Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Dałem Eliudowi zegarek" - wywiad z Patrickiem Sangiem

Podczas styczniowego pobytu w Kenii miałem okazję poznać Patricka Sanga. Rozmawialiśmy długo, gdy odwiedziłem z grupą dziennikarzy jego treningowe centrum niedaleko Eldoret. Dawny wicemistrz olimpijski już od 18 lat trenuje Eliuda Kipchogego, pierwszego w dziejach człowieka, który pokonał maraton poniżej 2 godzin. Kim jest wychowawca rekordzisty świata? Kogo jeszcze Sang ma w swojej stajni? Jakimi wartościami kieruje się tworząc takie miejsce, jak obóz w Kaptagat oraz dobierając biegaczy do swojej grupy? Jak określa ich postęp? Skąd się wywodzi, jak ukształtował się jego warsztat? Dlaczego odmówił prezydentowi? I czy Kipchoge oddał mu po latach zegarek?

CZYTAJ RÓWNIEŻ: LUDZKI TRENING NA NADLUDZKI WYNIK?
PO KOLEINACH - W OBOZIE U KIPCHOGEGO

Patrick Sang to w Kenii człowiek instytucja. Był trzykrotnym srebrnym medalistą globalnych imprez lekkoatletycznych. Na 3000 m z przeszkodami został wicemistrzem świata i igrzysk w latach 1991-1993. Choć w tamtych czasach triumfy na bieżni święcił raczej Moses Kiptanui (na filmie poniżej wygrywa MŚ w 1991 roku) , to Sang (numer 722) został wkrótce wiodącym trenerem i mentorem kenijskich długodystansowców.

Studiował w USA, mieszkał przez pewien czas m.in. w Niemczech i Szwajcarii. Trafił do grupy legendarnego managera Josa Hermensa, gdzie był trenerem asystentem. W Kenii działał na rzecz rodzimej federacji wyszukując nowe talenty w ramach IAAF Regional Development Center w Nairobi. Dziś ma 56 lat. Zdobyte doświadczenia pomogły mu wytrenować nie tylko mistrzów olimpijskich, ale i człowieka, który jako pierwszy na Ziemi pokonał 42,195 km poniżej 120 minut.

W obozie NN Running Team w Kaptagat masz dzisiaj całą stajnię mistrzów. Jak zmieniło się to miejsce od czasu, gdy je zakładałeś? Jeszcze niedawno nie było tutaj bieżącej wody...

Zmiany tutaj widzę na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to rozwój samych sportowców, to że się poprawiają. Drugą jest zmiana samego środowiska - nie tylko klimatu… Kiedy przybyliśmy tu kilkanaście lat temu, wszędzie był busz, więc musieliśmy oczyścić teren, zadbać o podstawowe rzeczy. Zmiany odbieram więc na poziomie dosłownym, fizycznym i na poziomie sportowym.

To od zawsze była Twoja wizja, żeby stworzyć miejsce dla rekordzistów świata?

Nie, co roku pojawia się coś nowego. Nigdy nie interesował nas obóz, w którym biegacze zbieraliby się raz do roku w okresie treningowym. Chcieliśmy stworzyć możliwości rozwoju młodych talentów. Zrozumieliśmy, że potrzebujemy miejsca, w którym biegacze mogliby się skoncentrować na bieganiu w 100%. Osiągnęliśmy przy tym dużo więcej. Mieliśmy do tego okazję, bo wyniki przyszły wcześniej i pozwoliły nam zainwestować w ten rozwój.
Moim marzeniem było więc raczej stworzenie centrum rozwoju. Sportowcy ulegali kontuzjom, dużo czasu w przeszłości zabierało im leczenie. Dzięki większym nakładom udało nam się przeciwdziałać urazom. Na miejscu jest przez większość czasu dwóch fizjoterapeutów rezydentów. Mamy konsultanta dietetyka, na którego nie mogliśmy sobie wcześniej pozwolić. Mamy nawet swoją piekarnię, która dla nas robi chleb, bo zwracamy nawet uwagę na to, w jakich proporcjach sportowcy jedzą jasne i ciemne pieczywo.
Od pewnego czasu docierają do nas też specjaliści z innych branż. Co roku mamy spotkania z ekspertami od inwestycji, ubezpieczeń, podatków, prawa. Wierzę, że niczego zawodnikom nie każemy, że sami mogą podejmować decyzje co do swojej przyszłości.
Jesteś dla Eliuda i innych swoich zawodników trenerem i mentorem. Jak budowałeś swoje trenerskie doświadczenie?

