Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Nasze dzieci mają pod górkę

Nasze dzieci mają pod górkę

Piotr i Anna Rostkowscy to mistrzowska lekkoatletyczna para. Obydwoje wielokrotnie reprezentowali Polskę w biegach średnich. Dziś spełniają się w innych rolach.

Piotr, uczestnik mistrzostw świata, był rekordzistą kraju na 1500 m w latach 1997-2011, zaś Anna olimpijka z Pekinu ma jeden z najlepszych w historii wyników na 800 m. Od kilkunastu lat mieszkają w Szklarskiej Porębie. Pracują z tamtejszą młodzieżą. Rozmawiamy z nimi między innymi o ich trudnych trenerskich początkach, walce o sport poza stadionem i o tym, jak zachęcić dzisiaj młodych ludzi do uprawiania biegów.


 Skąd wzięliście się w Szklarskiej Porębie?

Ania: Przyjeżdżałam tu jako zawodniczka na zgrupowania i przejście między częstym przyjeżdżaniem na obozy a mieszkaniem było bardzo płynne. Mój trener i przyszły mąż wpadł na pomysł, że można tu zamieszkać, być może na stałe. Podstawowy argument był taki, że przede mną było, jak mówił, dziesięć lat kariery sportowej, a Szklarska Poręba jest doskonałym miejscem do treningu biegowego. Po ślubie w 2002 roku mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniach w różnych miejscach Szklarskiej, między innymi na Białej Dolinie, a przez 13 lat już u siebie, w bloku przy ulicy 1 Maja. Teraz mieszkamy dosłownie 200 metrów od legendarnej trasy pod Reglami, w Szklarskiej Porębie Górnej. To miejsce sprzyja biegom długim i średnim. Piotrek pobiegł rekord Polski po długich przygotowaniach właśnie tutaj.

Piotr: Samo miejsce daje wiele możliwości treningowych. Fajnie, gdyby był tu reaktywowany ośrodek szkolenia wytrzymałości, żeby był zmodernizowany dawny ośrodek „Maraton” - obecnie „Sport”, żeby do niego trafiali też sportowcy amatorzy. Gdy zobaczą, jak trenują mistrzowie i jeśli w przyszłości znajdą poza świetnymi trasami - unowocześniony i oświetlony stadion, właściwą kuchnię, hipoksję na ostatnim piętrze nowo powstałego obiektu (takie mam marzenie), bardzo dobrą siłownię, to Szklarska będzie tętnić sportowym życiem. Nie przez przypadek trafili tu Mulak, Kępka czy Kiryk. Trener Kiryk dzwonił do mnie zresztą kilka lat temu i bardzo namawiał, byśmy z Anią zajęli się tworzeniem grupy biegowej i rozwojem ośrodka w Szklarskiej. Byliśmy wówczas tym bardzo mile zaskoczeni.

smsszklarska3.JPGRostkowscy podczas treningu na stadionie w Szklarskiej Porębie

Samo to, że zostaliście w sporcie, nie jest takie oczywiste. Wielu byłych biegaczy decyduje się na inną drogę po skończeniu kariery na bieżni.

Piotr: Jestem po studiach technicznych, mam dyplom magistra inżyniera, ale zostałem w sporcie długo, nie podejmowałem tak zwanej normalnej pracy - chciałem zostać „mistrzem świata”. Czułem się pod koniec kariery trochę niespełniony. Miałem rekord Polski (22 lat temu Piotr w Stuttgarcie pobiegł 3:35.62 – przyp. red.). Zawsze marzyłem, żeby na 1500 m uzyskać wynik zapisany jedną cyfrą - 3:33.33, ale niestety nie było mi to dane. W tym, że  zostałem w sporcie jako trener, największą rolę odegrała Ania.

Jak to?

