Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Nie popełnia błędu ten, kto nic nie robi"- rozmowa z Jakubem Ogonowskim
Dziś jest trenerem olimpijczyków - Joanny Jóźwik i Karola Zalewskiego. Swoją przygodę trenerską rozpoczynał jednak w niewielkiej miejscowości pod Warszawą. W Monte Gordo, po południu, w oczekiwaniu na gotowość Asi do drugiego treningu, opowiadał mi o popełnionych błędach, swoim zmienionym podejściu do pracy, sposobie na rozwój poprzez konsultacje z innymi szkoleniowcami, a także o utrudnieniach w przygotowaniu do sezonu olimpijskiego. Z trenerem Jakubem Ogonowskim z sentymentem spojrzeliśmy też na jego spełnione marzenie – założenie klubu lekkoatletycznego Mazovia ProActiv w małym Ciechanowie, z którego oboje pochodzimy.

Na Wasz drugi obóz przygotowujący do 2020 roku, polecieliście do Monte Gordo. Ale sam początek przygotowań chyba nie był dla Was zbyt spokojny?

Niestety, było o tym dość głośno w mediach. Asia dostała propozycję od Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, by rozpocząć przygotowania do kolejnego sezonu wraz z trenerem Królem. Zdecydowała się spróbować, zobaczyć, jak to będzie wyglądało, jaki trening zostanie jej zaproponowany. Pojechaliśmy więc na obóz do Jakuszyc. Po powrocie Asia podjęła decyzję, że nie będzie dzieliła odpowiedzialności za przygotowania na dwie osoby. Chciała, żebym to ja odpowiadał za całość, więc wzięliśmy się do pracy. Na ten moment wszystko idzie zgodnie z planem. Trenujemy mocniej, niż w poprzednim roku, bo ten miniony, był tylko przejściowy. Trening był nieco na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Próbowaliśmy, patrzyliśmy przede wszystkim, jak zareaguje biodro.Jaki ten trening był, jaki jest teraz? Czym się w zasadzie różnią?

Asia po konsultacji z fizjoterapeutami w Poznaniu i Warszawie, dostała poważne zalecenie, by nie robić zbyt wielu kilometrów, siły biegowej – bo byłoby to za duże obciążenie dla biodra. Stąpaliśmy po cienkim lodzie. Wieloskoków i podbiegów nie robiliśmy w zeszłym roku praktycznie w ogóle, ze względu na ostrożność. W tym roku są realizowane, kilometraż też jest zwiększony. To właśnie objętościowych treningów brakowało nam przede wszystkim.

Planujecie powrót do formy z Rio? (Jóźwik zajmując 5 miejsce w finale olimpijskim na 800 m wpisała się na 3. miejsce polskich tabel wszech czasów z wynikiem 1:57.36 - przyp. red.)

To priorytet – by iść do przodu i mieć nawet lepszą formę niż w Rio. Jako trener będę się starał dać z siebie wszystko, codziennie pracując, analizując, czytając, dokształcając się, konsultując z innymi trenerami. Bo to nie jest tak, że ja sobie trening wymyślam i patrzę, jak się sprawdzi, ale zbieram o nim opinie innych trenerów. Szykujemy się do tego, by sprawdzić, jak ten trening działa i czy przynosi oczekiwane rezultaty, poprzez starty na hali. Minimum na Tokio jest dość mocne, ale trzeba sobie stawiać najwyższe cele. Na ten rok to przede wszystkim wyjazd na Igrzyska Olimpijskie i pobicie rekordu życiowego.

Będąc od niedawna trenerem zawodniczki, która otarła się już wcześniej o medal igrzysk, czujesz na sobie ciężar, presję?

Trenowanie kogoś, która ma już rekord Polski na hali i był piąty na IO, to ogromne wyzwanie i odpowiedzialność. Zresztą ten rodzaj dużej odpowiedzialności czułem też zaczynając trenować Karola Zalewskiego (Zalewski to 400-metrowiec, również 3 w tabelach All-Time w Polsce z rekordem życiowym 45,11, podpora męskiej sztafety, z którą m.in. bił rekord świata na hali w 2018 roku). Ostatnie dyskusje ze związkiem, świadomość utrudnień jakie nas czekają – chociażby w postaci braku wsparcia finansowego od PZLA na obozy i to, że Asia i tak zaufała właśnie mi, spowodowało że ta presja jest jeszcze większa. Ale sport chyba na tym polega, że stawiane są przed tobą wyzwania, niezależnie, czy jesteś sportowcem, czy trenerem. Po prostu musisz się z nimi zmierzyć. Staram się patrzeć na to wszystko pozytywnie, przekuwać w motywację do działania, byśmy razem z Asią dali z siebie w przygotowaniach 105%.