Uczyłem się na własnych błędach. Pewnego popołudnia jako młody chłopak byłem na zajęciach w szkole średniej i przyszedł tam jeden amerykański trener. Miał na początku odwiedzić liceum św. Patryka w Iten, ale powiedziano mu, że w szkole w Mokwo jest dobry, młody student. W ten sposób dostałem się na amerykańską uczelnię. Nie wiedziałem wtedy wiele o treningu.
Gość, który przyjechał do Kenii, był trenerem asystentem na Uniwersytecie Teksasu. Tam trafiłem. Asystent przedstawił mnie na miejscu trenerowi głównemu. Ten już po kilku dniach wziął mnie na rozmowę, po której stwierdził, że moja rekrutacja była ich największym błędem. Zapytali mnie, ile jestem w stanie pobiec na 1500 m - odpowiedziałem, że nigdy nie biegałem 1500 metrów. A na innym dystansie? Przyznałem, że biegałem 9 minut 3 sekundy na „trójkę”. Z każdą minutą tej rozmowy czułem się coraz bardziej jak żebrak.
Gość był tak zły, że następnego dnia mi i innemu Kenijczykowi w szkole zorganizował sprawdzian na 3000 m z przeszkodami. Było nas na nim tylko dwóch. Pobiegłem, nie pamiętam, chyba 9:10 z kawałkiem. To zrobiło na nim wrażenie. Ale przez długi czas nie odzywaliśmy się do siebie.
To było najbardziej upokarzające wydarzenie w moim życiu. Ale pozwoliło mi też zrozumieć, jak funkcjonuje świat.

Taka negatywna inspiracja?

Może bardziej szybkie przebudzenie się w nowej rzeczywistości. Wiesz, obudziłem się i zobaczyłem, że świat nie jest taki, jak go sobie wyobrażałem. W tym sensie to doświadczenie było dla mnie pozytywne. Startowałem dla tamtego uniwersytetu i skończyłem go w 1986 roku. I choć ciągle nie byłem jeszcze dobrym biegaczem – wiele się nauczyłem. Poszedłem na studia wyższe na Iowa State University, miałem też tam stypendium. Wtedy już miałem czas i wiedzę, by samego siebie trenować. Wkrótce dostałem też pierwsze powołanie do reprezentacji Kenii na mistrzostwa świata w 1987 roku oraz igrzyska rok później.
Wzrosłem jako osoba, sportowiec, ale głównym napędem było dla mnie to pierwsze spotkanie w Ameryce z trenerem z Teksasu.

A później, w jakiś sposób wpłynęło to na Ciebie jako trenera?

Pierwsze doświadczenie w Ameryce pokazało mi, co się dzieje, gdy brakuje zaufania. Mi co prawda zaufał trener asystent, ale ani jemu, ani mi - nie zaufał trener główny. Dlatego w naszym systemie treningowym tutaj działamy inaczej. Wiem, że muszę wierzyć zawodnikowi.

Z tego co widzę, ze wszystkimi zawodnikami w obozie masz świetny kontakt. Gdzie stawiasz granicę między byciem przyjacielem a trenerem?

Wszyscy tutaj traktowani są jak zawodnicy, ja jestem trenerem. Muszą zrozumieć moją rolę. Mogę być miły jako trener, ale muszę przede wszystkim wykonywać swoją robotę. Jeśli chodzi o wykonanie pracy, jestem twardy. Zawodnicy są tutaj w grupie, ale pozostają indywidualistami. Znam każdego z osobna. Ich słabości i mocne punkty. Mimo tego, że mamy treningi grupowe, prowadzeni są indywidualnie. Mam profil każdego z nich.

Sportowcy podpisują z Tobą kontrakt?