Piotr: Zmarł nagle jej drugi trener Edward Listos (pierwszym był Marek Balic) i zająłem się jej rozwojem. Taka była kolej rzeczy, moja kariera się kończyła, a jej na dobrą sprawę się zaczynała. Ania została pięć razy pod rząd mistrzynią Polski seniorek na 800 metrów. Potem były różne perypetie, różnymi sposobami zdobywaliśmy wsparcie na obozy klimatyczne, były wyjazdy do pracy, były kontuzje Achillesów. Najlepsza wynikowo była końcówka 2007 roku, kiedy Ania pobiegła 2:36 na 1000 metrów i rok 2008, w którym uzyskała na 800 m 1:58.72, a na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie 1:58.84, co nie dało jej miejsca w finale, a dopiero 12. miejsce.
W 2002 roku wzięliśmy ślub (Anna zmieniła nazwisko z Zagórska na Rostkowska – przyp. red.), więc po mistrzostwach świata w Berlinie w 2009 roku przyszedł czas, żeby pomyśleć o rodzinie. W 2011 na świat przyszła nasza córeczka Olga.

Ale jeszcze potem było o Ani głośno?

Piotr: Karierę wyczynową definitywnie zakończyła kontuzja w trakcie mityngu w Sztokholmie w lutym 2014 roku, w trakcie którego Ania prowadziła bieg na rekord świata Genzebe Dibabie.

smsszklarska2.jpgPiotr i Ania podczas Mityngu Kusocińskiego (2008)

Czemu po zakończeniu kariery nie zostaliście trenerami seniorów – a zdecydowaliście się na pomaganie dzieciakom?

Ania: Z pasji. Mieliśmy plan, by wykorzystać swoje doświadczenie i możliwości Szklarskiej Poręby na rozwijanie młodych zawodników. Żal byłoby nie wykorzystać szkoły mistrzostwa sportowego. Istniała tutaj już od dłuższego czasu, ale kojarzona była z dyscyplinami zimowymi, głównie biatlonem. Od września 2015 roku wykorzystaliśmy to, że istnieje już klasa sportowa, a w takiej jednej klasie można łączyć różne dyscypliny - i lekkoatletów może być na przykład trójka. Nie ma parcia na liczbę osób i możemy się skupić na tym, żeby byli w takiej klasie „jakościowo” lepsi zawodnicy.
Najpierw ja podjęłam pracę w szkole, Piotr zaczynał jako wolontariusz, bo trudno byłoby od razu do 5 zawodników mieć na etacie dwójkę trenerów.

Taka praca u podstaw?

Piotr: Tak, pomyśleliśmy, ze fajnie byłoby mieć swoich następców. Zaczęliśmy pracę w Zespole Szkół Ogólnokształcących i Mistrzostwa Sportowego im. J.I.Sztaudyngera w Szklarskiej Porębie w 2015 roku. W skrócie SMS. Wcześniej pani dyrektor zaproponowała nam stworzenie grupy. Trzeba było zrobić nabór i selekcję. Zaczęliśmy rozglądać się za dziećmi w okolicy na zawodach szkolnych. Takimi, które startują, ale jeszcze nie trenują. Dlatego od jesieni 2014 roku jeździłem 5 razy w tygodniu na zajęcia do szkół w Piechowicach, Świeradowie, Barcinku, Kopańcu... Takie były początki naszej grupy treningowej.
W pewnym momencie o tym wszystkim usłyszeli też Marek Tronina i Ala Tronina. Włączyli się, żeby wspomóc nas jako Fundacja Maraton Warszawski. To było dla nich w pełni działanie charytatywne. My tak naprawdę nie mogliśmy w zamian się nijak odwdzięczyć. To oni w początkach istnienia grupy najbardziej wspomagali nasze działania i jej funkcjonowanie. W ten sposób wszystko ruszyło. Włączyła się w to oczywiście szkoła i miasto. Na początku mieliśmy 5 osób w internacie, następnych 15 czekało w kolejce.

Jak jest teraz?