Musicie coś udowodnić?

Nie, wiesz, mnie nie obchodzi udowadnianie niczego komuś, kto siedzi za biurkiem, czy komuś, dla kogo wszystko jest teorią, a nie praktyką. Tu chodzi tylko o Asi marzenia. Staram się robić wszystko, by na koniec mogła powiedzieć: „Cieszę się, że wybrałam tę drogę”.

A jeśli chodzi o Karola Zalewskiego, wysnuliście wnioski co można zrobić lepiej w kolejnym sezonie?

Po drugim miejscu na MP w Radomiu, co było, nie ukrywam, porażką, usiedliśmy i wszystko przeanalizowaliśmy. Przyznałem się do błędów, jakie popełniłem. Szczerze, zastanawiałem się, czy Karol będzie miał mi coś do zarzucenia. On z kolei też powiedział mi o różnych rzeczach, które z jego strony nie powinny mieć miejsca. To była naprawdę fajna rozmowa. Każdy powiedział to, co myślał i ruszamy z przygotowaniami do kolejnego sezonu. Jesteśmy nastawieni… No, wiadomo na co.

Gdy patrzyłam na trening z Asią, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jest on pełen szczerej radości. To też element, którego wcześniej na drodze do najwyższych celów brakowało?

To prawda, jest dużo frajdy. No słuchaj, czymś musiałem ją przekonać! (śmiech) Wychodzę z założenia, że dobra atmosfera, gdy spędza się ze sobą tyle dni, tygodni, miesięcy, też jest ważna. Dobry kontakt z trenerem to pozytywna energia dla zawodnika, który potem z większą chęcią realizuje wszystkie założenia. Zresztą, znasz mnie – ja i moi zawodnicy zawsze mieliśmy mnóstwo śmiechu na treningu, przy często niełatwej „robocie". To powodowało, że nawet jak byli maksymalnie zmęczeni, to ta ciężka praca przychodziła im łatwiej. Zresztą, wystarczy spojrzeć na koszykówkę amerykańską – zawodnicy i trenerzy zachowują pełen luz przy dużym profesjonalizmie i ogromnych pieniądzach. I to mi się bardzo podoba.Pod względem rozwoju trenera – uważasz, że ci bardziej doświadczeni szkoleniowcy powinni się chętniej dzielić swoją wiedzą z innymi?

Powinni, nie powinni, to zależy. Dziesięć lat temu myślałem, że z większością trenerów nie da się porozmawiać, bo nie będą chcieli zdradzać swoich przemyśleń na temat treningu. Z drugiej strony jest to zrozumiałe, bo z jakiej racji mieliby rozmawiać o swojej wieloletniej pracy z nieznanymi dotąd, młodymi trenerami. Teraz myślę, że szukając doświadczenia, trzeba po prostu zdobyć zaufanie, przekonać do siebie. Wtedy nie ma najmniejszego problemu z tym, żeby jakikolwiek trener podzielił się swoją wiedzą. Trener Kostrzeba, trener Wołkowycki, trener Jaszczak, trener Szymaniak – wszyscy mają cenną wiedzę, którą się ze mną podzielili. Przede wszystkim trener Bugała – to dzięki niemu przeskoczyłem kilkanaście poziomów, praktycznie zyskałem kilka lat. Tacy trenerzy to skarb, konsultacje z nimi mogą rozwinąć młodych trenerów niewyobrażalnie. Ale nie da się zrobić tego programowo, o rozwój każdy musi postarać się indywidualnie. Również obozy klimatyczne, za granicą stwarzają trenerom doskonałe warunki do zdobywania nowej wiedzy. Ale prawda jest też taka, że nie ma wielkich tajemnic. Nie jest tak, że ktoś ma złoty środek i chowa go tylko dla siebie. Przede wszystkim, trzeba wiedzieć, czego się nie wie i czego chce się dowiedzieć.