Nie, żadnego kontraktu nie podpisują. No dobrze, ale jak ich konkretnie dyscyplinujesz?

Po pierwsze jest rozmowa, przypominamy sobie o planie długoterminowym, dokąd zmierzamy w tym sezonie. Wszystko co robimy, musi zmierzać do naszego celu. Każda korekta musi polegać na poprawce istniejącego, uzgodnionego planu.
Byłeś na sesji na bieżni, widziałeś nasz program. Biegacze mają wykonać trening w jakimś zakresie, w jakichś granicach. W nich porusza się każdy zawodnik. Nie możesz zacząć z Eliudem ani z Goeffreyem
(Kamwororem – rekordzistą świata w półmaratonie – przyp. red.), bo dla ciebie jest miejsce tutaj. Nie zaczynasz więc z szybką grupą, jeśli nie jesteś na to gotowy. Moja kara może polegać na tym, że każę biegaczowi, który tego nie rozumie, pozostać w mocnej grupie, aż padnie. (śmiech)

Czy musiałeś kiedyś dyscyplinować Eliuda?

Tak, ale niewiele razy. Najlepsi zawodnicy wiedzą, co robić. Widzą program i za nim podążają.

Ale nie każdy jest tak świadomy jak on…

Wiesz, tutaj w jednym miejscu mamy świetnych sportowców oraz takich, którzy się dopiero rozwijają. Ci rozwijający się mają sesje z doświadczonymi, wybierają sobie kogoś do naśladowania, mentorów. A ci mentorzy pomagają im zrozumieć sport.
Bo tu naprawdę nie chodzi tylko o bieganie. Zawodnicy muszą zrozumieć, jak być człowiekiem w społeczeństwie i o co chodzi w sporcie. Muszą zrozumieć nawet to, kim jesteś Ty jako dziennikarz. Jaka jest rola mediów, kto jest odbiorcą wiadomości, kto może być potencjalnym sponsorem, fanem.

Eliud to jakieś niezwykłe połączenie świadomości, talentu, poświęcenia, pracy. Który element jest u niego najważniejszy?

Talent to tylko muszla. Podstawowym składnikiem u Eliuda jest mocna psychika, wiara w siebie. To z niej wypływa pozytywne nastawienie, umiejętność poświęcenia się.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz się spotkaliście? Jakie masz z nim związane najwcześniejsze wspomnienia?

Obydwaj pochodzimy z wioski Kapsisiwa, ale spotkaliśmy się gdzie indziej. Nie pamiętam tego tak jasno, ale to musiało być około 2002 roku albo pod koniec 2001. Kiedy skończyłem sam biegać, zdecydowałem, że wrócę do świata sportu. Najpierw byłem w programie rozwoju z ramienia IAAF i federacji kenijskiej. Organizowałem zawody, rekrutowałem też sportowców, a jednym z nich był Eliud. Przychodził do mnie codziennie przez dwa tygodnie prosząc o plan przygotowań, chciał dostać się do drużyny regionalnej, by pojechać na krajowe przełaje.

Zrobił na Tobie od razu wielkie wrażenie?

Nie, skąd. Ale wygrał potem całą serię przełajów, które sponsorowała krajowa loteria, a nagrodą był czek. Przyszedł do mnie i spytał, co ma teraz z nim zrobić. Nie miał konta w banku, więc poradziłem mu, by jego matka założyła sobie konto i by wpłacić tam te pieniądze. Nie pytał o nic. Zrobił dokładnie, jak mu poradziłem. Ostatnio nawet rozmawialiśmy o przeszłości i spytałem, co stało się z tymi pieniędzmi. Śmiał się, że konto nadal istnieje i jest już na nim spora suma.
Wtedy zrobił na mnie wrażenie, chyba dlatego, że wokół było tylu ludzi, a on przychodził po porady właśnie do mnie. Teraz wspominam go z tamtych lat jako człowieka, który bardzo chciał odnieść sukces w bieganiu. Człowieka uczciwego i posłusznego. I tak zostało do dzisiaj. Eliud nigdy nie kwestionuje treningu, który mu zaplanuję.

Ale zna jakieś zarysy?