Ania: W grupie mamy teraz w sumie 25 osób. Niektóre dzieci mają dofinansowanie do internatu i żywienia. Oprócz Fundacji Maraton Warszawski, która wspiera nas w ramach akcji „Biegam Dobrze” wspomagają nas też Garmin i osoby prywatne - Adam i Ola. Pomoc jest różna: dofinansowanie obozu, dopłaty do internatu, finansowanie wyjazdów na zawody, dodatkowe zajęcia z języka angielskiego. Korzystamy też z programu Lekkoatletyka Dla Każdego. W ramach tego programu prowadzonego przez Ministerstwo Sportu, Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i jego partnerów powstały różne grupy szkoleniowe. W Szklarskiej funkcjonują dwie takie grupy: GSP (grupa szkolenia podstawowego) i GSU (grupa szkolenia ukierunkowanego). Łącznie ćwiczy w nich ponad 20 młodych sportowców.

Jak przyciągacie dzieciaki do SMS-u?

Piotr: Najpierw... Przepraszam, przyszedł do mnie taki mały kotek i siedzi mi na kolanach. Kotek nazywa się Hania. Haniu, tu masz buciki i klucz, powkręcaj kolce do bucików. Wkręty wkręcaj! Olga, ty też możesz jej pomóc. Przepraszam, Hania i Olga właśnie wkręcają wkręty w nowe kolce przełajowe dzieci z SMS-u, bo jadą wkrótce na zawody przełajowe.

Ania: Tak, mamy teraz dzieci prywatne i internatowe... no właśnie, najmłodszym, które przychodzą do SMS-u nie możemy jeszcze wiele obiecać. Ciężko jest zresztą rodzicom zdecydować, żeby 6-klasista zamieszkał w internacie. Takie dzieci zachęcamy jedynie do podejmowania aktywności. One generalnie lubią sport, nie tylko lekką atletykę, a czy w nim zostaną – nie wiadomo.

smsszklarska_5.jpegMłodzi zawodnicy SMS podczas obozu w Spale (2019). Stoją od lewej: Natalia Bielak, Patryk Szmit, Sandra Kraszewska, Katarzyna Piechowicz, Mateusz Jarzębecki i trenerka Anna Rostkowska

Piotr: W pewnym sensie, gdy istniały gimnazja łatwiej było selekcjonować młodzież. Był trzyletni okres, w którym dzieci mogły spróbować treningu lekkoatletycznego. Utalentowane i „chcące” mogły dalej kontynuować swoja przygodę ze sportem w liceum. Teraz, gdy jest tylko podstawówka i liceum musimy podejmować już bardziej przemyślany nabór, aby uniknąć rozczarowania dzieci, rodziców i naszego - szkołą i sportem. Żeby nie było potem dylematów: "Nie, to szkoła nie dla mnie, nie chcę jednak trenować, dokonałem złego wyboru" i tym podobne.

Ale w ogóle trafiają do Was dzieciaki najlepsze z regionu?

Piotr: Dzieci często nie są przygotowane do uczestnictwa w sporcie. Część z nich trafia do nas ze szkół, gdzie salą gimnastyczną była trochę większa klasa. Często jednak pewne cechy predysponują je do bycia zawodnikami, ale poziom ogólnego przygotowania sprawnościowego jest niski, np. nie potrafią zrobić przewrotu w tył albo odbić piłki do siatkówki. Szkoła brzydko mówiąc wykorzystuje najzdolniejszych do wszystkiego: kółek, do przedstawień, teatrzyków, wyjazdów na róże imprezy. Dzieci najzdolniejsze ruchowo startują we wszystkich rozgrywkach w różnych dyscyplinach, uczestniczą w zawodach w koszykówce, unihokeju, piłce nożnej, lekkiej atletyce i innych dyscyplinach. Na każdym szczeblu rywalizacji: gminnym, powiatowym, strefowym, wojewódzkim. Te trenujące w klubach mają także zawody w „swojej” dyscyplinie w ramach rywalizacji w sporcie kwalifikowanym. Są obciążone czasowo, prze to często słabiej się uczą.Dzisiaj wokół jest też o wiele więcej pokus dla młodzieży niż kiedyś. Jak ja byłem w podstawówce, to po lekcjach grało się przez kilka godzin dziennie w tenisa stołowego i w piłkę nożną, potem dopiero było odrabianie lekcji.

