Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Józef Lisowski - Jestem normalnym trenerem

Józef Lisowski - Jestem normalnym trenerem

Józef Lisowski to w tej chwili trener nr 1 w polskich przedłużonych sprintach. Od wielu lat rozdaje karty w reprezentacji Polski, prowadząc najbardziej utytułowaną polską drużynę sztafetową - 4 x 400m mężczyzn. Jest też i był trenerem klubowym kilku najlepszych polskich 400-metrowców. Z powodu swojej dominacji w dyscyplinie równie często jest chwalony, co i ganiony. Zwolennicy mówią wręcz o "lisowczykach" - czyli całym pokoleniu biegaczy z otoczenia sztafety 4x400m, na które Lisowski miał mieć przemożny wpływ. Krytycy zarzucają kierowanie się w doborze reprezentacji osobistymi sympatiami oraz blokowanie zawodników i trenerów spoza jego najbliższego otoczenia. Jak jest naprawdę? Pytamy o to w rozmowie, podobnie jak o tajniki warsztatu treningowego oraz sprawy osobiste. Józef Lisowski cierpliwie odpowiada na każde pytanie.


lisowski_524_4_n.jpg
Józef Lisowski


Ten sezon był dla Pana chyba jednym z najbardziej stresujących i najtrudniejszych. Jak go pan podsumuje?


Po Mistrzostwach Świata w Osace wiedziałem, że tylko zdobycie na IO medalu rozliczy nas, w sensie pozytywnym, a każdy inny wynik poza medalem, będzie uznany za porażkę. Jednak, kiedy wystąpiłem na konferencji trenerów w Spale to wszyscy, którzy znają mnie bliżej, byli zdziwieni, że oceniłem zdobycie siódmego miejsca na IO w Pekinie pozytywnie, a nawet bardzo pozytywnie. Dlaczego? Otóż de facto w Pekinie biegał inny skład niż na MŚ. Nie biegali ci, którzy zdobyli medal w Osace i uważam, że siódme miejsce, a zwłaszcza osiągnięty tam wynik, to bardzo dobre osiągnięcie. Do pełni szczęścia zabrakło nam złamania trzech minut. A przypomnę, że wynik, który osiągnęliśmy w Pekinie, cztery lata wcześniej na IO w Atenach dawał srebrny medal. Dlatego właśnie uważam, że nie był to najgorszy sezon


Jak zareagował pan na spóźnioną o 9 lat wiadomość o przyznaniu tytułu mistrzowskiego dla pańskiej sztafety? Jak bardzo różni się taki smak zwycięstwa od przyznawanego w normalnych warunkach?


Przez ostatni miesiąc bardzo często mnie o to pytano. Uważam, że jedyna do tej pory wygrana polskiej sztafety z zespołem amerykańskim, na MŚ w Lizbonie w 2001 roku, na żywo, w bezpośredniej walce była dla mnie największą satysfakcją i przyjemnością. Potem się jeszcze okazało, że Amerykanin, Jeremy Young, został zdyskwalifikowany za środki dopingujące. To zwycięstwo na stadionie, a następnie hymn na podium i radość chłopców po biegu, jest największą satysfakcją. A kiedy po latach przeczytałem w Internecie o złocie, to ucieszyłem się, ale to już nie jest „to”.


Jak to się stało, że na IO pojechał kontuzjowany i bez formy zawodnik-Daniel Dąbrowski zamiast np. zdrowego Marcina Marciniszyna?


Start na IO rządzi się innymi prawami niż na MŚ czy ME. Skład na Igrzyska musi być dopięty na ostatni guzik już na miesiąc przed startem. Nie usprawiedliwiam się, ale wiadomo, że to, jaki skład pojechał, jest po części moją winą. Jak wcześniej wspomniałem, tylko medal olimpijski mógł nas rozliczyć pozytywnie, ale żeby zdobyć medal olimpijski, to trzeba było wyćwiczyć dwóch zawodników na 45.00, plus minus 0.25 setnych i dwóch kolejnych na 45.50, plus minus 0,25 setnych. Zawodnicy podjęli się tego zadania, niestety, główny trzon reprezentacji uległ kontuzjom ze względu na nieprzystosowanie obciążeń treningowych do możliwości adaptacyjnych organizmu.

Przygotowywałem na IO zawodników nie sam, lecz z innymi trenerami, którzy też mieli wpływ na nominacje olimpijskie. Uważam, że w trudnej sytuacji to trener klubowy powinien wytłumaczyć zawodnikowi, że nic nie zdziała na IO, że pojedzie jedynie na wycieczkę. Jeśli lekarz wydaje pozytywne opinie o tym, ze zawodnik jest zdrowy, to mi trudno by było w takiej sytuacji wykluczyć go z reprezentacji. No i go nie wykluczyłem, a więc ponoszę część winy. Moje drogi z tamtym trenerem rozeszły się po IO, ze względu na to, że ja musiałem wspólnie na Igrzyskach z zawodnikiem przeżywać jego niewyobrażalną porażkę. Zawodnik był ogromnie zszokowany swoją kompromitacją. Upłynęło wiele miesięcy, a sądzę, że Daniel wciąż nie odzyskał równowagi psychicznej po tym starcie. Na nic zdały się jego założenia, że on wierzył, że jest dobry, że pobiegnie poniżej 46 sekund, że zawalczy o start w sztafecie.