Tak, wie mniej więcej, co nas czeka, wie, jaki jest szkielet, cały koncept, jak zamierzamy dochodzić do sezonu.

Kipchoge ma jakieś słabe strony?

Nie ma (śmiech). Ale widzisz, to właśnie to, co się zmienia. Co sezon mamy inne priorytety.
W tym roku będzie maraton w Londynie, może Igrzyska Olimpijskie
(w momencie przeprowadzania wywiadu udział Kipchogego w IO 2020 był jeszcze niepewny – przyp. red.).

Zeszłego roku mieliście udaną próbę INEOS 1:59. Wiedziałeś, że stać go na złamanie dwóch godzin?

Nie chcę, byś myślał, że robię to sam. Mamy cały zespół organizujący przygotowania. Oni też mają na nie wpływ. Wiedzieliśmy, że łamanie dwóch godzin jest możliwe od czasów Breaking2 (pierwszy projekt uzyskania wyniku poniżej 2 godzin w maratonie, zorganizowany przez Nike na włoskim torze Monza w maju 2017 roku – przyp. red.)

Breaking2 oraz INEOS 1:59 były podobne. Czy i przygotowania do kolejnych maratonów są podobne?

Nigdy tak nie jest. Zawsze bardzo ważny jest czas. Ile go mamy. Jakie w tym okresie powinienem zbudować podstawy, ile wyniesie właściwy odpoczynek po ostatnich zawodach, jak w to wpasować fazę budowania, treningów wytrzymałości, szybkości. Czasem ten okres to 7 miesięcy, jak przed Monzą, czasem to 3 miesiące treningów, jak między Monzą a Berlinem (gdzie jesienią 2017 Kipchoge wygrał atestowany już maraton w 2:03:32 – przyp. red.). Te rzeczy muszą być na miejscu w różnych okresach w czasie, który mamy na przygotowania. Które dane treningowe są dla Ciebie kluczowe, a które bezużyteczne?

Technologia jest bardzo przydatna, nie można jej nie doceniać. Ale podstawą dla mnie jako trenera jest czucie zawodnika. W przygotowaniach do Breaking2 team Nike przeglądał wszystkie dokumenty, zapiski. Powiedzieli nam szczerze, że patrząc na te nasze dane nie było nic, co można było dodać, ulepszyć – mam na myśli bardziej zaawansowaną technikę.

Czyli trener musi mieć przede wszystkim nosa?

Tak. Wszyscy sportowcy podążają podobną ścieżką. Mamy dla nich trzy obszary intensywności: Easy (ang. łatwy, spokojny – przyp. red.), Medium (średni, umiarkowany), Hard (trudny, ciężki). Jeśli sportowcy nauczą się wyczuwać różnice w tych 3 obszarach, tak samo będzie działała technologia.
Eliud biega teraz z czujnikami, wysyłamy z nich dane do ludzi
(do centrali Nike – przyp. red.), którzy je analizują. Ja sam tego nie robię, nie jestem w tym ekspertem. Ale czasem dostajemy informacje zwrotne, głównie dotyczące objętości treningu. Wiemy, że możemy biegać więcej.
Wiesz, te nowe buty zostały zaprojektowane właśnie po to. Z perspektywy trenera mogę powiedzieć, że nowe buty pomagają w regeneracji
(buty z serii Vaporfly Kipchoge używał przez ostatnie lata w treningu i na zawodach – przyp. red.) Uważam, że są drobnym dodatkiem do wszystkiego. Dają przewagę, kiedy trenujesz ciężko.
Z drugiej strony są ogólnodostępne Wiesz, noszone są przez wszystkich sportowców Nike. Będzie nam pewnie łatwiej ocenić ich wpływ, ale na całą generację - w porównaniu do poprzedniej.

Wróćmy do Twojego wsparcia dla zawodników. Jak w sferze mentalnego przygotowania pomagasz swoim biegaczom?