Ania: Na razie nie ma co marzyć, byśmy mieli w SMS-ie całą kilkunastoosobową klasę lekkoatletyczną. W samej Szklarskiej Porębie dzieci raczej nastawiane są na sporty zimowe. Jeśli uda nam się zebrać 4 – 5 osób w roczniku to będzie bardzo dobrze. Mamy też pewną ograniczoną „pojemność” i mimo wszystko ograniczone możliwości.

Trenujecie je na mistrzów?

Piotr: Staramy się rozwijać je kompleksowo. Jeśli jest przekonanie i świadomość młodego sportowca o szeregu zagadnień związanych z treningiem i obszarami, które mają wpływ na jego jakość, to jest dużo łatwiej pracować nad fizycznością. Jako były sportowiec wyczynowy i rekordzista Polski uważam, że byłoby tragedią, gdyby ważne byłyby tylko wyniki osiągane tu i teraz. Bo sport młodych ludzi, nawet najlepszych w kraju juniorów, to wciąż zabawa.

Zabawa?

Piotr: Jest przecież coś takiego, jak krzywa rozwoju zawodniczego, która przedstawia tempo rozwoju wyników sportowca. Bardzo łatwo prześledzić, jak rozwijają się najlepsi zawodnicy. W teorii sportu mamy dwa podstawowe typy rozwoju zawodniczego: intensywny i progresywny. Progresywny jest bezpieczniejszy i zapewnia summa summarum lepsze wyniki. Ale wymaga od trenera cierpliwości. My właśnie tak działamy. Ale to nie jest proste - jaką musi mieć wytrwałość ten ciągle czwarty zawodnik, aby w końcu zdobyć upragniony medal (patrz Ania – swój pierwszy medal mistrzostw Polski zdobyła w wieku 19 lat, ale już w wieku 20 lat została mistrzynią Polski seniorek).
Chcielibyśmy wychować mistrza, ale mistrza się nie da wychować w ciągu trzech lat tylko w szkole. Zdajemy sobie sprawę, że 80-90% osób, które do nas trafiają, odejdą. Chcielibyśmy, żeby kilka utalentowanych osób zostało w naszej grupie i w klubie - i trenowało z nami. No, ale to wiąże się z tym, że trzeba im zapewnić dobre warunki bytowe. Trzeba też nauczyć ich na tyle dużo, że jeśli zdarzą się sytuacje, że będą musieli przez jakiś czas trenować sami na obozie, wyjeździe, to zdobyta wiedza i doświadczenie sprawią, że poradzą z tym sobie doskonale. Chcielibyśmy, żeby nadszedł czas, aby stać nas było na profesjonalne szkolenie zawodników na najwyższym poziomie.
Dzieci z tego regionu są przyzwyczajone do trudniejszych warunków – tutaj jest wszędzie pod górę, często wiatr i śnieg w oczy. Kształtujemy z Anią u nich nawyki sportowca wyczynowego, profesjonalisty, dobrego i sprawnego działania, z zachowaniem dobrych standardów i jakości.

To bardzo idealistyczne. A jakie są efekty?

Piotr: Wydaje nam się, że niektórzy z naszych sportowców posiadają wiedzę większą od swoich rówieśników. Ciągle im przypominamy, że na wynik sportowy składa się wiele rzeczy, które czasem wydają się nie mieć nic wspólnego z treningiem i rywalizacją. W treningu i w życiu warto posiąść sztukę unikania błędów. Obecnie trening zawodników to nie wyłącznie plan treningowy obliczony na lata i życzeniowe cele, ale postępowanie i podejmowanie decyzji na podstawie kroczącej, etapowej analizy tego co dzieje się z zawodnikiem i jego procesem treningu. Nie ma w tej chwili jednego stylu trenowania, trzeba diagnozować, dobierać na bieżąco środki i metody i dostosowywać indywidualnie do młodych ludzi, do sytuacji. Trzeba jednak przy tym zachować jakiś konserwatyzm, ja zresztą lubię konserwatyzm i klasykę.

Ania: Na początku trening młodych sportowców jest delikatny. Ocenia się ich sposób poruszania się, szybkość, z jaką przyswajają poprawne wykonanie ćwiczeń, cechy wolicjonalne i psychikę. Można ocenić ich potencjał po poruszaniu się, ale niekoniecznie po tym jaki wynik uzyskało dziecko, ale w jaki sposób zachowywało w trakcie biegu. Po zawodach szkolnych warto dowiedzieć się, kto jest nauczycielem WF, bo może dziecko już uczestniczy w zajęciach SKS. Jeśli jest „surowe”, nietrenujące, niećwiczące, a przejawia pożądane cechy zawodnicze, warto się nim zainteresować.

Piotr: Generalnie wychowujemy te dzieci... Są trzy etapy szkolenia – wstępny zwany czasem wszechstronnym; podstawowy zwany także ukierunkowany i trzeci – specjalistyczny. Niektórzy wyróżniają także czwarty etap - mistrzowski. Nasi sportowcy znajdują się w pierwszym i drugim etapie szkolenia, niektórzy rozpoczęli trzeci. W pierwszym etapie bardzo ważne jest wychowanie, na drugim miejscu trenowanie, na trzecim współzawodnictwo. Cieszy nas, gdy na obozach młodzież właściwie się zachowuje i jest zdyscyplinowana. Miło słyszeć jak na koniec obozu przed Ogólnopolską Olimpiadą Młodzieży w Warszawie na AWF-ie właściciel restauracji powiedział, że nie widział jeszcze tak zdyscyplinowanej grupy (może podziałała wstępna wychowawczo-dyscyplinująca rozmowa pod dębem przy pomniku Piłsudskiego…?).

No dobra, a sukcesy sportowe?

Piotr: Sandra Kraszewska to pierwsza dziewczynka w historii SMS, która zdobyła medal mistrzostw Polski w lekkiej atletyce. Doskonale pamiętam jej początki. Najpierw w internecie znalazłem jej wynik, pojechałem potem spotkać się z mamą na wywiadówce w jej szkole w Barcinku... A sukces przyszedł w zeszłym roku, w Żaganiu, na mistrzostwach Polski w przełajach. Sandra rozwinęła się jako człowiek, uczennica, sportowiec. Czuję, że to, że znalazła się w sporcie bardzo dużo jej dało.

smsszklarska1.jpg Medalistki MP w biegach przełajowych (Żagań 2018) z KS SMS Szklarska Poręba: Natalia Bielak i Sandra Kraszewska

Ania: Natalia Bielak zdobyła medal kilka chwil po Sandrze. Medale Sandry i Natalki bardzo mnie wzruszyły, ale też dla nich to był wielki sukces, wręcz krzyczały z radości, że spełniają się ich marzenia. Natalka jako pierwsza nasza wychowanka zdobyła złoto w mistrzostwach Polski w biegach górskich startując z zawodniczkami starszymi o trzy lata. Została pierwszą reprezentantką Polski z naszego klubu – startowała na mistrzostwach świata w biegach górskich w Andorze. Mamy też w grupie młodą sprinterkę Nicole, która dwa razy była druga na ogólnopolskim finale programu Lekkoatletyka dla Każdego. Są też między innymi Bartek na 400 m przez płotki, czterystumetrowcy: Jakub (wygrał finał B tegorocznych halowych MP w Toruniu), Łukasz (finalista MP Juniorów Młodszych w Chorzowie) i jego brat Arek.

Biegacie z nimi?

Ania: Różnie, często biegam z nimi, czasem staram im się pokazywać nowe ścieżki w Szklarskiej Porębie. Często obserwujemy ich trening z boku, aby mieć bieżąca kontrolę. Czasem biegają sami. Dzięki „ruszaniu się” z moją grupą startowałam jeszcze po zakończeniu kariery na bieżni w biegach ulicznych.

Piotr: Ania biegała 35 z groszem na dychę i miała 2:46 w maratonie. Ale to wynikało z tego, że chciała się ruszać, by nie zardzewieć. To co robiła trudno nazwać treningiem.

No tak, niejedna specjalistka od "ulicy" marzyłaby o takich wynikach...

Ania: Oprócz Regli trenujemy oczywiście na stadionie. Szkoła ma podpisane umowy z miastem, my akurat jesteśmy na stadionie rano. O 10.30 lub 11.00 już jesteśmy po treningu. W mieście panuje dobry klimat i widać chęć pomocy. Trenujemy w sumie 5 razy w tygodniu, na weekend dzieci często wyjeżdżają do domu. W okresie przedstartowym to oczywiście trochę przeszkadza w zachowaniu ciągłości treningu.

Co jest dla Was najtrudniejsze?

Piotr: Chyba my, jako rodzina, zbliżamy się do takiej granicy, że powinniśmy się trochę ocknąć. To wszystko jest bardzo czasochłonne, spraw administracyjnych jest bardzo dużo. Czasowo trenowania w tym wszystkim jest pewnie ze 20%, chodzenia i załatwiania spraw pozostałych 80%. Irytuje mnie to, na pewno bez wsparcia będzie trudno. Mamy nadzieję na dalszą pomoc Fundacji Maraton Warszawski w ramach akcji Biegam Dobrze. W tym roku nasze numery startowe będą miały na sobie logo akcji, jest ono tez na odzieży naszych zawodników. Mamy nadzieję na znalezienie nowych sponsorów.
Szczęściem naszym jest to, że wciąż potrafimy w miarę dobrze wszystko zorganizować i mieszkamy w dobrym miejscu do treningu. Zimą musimy uciekać na zgrupowania do Spały, czy Międzyzdrojów. Jednak na razie, to nam wystarcza. Ale bez wsparcia finansowego marzenia o wielkich sukcesach pozostaną marzeniami.

A jaki jest idealny scenariusz?

Piotr: W idealnym scenariuszu za 3-4 lata będziemy mieli grupę 20-30 osób. Część osób, które skończą szkołę będą nadal z nami trenować już jako seniorzy. Mamy nadzieję, że nasi sportowcy będą w kadrze Polski - Natalka jest już reprezentantką w biegach górskich, ale może wystąpi na  mistrzostwach Europy czy świata juniorów.
Dzieci mają autorytety sportowe, chociaż my się nimi nie czujemy. Wiedzą, jaki jest nasz poziom sportowy. Rozumieją (mam nadzieję), że wiele rzeczy jest możliwe – skoro chłopakowi z wioski, gdzie jest 30 domów udało się pobiec 3:35 na 1500 m albo dziewczynie z małego miasteczka 1:58 (Piotr pochodzi z Jakaci Młodej pod Łomżą, Ania ze Lwówka Śląskiego – przyp. red.), to wszystko jest możliwe. Nasi zawodnicy obserwują Adama Kszczota, Asię Jóżwik, Justynę Święty, szukają o nich informacji, oglądają zawody, widzą ich zresztą czasami tutaj na treningach.

Ania: Też muszą do sportu wyczynowego dojrzeć, nie możemy od razu od nich wymagać zrozumienia wszystkich rzeczy.

Piotr: A teraz musimy kończyć. Olga i Hania budują sobie skocznię narciarską. Będą skakać z kanapy na podłogę... Mata rozłożona!