Uważam, że kontuzjowanych i nieprzygotowanych zawodników na miesiąc przed tak ważną imprezą trzeba zostawiać w domu, wyjaśnić, że są jeszcze inne zawody. W kraju zostało dwóch lepszych zawodników i jeśli któryś z nich by pojechał, to istniała realna szansa pobiegnięcia poniżej trzech minut. W miejscach to pewnie byśmy się nie przesunęli, ale zawsze wynik poniżej trzech minut byłby „tym wynikiem”.


Czy w pana rodzinie były jakieś tradycje sportowe? Czy sam był pan zawodnikiem?


Tak, byłem zawodnikiem, ale nie takim dobrym jak moi podopieczni. Moim największym sukcesem były medale srebrny i brązowy na MP w niższych kategoriach wiekowych - to wszystko. Byłem sprinterem, najszybciej „setkę” przebiegłem w 10.8. Wtedy Marian Woronin, a wcześniej Rudowicz, zdecydowanie szybciej biegali, więc stwierdziłem, że lepiej będzie, jeśli zacznę rozwijać się intelektualnie Dlaczego tak słabo biegałem? Otóż w 1973 po raz pierwszy została wydany „Zarys Fizjologii wysiłku i treningu sportowego” Ireneusza Malareckiego. Ta książka stała się moją ulubioną lekturą i dzięki niej w jakiś sposób zrozumiałem, że nie powinienem biegać, ze nie mam odpowiednich predyspozycji oraz że mój trener w nieracjonalny sposób prowadził mój trening.


Dlaczego wybrał pan akurat trening 400-metrowca?


Tak się złożyło, że po studiach zacząłem pracować w WKS Śląsku Wrocław, akurat wszystkie grupy męskie miały już swojego prowadzącego, więc kierownik pułkownik Wójcik zaproponował mi pracę z kobietami. Dziewczyny rozwijały się, zdobywały medale na spartakiadach i Mistrzostwach Polski, zarówno w biegach indywidualnych jak i w sztafetach.

Potem trener Leszek Buko, który był chory na stwardnienie rozsiane, w końcówce swojej choroby poprosił mnie, żebym zajął się jego zawodnikami. W ten naturalny sposób zacząłem współpracować z chłopakami i osiągać coraz lepsze wyniki. Zrozumiałem, że praca z kobietami jest o wiele bardziej trudniejsza i z mężczyznami można osiągać zdecydowanie lepsze wyniki. Sprawdziły się słowa mojego przyjaciela, trenera Rydzyńskiego, który kiedyś powiedział, że trenerzy dzielą się na tych normalnych i tych pracujących z kobietami. Zostałem więc trenerem normalnym i do tej pory jestem ;)


lisowski_524_1.jpg


Czy są jakieś cechy psychiczno-fizjologiczne, które są wg pana szczególnie ważne dla 400-metrowca?


Po ostatnich Igrzyskach, po obserwacji np. Bolta i innych Jamajczyków, wiemy, że zawodnik musi mieć genetyczne uwarunkowane predyspozycje szybkościowe. U nas szukamy zawodników, którzy nie tylko maja predyspozycje szybkościowe, ale i wolicjonalne, które wg mnie maja bardzo duże znaczenie w przypadku 400-metrowca. Trzeba mieć odpowiednia psychikę, żeby dobrze biegać 400 metrów. Mój były zawodnik Tomasz Czubak mówi, że 300 metrów każdy zawodnik może przebiec, ale na ostatniej prostej zostaną zawsze oddzieleni zawodnicy od chłopców. Chłopcy pobiegną w ok. 47 sekund, a zawodnicy są ostatnie 100 metrów przebiec w ok. 12 sekund co daje wynik w granicach 44-45 sekund. A jeden tylko na świecie zawodnik, rekordzista świata Michael Johnson biegał ostatnie 100 metrów w 11.5 sekundy.


Skąd czerpał pan wiadomości o metodach treningowych? Czy ma pan w tej kwestii jakieś autorytety?


Istniało coś takiego jak polska szkoła biegu na 400 metrów, którą zapoczątkował i osiągał w niej najlepsze wyniki Gerard Mach. Metody czerpałem głównie z literatury, z rozmów z trenerami. Szczególnie zapamiętałem dwie rozmowy z panem Gerardem Machem. Pierwsza odbyła się w Ottawie, gdzie mieszka, drugi raz spotkaliśmy się w Filadelfii. Nigdy nie powielałem treningu mojego wielkiego poprzednika. Starałem się dużo czytać, analizować. Moimi podstawowymi pytaniami były np. dlaczego zawodnik biega na treningu 8x300 powiedzmy w 45 sekund, a nie np. 7 czy 6 razy, dlaczego 45 sekund, a nie 42 czy 48. Zawsze starałem się znaleźć odpowiedź na te pytanie w literaturze czy w dyskusjach z bardziej doświadczonymi trenerami, także z innych konkurencji. Wiele dały mi dyskusje z trenerami od biegów średnich i długich np. Zbigniewem Królem.

Najwięcej dała mi współpraca na studiach z moim profesorem z AWF Wrocław - Markiem Zatoniem, dzięki któremu zacząłem analizować obciążenia treningowe przy pomocy współczynnika skuteczności restytucji. A największy postęp moich zawodników w biegu na 400 metrów w momencie, kiedy zacząłem współpracę z niemieckim fizjologiem dr Bernardem Pansoldem. Następowała wtedy optymalizacja obciążeń treningowych na skutek wykreślania krzywej zakwaszenia. Przy jej pomocy zacząłem optymalizować trening ze względu na objętość, intensywność, porównywać jednostki treningowe z poszczególnych okresów treningowych z zakresu akumulacji, intensyfikacji i przekształcenia oraz w poszczególnych rocznych cyklach treningowych. Uważam, że optymalizacja obciążeń treningowych przy pomocy krzywej zakwaszenia jest to najbardziej skuteczny sposób prowadzenia w racjonalny sposób treningu na 400 metrów.


Czy zdarzyło się panu odkryć u kogoś talent do biegania na dystansie 400 m?


Pamiętam, że kiedy zaczynałem 30 lat temu pracę, to zawsze na jej początku robiłem dużo testów sprawnościowych. Zawsze wybierałem 25 szkół, jesienią wszystkie je obchodziłem i sprawdzałem szóstoklasistów i resztę młodzieży swoimi testami. Były proste, także w zależności od warunków panujących w szkole. Składały się na nie skok w dal z miejsca, bieg na 60 metrów, bieg wytrzymałościowy i przełajowy. Pamiętam, że w tym czasie mój starszy kolega, powiedział mi: „Wiesz co Józek, ja tylko spojrzę i będę wiedział, kto będzie biegał.” Ostatnio spotkałem go na konferencji trenerów i przypomniała mi się ta sytuacja, wiec powiedziałem mu po 30 latach pracy, że mi także wystarczy teraz tylko spojrzenie na kogoś. Niech ta osoba zrobi dobrą przebieżkę i poobserwuję jego zachowanie w grach zespołowych, czy emocjonalnie do tego podchodzi, czy jest zmotywowany do walki, robienia dobrych wyników, to na tej podstawie jestem skłonny powiedzieć czy ta osoba będzie biegać 400 metrów.


Na czym polega trening 400-metrowca? Czy da się go opisać w ujęciu kilometrażowym?


Nie opisałbym treningu dla 400-metrowca w ujęciu kilometrażowym, lecz bardziej w energetycznym. Generalnie jest to trening w kilku strefach. Strefie przemian tlenowych, gdzie ćwiczymy moc i pojemność tlenową. Trening w strefie przemian glikolitycznych, to znaczy kwasu mlekowego oraz trening w strefie przemian beztlenowych, nie kwaso-mlekowych, gdzie także ćwiczymy moc i pojemność. Do tych poszczególnych stref energetycznych możemy dopisać odpowiednie środki treningowe. Nie ukrywam, że są to nie tylko środki biegowe, ale i na pograniczu siły i wytrzymałości czy szybkości.

Generalnie mówiąc, wg mnie trening to jest trening poszczególnych odcinków krzywej zakwaszenia. W strefie tlenowej, moim zdaniem, zawodnik musi być odpowiednio przygotowany do 2 mmol zakwaszenia, co najczęściej realizujemy przez biegi ciągłe o określonym zakresie tętna. Długość biegu ciągłego ustalam w zależności od tego ile zawodnik ma do spalenia tkanki tłuszczowej. Zawodnicy, którzy na jesiennych badaniach, na początku okresu przygotowawczego, mają za duży poziom tkanki tłuszczowej, to biegi ciągłe realizują nawet do półtorej godziny. Ale najczęściej taki przedział jest u mnie od godziny do półtorej w określonym zakwaszeniu i tętnie. Najefektywniejsze tętno u mojego zawodnika do spalania tkanki tłuszczowej było 120, a najwyższe 157. Trening tlenowy do przedziału 4 mmol jest realizowany poprzez odcinki półtora i dwu minutowe. Są to odcinki wyznaczone przez niemieckiego fizjologa Bernarda Pansolda. Wg jego koncepcji w tym zakresie czasu najefektywniej są kształtowane możliwości progu tlenowego do 4mmol.


Na granicy progu przemian beztlenowych 4mmol to naszym podstawowym środkiem jest półtoraminutówka. Waha się ona w zależności od obciążania treningowo zawodnika od 1.15 do 1.45. Zakwaszenie od 6mmol do 12mmol realizujemy głównie za pomocą siły biegowej, tzw. siły wytrzymałościowej, czyli wszystkie skipy,wieloskoki, podbiegi, biegi z lekkim obciążeniem, a także trening realizowany w formie obwodów ćwiczebnych. Tę częstotliwość zakwaszenia realizujemy także poprzez bieganie odcinków 300 i 500 metrowych. Główną częstotliwość zakwaszenia realizujemy także podczas bardzo intensywnej siły biegowej oraz bieganiu odcinków o różnym przedziale czasowym, to znaczy o różnym zakresie intensywności.. Przykładowo, mogą to być odcinki typowej wytrzymałości szybkościowej 6-10x100 m, ale gdzie uzyskuje się zakwaszenia w granicach 20 mml, jak również poprzez bieganie małej ilości odcinków od 300 do 500 m, ale bieganych bardzo szybko.



lisowski_n.jpg


Czytałam, że wymyślił pan nowy sposób na szkolenie 400-metrowców, który zakłada m.in. rezygnację z bardzo długich, nużących zawodników zgrupowań. Na czym on jeszcze polega i czy już został wcielony w życie? Jakie są pana ulubione miejsca treningowe?


Tak, mój pomysł mam nadzieje zostanie zrealizowany. Mój były zawodnik, Piotr Rysiukiewicz, został prezesem Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki i myślę, że przyczyni się do wybudowania we Wrocławiu hali lekkoatletycznej. Lekkoatletyka jest prostym i nieskomplikowanym sportem, ale jednak w okresie jesienno-zimowym musimy trenować na hali. Jedyna hala w Polsce znajduje się w Spale.

Aby trenować w odpowiednich warunkach, to niestety trzeba wyjeżdżać. Najlepszym miejscem do trenowania, jakie spotkałem, jest RPA, gdzie są setki hektarów przystrzyżonej, równo trawy. Widziałem bieżnie trawiaste w wielu miejscach, np. Australii, ale sądzę, że w RPA jest najlepsza na świecie. Jest ideałem do trenowania. Trawa jest podobna do takiej, która znajduje się na polu golfowym, czyli jest to idealne podłoże. Najlepszą halą treningową jaką widziałem, jest hala w Chemnitz w Niemczech. Oprócz bieżni, hala zaopatrzona jest w 1,5 metrowy pas, wykonany z włókniny, na którym biegacze mogą spokojnie się rozgrzewać. Ma się wrażenie, że biega się po podłożu leśnym.


We Wrocławiu trenujemy na stadionie Olimpijskim i na bieżni przy Szkole Mistrzostwa Sportowego przy ul. Parkowej. Można też nas spotkać w parkach, gównie w Szczytnickim i na tzw. Górce Miłości niedaleko poniemieckiego cmentarza na Grabiszynku


Czy uważa pan, że świat nam uciekł? Czy zdołamy go dogonić do MŚ w Berlinie??


Po IO uważam, że świat rzeczywiście uciekł nam dość daleko. Byłem optymistą po 1997 roku, kiedy na MŚ złamaliśmy trzy minuty, a nie mieliśmy medalu. Teraz IAFF przyznał nam brąz z powodu dyskwalifikacji amerykańskiej sztafety. Będziemy się starać dogonić czołówkę. Uważam, że wyniki w granicach rekordu Polski zawsze będą dawać medal na zawodach rangi mistrzowskiej. Przedtem była zasada, że jeśli 3 minuty się złamało, to zawsze był medal. Teraz widzimy, że trzeba biegać szybciej.

Na IO Belgowie zrobili wszystkim niespodziankę. Rosjanie mają od dwóch lat nowego trenera i też taką niespodziankę sprawili. Parametry antropometryczne tych zawodników są podobne do naszej ekipy, ale tamci potrafili się lepiej zmobilizować. Uważam, że musieli bardzo racjonalnie rozwiązać przygotowania do IO. Musieli na pewno w ostatniej chwili zjechać na start do Pekinu z wysokich gór i dlatego osiągnęli taki wynik. Mam nadzieję, że to wszystko jest efektem racjonalnego treningu, a nie jakichś innych spraw…


Na czym polega sukces polskich sztafet męskich, w których nie było wielkich sportowych indywidualności? Na doskonałej pracy na zmianach?


W biegu na 400 metrów nie decydują tylko cechy fizyczne, ale w głównej mierze wolicjonalne. Uważam, że umiejętność zmobilizowania biegaczy przynosi taki efekt, że zawodnik Piotrek Haczek, który ma np. życiówkę 45,71, potrafił na zmianie pobiec 44,00.

Właśnie tu znaczenie odgrywają cechy wolicjonalne i umiejętność walki w zespole. A taką umiejętność zaszczepił mi kiedyś trener piłki nożnej, śp. Wiesław Mucha. Wytłumaczył mi, że piłka nożna jest grą, w której każdy zespół może wygrać z lepszym, dzięki właśnie takiej zespołowej mobilizacji. On mi tłumaczył, że lekkoatletyka dlatego jest dla niego nudna, bo zawsze lepszy zawodnik wygrywa ze słabszym. Ta rozmowa utkwiła mi w pamięci i jak zostałem trenerem kadry narodowej w 1994 roku, to postawiłem nie na indywidualne bieganie, bo właściwie co możemy w pojedynkę osiągnąć na świecie, tylko na bieg zespołowy - sztafety.

Dążyłem do tego, żeby chłopcy poprzez mobilizację wygrywali na zawodach z lepszymi zawodnikami. Pierwszy raz w 1995 roku na MŚ w Goeteborgu , kiedy nikt na nas nie stawiał, udało nam się dostać do finału biegu i zająć dobre piąte miejsce. Co ciekawe, w tym biegu pobiegliśmy o 5,18 sekundy szybciej niż wynosiła suma rekordów życiowych zawodników. To jest jak na razie nasz rekord, jaki osiągnęliśmy dzięki mobilizacji. Generalnie biega się około trzech sekund lepiej od sumy życiówek. Bardzo dobre zmiany, wręcz idealne, muszą być, i ta psychiczna mobilizacja. Oczywiście przygotowanie formy konkretnie na dzień startu.


Właśnie, wszyscy są ciekawi, ile czasu poświęcacie na ćwiczenie zmian?


Ćwiczymy podobnie jak sztafety krótkie. My po prostu to ćwiczymy. Uważam, że większość zespołów bagatelizuje tę formę treningu. W sumie, zmiany trenujemy miesiąc w sezonie halowym oraz miesiąc, półtora w sezonie letnim. Mamy swoje sposoby, takie jak wielokrotne powtarzanie, symulowanie warunków startowych poprzez robienie sztucznego tłoku na bieżni, poprzez stwarzanie nieoczekiwanych sytuacji.


Czy obserwuje pan młodszych 400-metrowców? (juniorów i młodzieżowców) Czy sądzi pan, że są dobrze prowadzeni przez swoich trenerów i maja przed sobą przyszłość?


Tak, obserwuje. Stwierdzam, że generalnie panuje taki trend, aby szybko uzyskiwać dobre wyniki. Najlepszym przykładem na to jest tu Karol Grzegorczyk, były mistrz świata juniorów młodszych. Teraz nie ma go już w sporcie. Trafił do mnie i uważam, że była szansa, aby go odbudować, ale potrzebny jest na to długi okres czasu. Uważam, że w jego treningu zbyt bardzo były eksponowane najintensywniejsze środki treningowe. Uważam, że jego trening był w mało racjonalny sposób prowadzony. Za mało było w nim treningu ogólnorozwojowego. Przestrzegam tu wszystkich trenerów, jeśli spotkają na swojej drodze talent, to taki ktoś prędzej czy później zacznie biegać. Lepiej by było, gdyby zaczął on biegać później niż wcześniej. Nie powinien w wieku juniora młodszego biegać 46,50, a lepiej żeby zrobił w wieku seniora wynik 44,50. Taki rezultat może dać mu nawet medal olimpijski.


lisowski_524_8_l.jpg


Podsumowując, jakie są najczęstsze błędy popełniane przez trenerów w tej konkurencji?


Nie chcę się tutaj wymądrzać, ale uważam, że głównym błędem jest zbyt mało racjonalnie prowadzony trening tlenowy. Nie dopilnowanie przez trenerów progu przemian tlenowych 2 mmole i beztlenowych- 4 mmole. Pamiętam, że jak zacząłem jeździć na obozy kadrowe, kiedy spotkałem niemieckiego fizjologa Pansolda, to zaczął mi tłumaczyć dlaczego tak ważny jest w biegu na 400 metrów trening tlenowy. Tłumaczył mi, że ograniczenie możliwości biegu na 400 m na ostatnich 100 m następuje nie na skutek wyczerpania się zapasów energetycznych, nie na skutek dużego zakwaszenia, ale braku sprawnego działania mechanizmów buforujących. On tłumaczył mi, że jeśli w okresie przygotowawczym będę racjonalnie prowadził trening tlenowy, to dzięki niemu nadmiar jonów wodorowych będzie neutralizowany i zawodnik będzie miał zdecydowanie lepszą końcówkę.

Dlatego bardzo przekonałem się do treningu tlenowego i uważam, że zawodnicy, którzy trafiają do konkurencji 400 m od trenerów biegów średnich i długich, którzy w młodości prowadzili ich głównie poprzez lekki trening tlenowy, realizowany na terenach leśnych, na 2-3 minutówkach, a nie był to trening eksploatujący, prowadzony na bieżni przy pomocy stopera, w ściśle określonym czasie wykonania np. 300 m, to ci zawodnicy zdecydowanie lepiej biegają za młodzieżowca czy seniora.


A jakie znaczenie ma w treningu odpoczynek?


Trening to nie jest tylko praca, obciążanie organizmu, ale również odpoczynek. Uważam, że duża część trenerów zwraca tylko uwagę na pracę, a nie na odpoczynek. Odpoczynek to nie tylko przerwy pomiędzy poszczególnymi odcinkami treningowymi, ale odpoczynek to również to, co dzieje się z zawodnikiem między poszczególnymi jednostkami treningowymi. Odpowiednie odżywianie, odpowiednia odnowa biologiczna, ale również odnowa psychiczna i środków energetycznych są bardzo ważne. Wszystkie te czynniki odnowy mają wpływ na racjonalny trening, a w konsekwencji na wynik zawodnika.


Czy wraca pan czasem myślami do pamiętnego biegu w 2000 roku w Sydney, w którym Robert Maćkowiak przewrócił się w trakcie konkurencji?


Tak wracam, nawet ostatnio, ale dlaczego? Otóż uważam, że w tamtym biegu byliśmy przygotowani na wynik 2.57, na nowy rekord Polski, dałoby to wtedy medal olimpijski, a w konsekwencji emeryturę sportową, co jest najważniejsze dla zawodników. Przypomnę, że przed Sydney chłopcy mieli srebrny medal MŚ wywalczony na bieżni, a po Sydney, gdzie Robert Maćkowiak biegł z kontuzją ścięgna Achillesa w biegu indywidualnym i w sztafecie zastąpił go młodszy kolega Wieruszewski – tam zajęli czwarte miejsce. W 2001 roku mieli złoto na hali na MŚ w Lizbonie, a wcześniej w 1999 halowy rekord Europy. Wszystko wskazywało, że w Sydney powinni zająć miejsce w granicach trzeciego-czwartego, a to dałoby im stypendium, A więc jest jakaś gorycz, że jako trener mam już wszystkie medale mistrzostw świata, oprócz tego olimpijskiego, najważniejszego. A ten medal chłopakom się należał i mieliby spokojną przyszłość.


A czy umie pan przegrywać?


Uważam, że każdy trener musi nauczyć się przegrywać, ale w takim pozytywnym sensie, czyli zawsze starać się wyciągać wnioski z porażek. Pekin był w tym sensie porażką, że czołowi zawodnicy ulegli kontuzjom. Uważam, że to jest porażka trenerską, że w nieodpowiedni sposób zostały dobrane środki treningowe i zawodnicy zostali przeciążeni. Rolą trenera nie jest tylko mobilizowanie zawodników do mocnego treningu, ale głównie wstrzymywanie zawodników przed tą ciężką pracą, aby nie przesadzali z obciążeniami. Zawodnik, który jest na najwyższym poziomie, zawsze będzie dążył do wykonania maksymalnych obciążeń. I właśnie tu jest istotna rola trenera, aby w odpowiedni momencie powiedzieć zawodnikowi stop. Właśnie tę sytuację uważam za swoja największą porażkę z tego roku, że czołowi zawodnicy ulegli kontuzjom, że ja nie byłem w stanie powiedzieć im stop.


Czy długo analizuje pan sytuacje, w których coś wyszło nie tak, jak pan oczekiwał i planował?


Zawsze, kiedy siadam jesienią do planów treningowych na przyszły sezon, rozpoczynam je od analizy poprzedniego roku. Co zrobiłem źle, co zrobiłem dobrze i po tej analizie dopiero można układać nowy plan treningowy z poprzedniego roku i zastanowić się co można jeszcze lepiej zrobić, aby poprawić wyniki.


Zbliżają się wybory w PZLA. Zapewne jest pan za gruntownymi zmianami w związku?


Nigdy jako trener nie bawiłem się w politykę, nawet taką na poziomie sportu, ale sytuacja w ostatnim roku zmusiła mnie do tego, że chcę być kandydatem na zjazd wyborczy PZLA. Uważam, że trzeba odsunąć od władz PZLA ludzi, którzy w ewidentny sposób ośmieszyli nas na arenie międzynarodowej, którzy przyczynili się do tego, że o trenerach, którzy wcale nie używają alkoholu, mówi się jako o pijakach. Chciałabym, aby o polskich trenerach i działaczach mówiło się tylko pozytywnie.

Kiedy zadzwoniłem z Pekinu do żony i dowiedziałem się, że w głównym wydaniu wiadomości mówi się o polskiej lekkoatletyce nie z racji sukcesów lecz z racji skandalu, to ta sytuacja zmobilizowała mnie do działania. Kolejną sprawą jest to, że część działaczy robiła na przekór trenerom. Po prostu chciała pokazać nam kto tu rządzi i że będzie tak, jak oni zadecydują. Nie sugerowali się głosami zawodników i trenerów. Uważam, że zdecydowanie lepsze wyniki można byłoby osiągnąć, gdyby w odpowiedni sposób się aklimatyzowało, przygotowywało zawodników. Największy sukces polska lekkoatletyka odniosła w Sydney, kiedy szefem szkolenia był pan dr Jerzy Skucha. To dzięki jego działaniom, jako szefa szkolenia, był możliwy finalny sukces olimpijski.

Tu w finalnym etapie przygotowań olimpijskich dowiedziałem się, że trenerowi Zbigniewowi Królowi, mojemu przyjacielowi, zmienia się zaplanowany obóz bez jego wiedzy. Kiedy rozmawiało się z jego zawodniczkami za jego plecami, uważam, że coś jest nie tak. Uważam też, że ludzie ze związku, którzy działali przeciw trenerom i zawodnikom, nie powinni być w polskim sporcie. Dlatego zdecydowałem się działać, jechać na zjazd PZLA i nie ukrywam, że głosując pozbyć się tych działaczy.


lisowski_male.jpg
Poddąbie, 10-lecie Rekordu Polski 4 x 400.

Od lewej stoją: Piotr Rysiukiewicz,Tomasz Czubak, Jacek Bocian, Paweł Januszewski, FilipWalotka, Marcin Marciniszyn, Artur Gąsiewski, Piotr Haczek, Jacek Lewandowski, Rafał Wieruszewski, Józef Lisowski. Na dole Sylwester Węgrzyn, Robert Maćkowiak, Piotr Długosielski, Krzysztof Misiweicz.



Czy to prawda, że w tym roku musiał pan dopłacać z własnej kieszeni do obozu? Czy odzyskał pan pieniądze?


Nie ukrywam, było coś takiego. W finalnym momencie przygotowań do IO, gdy dowiedziałem się, że stadion w Spale będzie remontowany, chciałem pojechać do Colorado Springs. Od władz związku usłyszałem, że to niemożliwe, gdyż wcześniej nie deklarowałem takiego pomysłu - ale tylko dlatego, gdyż nie wiedziałem, że w Spale będzie remont, musiałem więc zmienić plany. Na szczęście w tym czasie udało mi się racjonalnie przeprowadzić trening, gdyż dojeżdżałem z zawodnikami do Łodzi. Problem był z następnym obozem na Lanzarotte , kiedy dowiedziałem się, że nie może dojść do skutku z prozaicznego powodu - braku rezerwacji miejsc. Dowiedziałem się o tym tydzień przed wyjazdem! Podjąłem więc decyzję razem z zawodnikami o wyjeździe na obóz do Hiszpanii w inne miejsce.

Do mojej świadomości nie dochodziła myśl, że te obozy mogą nie być załatwiane ze względów finansowych, a właśnie wtedy PZLA miał problemy finansowe. Część pieniędzy za ten obóz przesłał PZLA, a resztę dopłaciłem. No i dzięki temu, że zapłaciłem, możliwy był wyjazd, może nie w to miejsce, które chciałem, ale do Hiszpanii. Dzięki nowemu już sekretarzowi PZLA, panu Ślęzakowi, po 4 miesiącach, odzyskałem pieniądze Jestem mu za to wdzięczny i jeśli mielibyśmy takiego dyrektora, to takich sytuacji finansowych by nie było. Uważam, że z Ministerstwa Sportu było pełne zabezpieczenie finansowe, w stu procentach, na przygotowania olimpijskie, tylko niefrasobliwość działaczy, którzy zajmowali się w PZLA finansami, doprowadziła do tych perturbacji.


Pana zawodnicy mówią, że sztafeta bez Lisowskiego, to jak róża bez kolców. Czy nadal rozmyśla pan o emeryturze?


Nie słyszałem tego zdania, o sztafecie bez Lisowskiego (śmiech). Uważam, że jest wielu trenerów, którzy zdołaliby podołać temu zadaniu, tylko czy chcieliby się w stu procentach temu poświęcić? Większość trenerów chce szkolić tylko swoich zawodników. Nie ukrywam, że po tych igrzyskach, miałem wszystkiego dość i zarzekałem się, że przechodzę na emeryturę i nie będę już dłużej pracować. Byłem wyczerpany nie fizycznie, ale psychicznie, a więc bałem się, że nie podołam obowiązkom. Na szczęście udało mi się wziąć urlop, wyjechać wraz z żoną na wczasy po IO. Udało mi się nawet pójść samemu do masażysty, przeszły mi moje dolegliwości no i spotkałem młodych zawodników, którzy rokują nadzieję na dobry wynik w przyszłości.

Udało mi się namówić na powrót do biegania wicemistrza Europy juniorów, Marcina Kłaczańskiego, a także aktualnego mistrza Polski na 200m Łukasza Krawczuka i jego trenera M.Wojsę, na to aby przedłużyć zawodnika na 400 metrów. Nie ukrywam, że działania moich zawodników, Marcina Marciniszyna, Witka Bańki, Kacpra Kozłowskiego i Daniela Dąbrowskiego, którzy obdarzyli mnie zaufaniem, uznali, że jeszcze możemy czegoś razem dokonać, sprawiły, że chcę jeszcze raz spróbować.


Uważam, że powinienem w jakiś spójny sposób przygotować się do odejścia z kadry i dlatego chciałbym, żeby ktoś ze mną współpracował. W tym roku padło na młodego trenera - Sławomira Landyszkowskiego. Mam nadzieję, że gdy będzie jeździł ze mną na obozy, troszkę podszkoli się w prowadzeniu grupy. Zresztą on sam kiedyś biegał 400 metrów. Wybrałem trenera Landyszkowskiego po pierwsze dlatego, że żaden z moich byłych wychowanków nie chce podjąć się tego zadania. Piotr Haczyk jest trenerem, który nadawałby się bardzo na to stanowisko, ale pracuje w Szkocji, jako kierownik bloku sprintu i na pewno za marne pieniądze, jakie są w PZLA, nie będzie pracował.

Robert Maćkowiak także wyjechał do Wielkiej Brytanii, a pozostali mają inne wykształcenie. Trener Landyszkowski w ostatnim czasie miał dwóch niezłych zawodników, Mistrza Polski na 400 m P. Adamcewicza oraz dobrego płotkarza T. Baranowskiego. Moja małżonka uważa, że powinienem mieć młodszego asystenta, a takie kryteria spełnia trener Landyszkowski. Mam nadzieję, ze może kiedyś będzie chciał wskoczyć na głęboką wodę i zechce pracować. Jeśli nie on, to może ktoś z młodszych kolegów? Nie mam żadnych tajemnic odnośnie metod szkolenia. Ostatnio na konferencji w Szklarskiej Porębie, podzieliłem się w stu procentach swoim doświadczeniem, które zdobyłem pracując piętnaście lat w kadrze. Każdy może skorzystać z tych metod prowadzenia racjonalnego treningu.


Czy dzieli pan swoich zawodników na takich, którzy byli czystymi talentami i takich co osiągnęli sukcesy tylko dzięki wytrwałej pracy?


Uważam, że do pewnego momentu w biegu na 400 metrów decyduje talent, ale potem jest to tylko trudna praca. Nie mogę wskazać, że w polskiej lekkoatletyce były naprawdę super talenty. Lecz do takich niespełnionych talentów w biegu na 400 m zaliczam dwie osoby: Marka Plawgo i Piotra Haczka. Jeśli Tomasz Czubak i Robert Maćkowiak mogli pobiec poniżej 45 sekund, to uważam, że ci dwaj mogli biegać w granicach rekordu Europy. Co do Piotrka Haczka, to głównie ja tu jestem winien…Moja małżonka twierdzi, że zbyt pobłażliwie do niego podchodziłem, za mało go mobilizowałem do pracy.

Ja sądzę, że moi chłopcy nie osiągnęli takich wyników, jakie bym chciał, gdyż byli pod dużym wpływem swoich dziewczyn i żon. A jeśli chodzi o Marka Plawgo, na którego miałem za mały wpływ, aby go zmobilizować do bieganie 400 m... Widzę, że trener Widera stara się, ale też ma za mały wpływ. Uważam, że to, co najlepsze do osiągnięcia w biegu na 400 metrów, coraz bardziej się oddala i w sumie z trenerem Widerą będziemy winni tego, że te talenty w polskim sporcie nie biegały tych 44 sekund na 400 metrów.


Jakimi sposobami motywuje pan zawodników?


Myślę, że jest na to jeden sposób - cel. Zawsze jest to wynik, który chcą osiągnąć. Żadna motywacja finansowa czy werbalna, nie zastąpi tego, co postawiliśmy sobie za cel z zawodnikiem. Medal, chęć osiągnięcia dobrego wyniku zawsze motywowało zawodników. Występ na Mistrzostwach Europy, Świata czy Igrzyskach Olimpijskich jest bardzo dobrą motywacja dla moich zawodników do pracy.


Czy sądzi pan, że seks może niekorzystnie wpływać na wyniki sportowe zawodnika?


Nie, uważam, że ten czynnik nie przeszkadza w treningu. Uważam, że zawodnik powinien mieć swoją drugą połówkę, która jest świadoma jego pracy, wyrozumiała i umiejąca go zmobilizować do osiągania wyników. Zawsze akceptowałem drugie połowy moich zawodników, tak jak akceptuję moją żonę. Uważam, że tylko pełna harmonia życiowa prowadzi zawodnika do dobrych wyników. A jeśli ktoś uważa, że zawsze stawiałem tylko na wynik, to przypomnę, że parę lat temu pozwoliłem zawodnikom po bardzo dobrym występie, rekordzie Polski, zabrać dziewczyny, żony i dzieci na obóz. Zawodnicy oczywiście zapłacili za to z własnej kieszeni. Uważam, ze jeśli jest taka potrzeba, aby żona czy dziewczyna zawodnika odwiedziła go na obozie, to nie przeciwstawiam się. Kobiety mogą zmobilizować mężczyzn do wysiłku i osiągania lepszych wyników. Zawodnicy przebywają około dwustu dni w roku na obozach i trzeba im to jakoś zrekompensować. Uważam, że nie można w wyizolowaniu się cieszyć.


Co jest najtrudniejszego, a co najpiękniejszego w pana pracy? Czy coś pana w niej irytuje?


Najtrudniejszym momentem w mojej pracy jest pakowanie na kolejne zgrupowanie, bo wiem, że muszę zostawić moją małżonkę i resztę rodziny na trzy tygodnie. Najpiękniejszy jest moment, kiedy zawodnicy osiągają wyniki oraz szczęśliwy powrót do domu. Dlatego uważam, że trzeba szukać nowych rozwiązań, aby nie jeździć, tylko trenować na miejscu. Uważam, że można osiągnąć tu odpowiednie wyniki, ale jeśli ma się bazę do trenowania.

Nasi niemieccy sąsiedzi wyjeżdżają zdecydowanie mniej na obozy, bo mają warunki do trenowania, mają niezbędną halę. Niech władze stworzą nam bazę do trenowania, to nie będziemy jeździć na obozy czy jak to niektórzy złośliwie mówią - na wycieczki. Nikt z nas nie chce wyjeżdżać i zostawiać rodziny na taki długi okres czasu. Nie dziwię się teraz niepowodzeniu pływaków na IO, którzy razem z trenerem Słomińskim są od 250 do 300 dni w roku na obozach. Jego wielkie sukcesy na IO w Atenach nie przełożyły się niestety na to, żeby wybudować mu wymiarową pływalnię w Warszawie. Jeśli polskie władze będą wymagały wyniku, a nie będą miały zamiaru budować obiektów sportowych, czy zachęcać młodzież do uprawiania sportu w miejscu zamieszkania, a nie do ciągłego, cygańskiego wyjeżdżania na obozy, no to nie będzie wyników. Uważam, że główna istotą postępu jest wybudowanie infrastruktury sportowej. Teraz jest organizowana budowa boisk piłkarskich, ale nie rozumiem czemu nie można wkoło nich zrobić także bieżni?


lisowski_male.jpg




Z Józefem Lisowskim rozmawiała Aleksandra Szmigiel