Nie mamy osobnych zajęć, gdzie pracujemy nad psychiką. Patrzymy na punkty odniesienia. Układając nasz program chcemy, by w pewnym momencie biegacz sam zyskał pewność siebie. Wiec trening mentalny jest wpisany w cały plan przygotowań zawodnika. Chcemy mu dać pewność, że ten trening mu pomaga.
Przed wyjazdem na zawody mówię komuś z grupy, na jaki przedział wynikowy jest aktualnie przygotowany. Opowiem to na przykładzie młodego biegacza, któremu pomagałem w ostatnim sezonie
(Nicholas Kipkorir Kimeli – przyp. red.). Najpierw ustaliliśmy główny cel: 13:05 na 5000 m. W maju powiedziałem mu, że z tego, co widzę, jest w stanie pobiec w granicach 13:05-13:10 podczas pierwszych zawodów w Szanghaju. Gość pobiegł 13:06. I wiesz, kiedy wrócił, był tak mocny psychicznie, tak podbudowany! W następnych zawodach zrobił 13:03, na kolejnych 12:57. To był najszybszy czas Kenijczyka od długiego czasu. Był możliwy do osiągnięcia tylko dzięki bliskiej współpracy, budowaniu przekonania, że biegacz jest na właściwej drodze do kolejnego celu.

Ok, ale skąd Ty wiesz, w jakim przedziale się znajdują?

Podążam za planem (śmiech).A jaki konkretnie przedział miałeś na INEOS w Wiedniu?

Coś między 1:59.30-1:59:48.

1:58 było niemożliwe?

Wiesz, dostawaliśmy w trakcie próby informacje od pacemakerów, którzy obserwowali, jak Eliud oddycha. Mówili nam: „Gość biegnie jak wariat, jest przy tym zrelaksowany”. Ktoś mógłby więc powiedzieć, że Eliud mógł pobiec tego dnia szybciej. Ja powiem, że wszystko szło według planu.
Jedyny znak zapytania, jaki mieliśmy z zespołem, to ostatnie 2 tygodnie. Kiedy zacząć okres taperingu
(stopniowe zmniejszanie obciążeń treningowych przed ważnym startem – przyp. red.)? Jeśli byłby za długi, stracilibyśmy okazję. Musieliśmy się przy tym wpasować w prognozowane warunki pogodowe.
Breaking2 to było wyzwanie związane z nieznanym. Również z mediami, wieloma historiami.

Bohaterami tamtej próby było trzech biegaczy, w INEOS 1:59 cała uwaga skupiona była na Eliudzie…

Wiesz, dużą trudnością INEOS-u była w ogóle uwaga, rozgłos. Zarządzanie ludźmi i ich oczekiwaniami. W przeddzień zawodów o 3 po południu zadzwonił do nas prezydent Kenii. Chciał rozmawiać z Eliudem. Wieczorem przyjechał wiceprezydent z rodziną i chciał się spotkać. Powiedzieliśmy, że niestety to niemożliwe. Takie oczekiwania budują niepokój, a ten może rozpocząć lawinę. I wówczas łatwo stracić cel przewodni.

Zmieńmy temat. Co myślisz na temat dopingu w Kenii?

W każdym społeczeństwie, gdy gra toczy się o wysokie stawki, jest tendencja, by szukać dróg na skróty. Nie możemy zaprzeczać, że doping istnieje, bo wielu sportowców miało pozytywne wyniki testów. To poważny problem, ale przynajmniej podejmowane są już jakieś działania, które poprawiają świadomość. Działa coraz prężniej kenijska agencja antydopingowa. Ale widzisz, człowiek pozostaje człowiekiem.
Wydaje mi się jednak, że paszport biologiczny pomoże Kenii się oczyścić. Kto już będzie w bazie i będzie miał paszport biologiczny, będzie na widoku.
Czy którykolwiek z Twoich sportowców kiedyś się dopingował?

