerem przez trzy lata. Irena ustanowiła wtedy rekord świata na 200 m – 22,5 s, i zdobyła złoto. Dołożyła do tego jeszcze brąz na setkę, niestety gubiąc pałeczkę w eliminacjach 4x100 m. Biegała na ostatniej zmianie, przejęła pałeczkę 0,5 m za Belgijką, która pobiegła wtedy 11,9 s na setkę w eliminacjach, a Irena w finale 11,1 s, i niestety ją zgubiła, a Belgijki ustanowiły rekord świata. W tym samym roku zrezygnowałem ze stanowiska trenera kadry i skupiłem się na pracy z juniorami, z którymi stworzyłem krótką sztafetę, ustanawiającą rekordy Polski. Potem dziewczyny poprosiły mnie, bym znowu je trenował, ja postawiłem wtedy w PZLA warunki według mnie zaporowe, ale o dziwo wszystkie spełnili i tak powróciłem do kadry. Trwało to do pewnego epizodu, a dokładniej rzecz ujmując do konfliktu z wpływowymi osobami. A ponieważ ja nie chciałem złamać swoich zasad, więc musiałem odejść. Później był Piotrek Balcerzak, mój podopieczny, 10,15 s na 100 m – olimpijczyk z Sydney, Ania Olichwierczuk-Jesień – trzykrotna olimpijka, w tym dwa razy pod moją opieką. W Pekinie już trenował ją mąż Paweł, notabene również mój wychowanek. Wróciłem do trenowania kadry kobiet w 2002 r. Sytuacja się powtórzyła, przyszły do mnie zawodniczki z prośbą, bym je trenował, prosił mnie o to również ich były trener, który z powodów zdrowotnych nie mógł dalej pełnić tej funkcji, a także obecny prezes PZLA, a wtedy szef wyszkolenia, pan Skucha, no i uległem. Dalej był Artur Gąsiewski, olimpijczyk z Aten, i dziewczyny ze sztafety 4x400 m: Jola Wójcik, Zuza Radecka, Grażyna Prokopek, Monia Bejnar, Ania Pacholak, aktualne rekordzistki kraju. Po późniejszej dyskwalifikacji Amerykanek sztafeta w Atenach wywalczyła czwarte miejsce, przegrywając medal z Brytyjkami o 0,1 s.

Było pytanie o historię, to może teraz o przyszłość. W końcu rozpoczął się rok olimpijski, a w Pana grupie chyba zawsze potencjalni olimpijczycy gdzieś byli i są obecni. Jak Pan ocenia szanse swoich podopiecznych w najbliższych sezonach?

Po dzisiejszym treningu mogę powiedzieć, że Ania Guzowska jest znowu dwudziestoparolatką [był to trening tempowy na hali AWF w Warszawie – przyp. autora]. Wygląda świetnie, ale nie mogę zapewnić, jak wystartuje w sezonie. W roku 2011 powróciła po pięcioletniej przerwie i zabrakło jej 0,02 s. do brązu na Mistrzostwach Polski. Celowałem w ten medal, ale z różnych powodów nie mogła wystartować na AMP i zabrakło jej tego jednego tygodnia, a szkoda. Bo trzeba otwarcie powiedzieć, że Ania to jeden z największych polskich talentów. Gdyby nie miała tej przerwy, to dla mnie byłaby wielką kandydatką na pobicie rekordu Szewińskiej na 400 m, a co teraz będzie, ciężko jest prorokować. Mamy przykład Marlen Ottey, która jeszcze po czterdziestce biegała bardzo szybko. Z kolei jeśli chodzi o Anię Kiełbasińską, to jest to jeden z większych talentów płotkarskich. Ma wrodzone, naturalne ruchy do płotków, nawet próbowaliśmy w zeszłym sezonie na hali, ale niestety nie ma czasu na specjalistyczny trening, bo jest reprezentacja, jest sztafeta, gdzie jest potrzebna. Ja jej nie mogę do niczego zmusić, mogę tylko proponować, bo ma do płotków niebywały talent. Póki co rozwija się bardzo prawidłowo, w początkach kariery nikt nie wyrządził jej krzywdy. Ale żeby biegała dobrze płotki – mowa o 100 m, potrzeba co najmniej roku i na ten czas musiałaby zrezygnować z kadry, ale kto mi uwierzy w polskim związku, że za rok pobiegnie 13 s? Biegając płaską setkę w granicach 11,5 s przy dobrej technice, na którą ją na pewno stać, można pokusić się o czas 13,0-13,15 s na niskich płotkach, a to już jest poziom.

Panie Trenerze, już na sam koniec naszej rozmowy, czego by Pan życzył wszystkim biegaczom w roku 2012?

Na pewno życzyłbym wszystkim, żeby pokonywali swoje kilometry w zdrowiu, korzystali z osiągnięć nauki i medycyny, żeby rozważnie dobierali obciążenia. Nie jestem zwolennikiem biegania po twardych nawierzchniach, w spalinach i smogu. Sam korzystałem przez całą karierę z miękkich tras w tenisówkach za 7 zł, biegałem, a właściwie skakałem przy swoim wzroście przez płotki na żużlu i pomimo 80 lat do dzisiaj nie narzekam na kolana i stawy skokowe. Dlatego trenujmy mądrze, ruszajmy się jak najwięcej, ale w zgodzie z naturą.

Dziękujemy za rozmowę.


Wywiad przeprowadzony przy współpracy z: