Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Do Londynu wystarczyło mi 8 tygodni roboty" - wywiad z Henrykiem Szostem

Rekordzista Polski i potrójny olimpijczyk jest na ostatniej prostej swoich przygotowań do maratonu w Londynie, w którym wystartuje 28 kwietnia. W jakiej czuje się formie? Czy jako doświadczony maratończyk zmienił coś w swoich przygotowaniach? Co sądzi o wynikach polskiej czołówki w biegach długich?

Henryk Szost startował już w Londynie, choć na innej trasie - w trakcie Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku zajął w stolicy Wielkiej Brytanii wysokie 9. miejsce. Uczestniczył też w IO w Pekinie oraz w Rio de Janeiro, jest mistrzem świata wojskowych. Najlepszy w historii polskich biegów maratończyk, legitymujący się życiówką 2:07:39, w ostatnich sezonach nie łamał granicy 2:10. Jednak mimo upływającego czasu pozostaje największą gwiazdą krajowego maratonu. Ostatnie dni swoich przygotowań do Virgin Money London Marathon Szost spędza w rodzinnej Muszynie.


Jak się masz?

Dzisiaj już dobrze. Byłem przez miesiąc w Albuquerque, w Nowym Meksyku, w ośrodku Antoniego Niemczaka (byłego rekordzisty Polski w maratonie – przyp. red.). Wczoraj miałem „lekką bombę” związaną ze zjazdem z gór. Taki kryzys przychodzi często w 9-10 dniu powrotu na niziny, ale jest już w porządku. Myślę że samopoczucie będzie tylko lepsze.

fothenryk2.jpg Jesienią 2018 wiedziałeś już, że wystartujesz w Londynie. Patrzyłeś na doborową listę elity? Jest na niej między innymi rekordzista świata Eliud Kipchoge. Ty masz tam zdaje się dopiero 11. „życiówkę?”

Powiem szczerze, że nie zwracałem na to uwagi. Po prostu dotychczas skupiałem się na treningu, wczoraj ostatni raz miałem dwie jednostki dziennie, teraz będę miał więcej czasu.

Pytam o Twoją pozycję w stawce na Londyn, bo dotychczas najczęściej startowałeś w roli faworyta. Nie boli Cię trochę, że teraz na liście jesteś dalej?

Wiesz co Kuba, nie miało to dla mnie znaczenia, czy jestem w jakiejś imprezie faworytem, czy nie. Powiedziałbym, że wolę w sumie, gdy się mnie nie wymienia w tej roli - zawsze to mniejsze obciążenie psychiczne...
Dla mnie liczy się bardziej to, czy w Londynie będzie dobra grupa, dobry bieg, no i jakie będą warunki atmosferyczne. Jakby się miało coś takiego powtórzyć, jak półtora roku temu we Frankfurcie, gdzie przechodził orkan, a wiatr wiał z prędkością 70 km/h albo w Hanowerze, gdzie z kolei był upał i nie tylko mnie (zatrzymywałem się 3 razy), ale również Kenijczyków łapały skurcze - no to nie byłoby dobrze.

Start elity mężczyzn w tym roku zaplanowano na 10.10. W zeszłorocznej edycji miały miejsce rekordowe temperatury – o godzinie 12 w południe, kiedy bieg kończyli zawodowcy, były tam 23 stopnie Celsjusza.

W wiosennych maratonach czasem różnica temperaturowa jest decydująca. Trenuje się przeważnie w chłodzie, a start może być już w upale. Organizm w trakcie biegu na skraju możliwości może doznać szoku. Dlatego dotychczas wolałem się ścigać albo jesienią - albo w Japonii, gdzie startowało się w zimie lub w marcu i ten szok temperaturowy nie był aż tak znaczny
Nie patrzyłem jeszcze tak dokładnie na prognozy pogody w Wielkiej Brytanii, ale znajomi ciągle mi podsyłają najnowsze informacje na ten temat... Tak jak wspomniałem, w najbliższym tygodniu będę miał więcej czasu na popatrzenie na stawkę i pogodę w Londynie.
Najważniejsze dla mnie, by było z kim biec. Wiem, że ma być właśnie taka grupa na 2:08-2.09. Mam nadzieję, że jacyś Brytyjczycy będą chcieli też mocno pobiec. Trochę żałuję, że nie startuje, mimo wstępnych zapowiedzi, Niemiec Arne Gabius. Biegał już na początku kwietnia w Hanowerze, więc podejrzewam, że nie czuł się w super formie i dlatego odpuścił już wcześniej start w Londynie. Może byłaby okazja zrewanżować mu się za przegraną końcówkę z 2017 roku z Frankfurtu...

Kolejne przygotowania za Tobą, kolejny maraton przed Tobą. Masz 37 lat, debiutowałeś na 42 km 12 lat temu w Dębnie. Czujesz się już wiekowym maratończykiem?

Na pewno, jeśli chodzi o moją karierę, jest już bliżej końca niż początku. (śmiech). Ale do 40-tki będę ją kontynuował. Fizycznie jestem niezniszczony. Miałem stosunkowo mało kontuzji. Rzadko startowałem, szanowałem się, omijałem sporo dodatkowych startów, żeby zdrowia starczyło mi na dłuższą karierę.
Czuję swój organizm doskonale, ale przyznam, że nie jest to jednoznacznie dobre. Stojąc na starcie maratonu, widząc pogodę i znając siebie, czasem już wiem, że nie osiągnę super wyniku. Nie ma tej ułańskiej fantazji – wystartowania i liczenia na cud. Wiem, na co mi mój organizm pozwoli. Przy wysokiej temperaturze i wysokiej wilgotności zmobilizuję go do walki na wysokiej intensywności do pewnego momentu, ale potem co najwyżej zmuszę się do „dojechania na jałowym biegu” do mety. Oczywiście próbuję i walczę, ale jest jednak tak, że ta wiedza o sobie trochę mi przeszkadza.

A jak duże doświadczenie przekłada się na Twoje przygotowania?

Pokonałem na swoim wysokim poziomie jakieś 20 maratonów. Mój organizm to pamięta. Co roku zresztą startuję w maratonie, więc to sobie przypominam.
Nadal współpracuję z Leonidem Shvetsovem, który też śmieje się ze mnie, że jestem już stary... Mój trening jest w ostatnich sezonach lżejszy niż na początku kariery. Mniej w nim bodźców, które mają mnie bardzo mocno zmęczyć. To są bardziej akcenty na podrzucenie formy. Jak mówi mój trener, ale i Antoni Niemczak, z którym rozmawiałem sporo w Albuquerque, jeśli się jest ileś lat na „wysokiej półce”, to nie potrzeba tak dużej liczby akcentów, jak kiedyś, poza tym wolniej się regeneruje.

No ale mógłbyś przecież sam siebie trenować?

Znam świetnie swój organizm, domyślam się wielu środków treningowych, jakie trener mi zastosuje, chociaż wciąż mnie zaskakuje... (śmiech) Wiem, że mógłbym już pisać sobie plany sam, ale rola trenera z zewnątrz jest na moim poziomie nadal ważna. Tutaj bardziej chodzi o jego zdroworozsądkowe podejście. Uważam po prostu, że każdy wyczynowiec, nawet z duża wiedzą własną, musi mieć takiego kogoś, kto nad nim czuwa. Szczególnie w ostatnim okresie – w trakcie tych kilku tygodni do startu powinien być przy nim ktoś, kto wszystko kontroluje i patrzy z boku. Bo samemu sobie trudno jest powiedzieć, że już wystarczy. Ja sam potrafię odpuszczać obciążenia swoim zawodnikom amatorom, ale czuję, że jeśli chodzi o moje własne przygotowania, to mógłbym niepotrzebnie coś dołożyć.
Dlatego trener potrzebny jest na końcowym etapie przed startem. I tak jest w moim wypadku – „Lonia” po wtorkowym treningu powiedział, że już bardziej mnie „nie naostrzymy” i nie ma sensu robić dodatkowych mocnych akcentów. Dziś miałem w planie ostatnie 400-tki, by się „przedmuchać”, ale główna robota już została zrobiona. Tylko można popsuć już wypracowaną formę. Jak szlifujesz coś przez wiele tygodni, to można wreszcie zrobić na tym rysę albo ściągnąć najcenniejszą warstwę...

fot_henryk1.jpg Jak teraz przebiegły Twoje przygotowania?

Jestem zadowolony z całego cyklu. Zacząłem go w Międzyzdrojach, gdzie pojechałem jeszcze bardzo słaby. Tak było jeszcze 10 tygodni przed maratonem. Potem był miesięczny pobyt w Nowym Meksyku. Ostatnie dni jestem w Muszynie, w tym roku trochę dłużej niż zazwyczaj. W Londynie będę startował w 20-tym dniu po powrocie z obozu. Mam nadzieję, że ten dłuższy czas regeneracji po zjeździe z gór też będzie działał na moją korzyść.
Moje przygotowania do Londynu były stosunkowo krótkie, obejmowały maksymalnie 8 tygodni wytężonej pracy. Czuję, że to mi wystarczyło. Od jakichś 3 lat wiem, że nie mogę za długo „być w ciężkiej robocie”. Właśnie 8-9 tygodni to dla mnie wystarczający czas na to, żeby być w formie na maraton. Gdy robiłem dłuższe 14-tygodniowe przygotowania, bywałem przemęczony i stawałem na starcie maratonu bez świeżości.

London Marathon to jedna z największych imprez biegowych świata, w tym roku ma w nim wystartować ponownie ponad 40 tysięcy biegaczy. To Cię w jakiś sposób mobilizuje?

Tak, chociaż nie chodzi o tę masę która będzie się za mną toczyła do mety... w której oczywiście sam też będę. (śmiech). Kuba, generalnie wrażenie na mnie bardziej robi skala imprezy, jej jakość. Startowałem już na igrzyskach, w  świetnie zorganizowanych maratonach rangi Gold Label IAAF w Japonii (bo miałem tam lepsze oferty finansowe), ale nigdy w tak wielkich imprezach jak Londyn, Nowy Jork, Berlin. Będzie to dla mnie inne, wielkie wydarzenie sportowe. Wystartować w elicie takiego maratonu, to jest dla mnie duża sprawa i dodatkowa psychiczna mobilizacja.

Twój start wypada 28 kwietnia. Niewiele wcześniej, 14 kwietnia odbyły się w trakcie ORLEN Warsaw Marathon mistrzostwa Polski. Nie jest Ci szkoda, że nie walczyłeś tam o medale?

Nie żałuję, że mnie tam nie było na starcie. Zdobywałem już medale mistrzostw. Tak naprawdę okazywało się, że nie mają żadnej wartości. Jeśli chodzi o to, co się dzieje po nich – to nie dzieje się kompletnie nic. Mistrzostwa Polski w maratonie pozostają więc dla mnie niestety bezwartościową imprezą. Może inaczej jest w przypadku, gdy ktoś może dzięki nim uzyskać jakieś stypendium z miasta – ale dla medalistów ze strony związku nie ma kompletnie żadnej pomocy na przyszłość.
W Warszawie było jednak ciekawe starcie. Chłopaki nabiegali wyniki na przyzwoitym poziomie, tym bardziej, że trasa nie była w tym roku najłatwiejsza.
(Medalistami MP zostali Marcin Chabowski z wynikiem 2:13:10, drugi był Mariusz Giżyński 2:13:25, a trzeci Adam Nowicki 2:13:28. Relacja z zawodów dostępna jest na naszej stronie  – przyp. red.). Szczególnie mocno trzymałem kciuki za Mariusza. Byliśmy w Albuquerque wspólnie - widziałem, jak trenował, dobrze, że obrał spokojną drogę przygotowań. Myślę, że również Adam Nowicki mógłby mu podziękować za medal, bo Mariusz czuwał nad treningiem młodszego kolegi i przypominał, by ten konsultował założony plan i trudne jednostki ze swoim trenerem. Trochę go powstrzymywaliśmy, by się „nie zniszczył”, bo Adam trenował mocniej niż my wszyscy...
Stawiałem, że Mariusz może być mistrzem Polski, mało zabrakło do realizacji moich przewidywań. Marcin Chabowski zaczął bardzo ambitnie, ale potem znacznie osłabł i pewnie 200 metrów dalej już trudno byłoby mu się obronić przed goniącą grupą.

Często powtarzasz, że bieganie nie jest Twoją pasją, ale pracą. Lubisz jeszcze oglądać maraton z boku?

W niedzielę 14 kwietnia oglądałem trzy wydarzenia naraz: w telewizji maraton w Paryżu, na laptopie OWM, a na telefonie półmaraton w Poznaniu. Gdy jest ciekawy maraton, potrafię zarwać noc, by go obejrzeć.

Co Ty, jako rekordzista Polski w maratonie, myślisz o ataku na rekord Polski w półmaratonie?

Byłem ciekawy jak pójdzie Krystianowi Zalewskiemu w Poznaniu. Słyszałem zapowiedzi pobicia rekordu Polski (1:01:35 Piotra Gładkiego z 2000 roku – przyp. red.). W Polsce nie ma wyśrubowanych wyników „na połówkę”, bo wielu maratończyków, może z wyjątkiem Marcina Chabowskiego, startuje na tym dystansie w trakcie swoich przygotowań do maratonu. Krystiana stać na złamanie 1:02, ale potem już o każde 10 sekund będzie trudno. Z tego co wiem, mimo, że startuje na 3000 m z przeszkodami, jest już na półmaraton przygotowany. Biega 30-tki na treningach, długie tempa i ma duży zapas szybkości z bieżni. Kibicuję mu, żeby się wokół tego rekordu zakręcił.