Nie. Ale nawet w naszym zamkniętym obozie musisz pamiętać, że to miejsce dla różnych osób, którzy przybyli tu z różnych stron. Oszukiwałbym się, gdybym myślał, że mam nad wszystkim kontrolę - nie mam jej nawet nad własnymi dziećmi (smiech). Mimo wszystko mamy tu stworzone środowisko, w którym widać wszystko jak na dłoni, można łatwo też przekazywać ważne komunikaty. 
Wielu mocnych zawodników wychowujemy od młodego zawodnika. Popatrz na tamtego, to gość, który pobiegł 7:53 na przeszkodach
(Brimin Kiprop Kipruto – drugi zawodnik w historii na dystansie 3000 m pprz – przyp. red.). Trenuję go od dzieciaka. Podobnie jak od dawna zajmuję się Eliudem, Violą (Kibiwott, mistrzynią świata juniorek w crossie – przyp. red.). Od zera trenuję też Geoffreya. Oni pokazują, ze trzeba ciężko pracować na wyniki. Więc, jeśli tu już jesteś, po co chciałbyś robić rzeczy inaczej?

Znowu powraca temat Twoich relacji z zawodnikami. Czy jest coś, co Cię u nich czasem wkurza?

Nie mam szacunku do osób, które mają dobre wyniki, ale nie zachowują się dobrze jako ludzie. Wyniki powinny się liczyć, ale twoje życie, jego spójność - są w dłuższej perspektywie ważniejsze. Pieniądze to mała część życia. Ale nadal masz przecież rodzinę, dzieci, społeczeństwo. Możesz mi wierzyć lub nie, ale nie chcę, by biegacze tutaj po prostu szybko biegali. Niektórzy z nich nie występują na wysokim poziomie, ale są świetnymi graczami zespołowymi, jak właśnie ten przeszkodowiec, który nie ma ostatnio świetnych wyników, ale jest dobrym dodatkiem do naszego zespołu.Pewnego razu przyjechał do nas do Kaptagat ambasador USA., Nie dlatego, że Eliud pobiegł szybko, ale dlatego, że uważał, że w tym miejscu powstają pozytywne wartości i że warto, by były one popularyzowane w Kenii. Innym razem przyszli do mnie adwentyści dnia siódmego z podziękowaniami. Biegacze, którzy tam chodzili na nabożeństwa, okazali się świetnymi liderami, autorytetami. To jest muzyka dla moich uszu i serca, sprawia, że jestem szczęśliwy. To, jak radzą sobie w świecie poza bieganiem.

Nie chciałbyś współpracować z jakimś konkretnym zawodnikiem spoza obozu? Pewnie zgłaszają się do Ciebie chętni z całego świata?

W obozie są ludzie z różnych krajów. Był Erytrejczyk, który przyjechał tu i w debiucie pobiegł 2:07, była biegaczka z Jemenu, która pobiegła 2:23, mieliśmy cały team z Chin, którym pomagaliśmy w treningu. Abdi Nageeye jest z Holandii, nie był zbyt dobry, gdy do nas przychodził. 

A kto jest najbardziej utalentowany? Mówi się, że naturalnym następcą Eliuda jest Goeffrey Kamworor.

Teraz myślę, ze najbardziej utalentowana w obozie jest Faith Kipyegon. Jest niesamowita, wygrała igrzyska na 1500 m, a po urodzeniu dziecka i kontuzji wróciła bardzo szybko i została wicemistrzynią świata.

Z niektórymi łączy Cię więcej. Z Eliudem na przykład pochodzenie, obydwaj jesteście z jednej wioski. Myślisz, że macie jakąś specjalną więź?

To bardziej relacje przyjacielskie, niezależne od naszego pochodzenia.
Pamiętam moment, kiedy w Berlinie Eliud poprawił rekord świata
(16.09.2018 r. - przyp. red.). Byłem gdzieś za metą, ale wpadliśmy sobie szybko w ramiona. I nagle miałem taki przebłysk w głowie. Pomyślałem: „Ten gość pobiegł 2:01, a 18 lat temu po prostu wpadliśmy na siebie. Co by było, gdybym wtedy odrzucił jego prośby o pomoc?”
W grudniu zeszłego roku dostałem od niego prezent. Gdy w 2002 roku chciał ode mnie plan treningów, dałem mu zegarek, bo nie miał swojego i nie mógłby kontrolować czasów z planu. Po Berlinie podarował mi TAG Heuera. Przypomniał mi też, że uwierzyłem w niego, gdy nikt w niego jeszcze nie wierzył.

 Fot. NN Running Team