Czyli obóz klimatyczny, jak tu, w Monte Gordo, to okazja do treningu i rozwoju nie tylko dla zawodników, ale też dla trenerów?

Oczywiście. W marcu ubiegłego roku przyjechaliśmy tu z Karolem Zalewskim, Wiktorem Suwarą i Dariuszem Kowalukiem, co nie do końca było planowane od początku. Okazało się, że tego samego dnia przyjechała na obóz cała reprezentacja Francji w sprincie – byli między innymi Christophe Lemaitre, Pascal Martionot-Lagarde. Na tym obozie skupiłem się maksymalnie na obserwacji ich treningu, wypatrywaniu znaczących detali. Za granicą możemy spotkać się z trenerami z innych krajów, podpatrzeć, przeanalizować, co jest naprawdę bardzo cenne.

Młody trenerze, bo tak z uśmiechem zwracają się do Ciebie zawodnicy, co zmieniło się w Twoim podejściu do pracy na przestrzeni lat?

Jak wiesz, kiedyś trenowałem pewnego zawodnika, Łukasza Ozdarskiego. Co rok mu powtarzałem: „Słuchaj no, w tym roku to już na pewno będzie ogień na bieżni, ale to na 100%... Wiele się nauczyłem - z tego muszą być wyniki!”. Któregoś razu byłem o tym tak przekonany, że się z nim o to założyłem... No i po sezonie przegrałem. Potem zacząłem faktycznie więcej się dowiadywać, a mniej obiecywać. Choć nie twierdzę, że osiągnąłem najwyższy możliwy poziom. Patrzę na pewne sprawy szerzej, zdobywam doświadczenie, skupiam się na priorytetach.Jesteś też zarządcą w klubie lekkoatletycznym Mazovia ProActiv Ciechanów, którego założenie – co dobrze pamiętam - było Twoim marzeniem. Zrzesza on teraz młode nadzieje olimpijskie, jak i starszych amatorów, więc chyba na tym polu czujesz się spełniony?

Chcieliśmy, wraz z bratem Szymonem, założyć w Ciechanowie klub lekkoatletyczny, bo mimo wielu pojawiających się talentów, od kilkunastu lat nie istniało tam żadne stowarzyszenie LA. Udało się to marzenie sprzed dawna zrealizować. Przed sezonem 2019 ustaliliśmy cel, że za kilka lat będziemy wchodzić w pierwszą dziesiątkę jako klub w kategoriach U18 i U20. Tymczasem już w tym roku byliśmy na jedenastej pozycji – dzięki medalom Zuzanny Bronowskiej i Sebastiana Charzyńskiego (którzy trenują na co dzień w Płońsku, pod okiem trenera Roberta Adamskiego – przyp.red.), więc to nawet więcej, niż oczekiwaliśmy. Prowadzone są też w naszym klubie grupowe treningi z amatorami, gdzie możemy dzielić się z nimi naszą wiedzą.

Jaka jest największa różnica w podejściu do zawodowca i amatora?

Szczerze mówiąc, na początku miałem spory problem z rozgraniczeniem tych dwóch światów. Gdy amator przychodził do mnie i mówił, że w ciągu danego tygodnia zrealizował trzy treningi, a nie pięć, to ja robiłem mu obszerny i niekoniecznie miły wywód na ten temat. Doszło do mnie po jakimś czasie, że to nie tak, że to nie powinno wyglądać jak u zawodowców. Amatorzy sami z siebie są naprawdę bardzo zawzięci, mają „parcie" na wyniki i chcą robić wszystko na 100%. Mam wrażenie, że jakbym ich wziął na taki obóz, to trenowaliby tak jak zawodowcy, bez żadnego problemu, właśnie ze względu na tę swoją ambicję. Ale mimo wszystko, największą różnicą jest dystans do wielu aspektów okołotreningowych, na który w przypadku amatorów można sobie pozwolić.

Z perspektywy osoby, która uczyła się przede wszystkim na swoich błędach, co powiedziałbyś młodym trenerom?

Każdy musi przejść swoją drogę, być na niej gotowym na różne możliwości. Nie bać się pytać i nie bać przyznać się do błędu – bo nie popełnia błędu tylko ten, kto nic nie robi. Sport uczy tego, że „czasem z tarczą, a czasem na tarczy” i trzeba o tym pamiętać, będąc zarówno zawodnikiem, jak i trenerem.