Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Surprise Winners - mistrzowie z zaskoczenia

Bieganie bywa nudne dla kibiców, ponieważ zazwyczaj jest bardzo przewidywalne. Faworyci najczęściej robią swoje, a pojęcie „czarny koń” funkcjonuje w biegowym słowniku jedynie teoretycznie. Na szczęście co jakiś czas zdarzają się sytuacje, że wygrywa jakiś anonimowy Gienek, czy inny Nils, na którego przed wystrzałem startera nikt nie postawiłby złamanego eurocenta.

Sensacje, niespodzianki, zaskakujące rozstrzygnięcia – czasami są dziełem przypadku, innym razem wynikają z dekoncentracji faworyta. Zawsze budzą jednak duże emocje wśród kibiców, bo nic tak nie ekscytuje jak sytuacja kiedy Dawid pokonuje Goliata. Przyjrzeliśmy się biegowym victoriom, których nikt się nie spodziewał, a które wydarzyły się podczas zawodów najwyższej rangi, czyli igrzysk olimpijskich.

Schumann biegnie na 803, Kipketer na 813

Podczas IO w Sydney w roku 2000 nie wystawiliśmy na 800 metrów żadnego Polaka. Dziś w czasach średniodystansowego prosperity, kiedy Adam Kszczot jest podwójnym wicemistrzem świata na osiemsetkę, a Marcin Lewandowski dopiero co zdobył brąz MŚ na półtoraka – aż trudno uwierzyć, że niespełna 20 lat temu nasze biegi średnie praktycznie nie istniały.

Jednak sam dystans 800 metrów na klasowych zawodników wcale wówczas nie narzekał. Wilson Kipketer w roku 1997 ustanowił kosmiczny rekord świata 1:41:11, wydawało się – nie do pobicia. Kenijczyk w barwach Danii trzykrotnie sięgał po tytuł mistrza świata, ostatni raz broniąc go w 1999 roku, na sezon przed australijskimi igrzyskami. Talent do wielkiego biegania przejawiał Jurij Borzakowski, w marcu 2000 roku zdobywając halowe mistrzostwo Europy. Liczyli się również Afrykanie, na czele z wicemistrzem IO z Atlanty Sepengiem z RPA oraz Said-Guernim z Algierii (odpowiednio numer 2 i 3 MŚ w Sewilli 1999).

W Sydney faworytów „pogodził” jednak Nils Schumann, zostawiając za plecami wszystkich, choć jeszcze rok wcześniej podczas MŚ w Sewilli - przybiegł ostatni w ośmioosobowym finale, tracąc do Kipketera ponad 3 sekundy.

Jak to się stało, że młody, zaledwie 22 letni Niemiec z życiówką na poziomie 1:44 pokonał w finale ówczesnego rekordzistę i mistrza świata Wilsona Kipketera? Dobrze pamięta tamte wydarzenie Paweł Czapiewski, kolega Schumanna z bieżni.

- Zwycięstwo Schumanna to był szok. Mój rówieśnik, startowaliśmy razem na młodzieżowych mistrzostwach Europy, a tu nagle wygrywa igrzyska. Tak naprawdę to Kipketer w Sydney 800 metrów pokonał szybciej, w 1:43:80, a Schumann sekundę wolniej. Tylko, że Kipketer pałętał się gdzieś po trzecim torze i w tym wyścigu przebiegł o dziesięć metrów więcej. A Schumann cały czas przy krawężniku, nic nie musiał nadrabiać. Tam wtedy wyszło, że Kipketer przebiegł 813 metrów, a Niemiec 803. Trzeba pamiętać, że 800 metrów to jest bieg na dwa okrążenia, a nie dokładnie na 800 metrów. - powiedział nam rekordzista Polski na stadionową osiemsetkę.

Skalp Indianina

Jeśli stajesz do walki z rekordzistą świata, z życiówką na 10000 metrów lepszą o minutę – nie możesz czuć się faworytem. Jednak Billy Mills będąc na tokijskich igrzyskach w 1964 roku jak mantrę powtarzał sobie, że to on jest najlepszy.

- Zapisałem sobie w pamiętniku, że muszę wierzyć w to, że potrafię biegać z najlepszymi na świecie i jestem w stanie pokonać ich w Tokio – wspominał w jednym z wywiadów.

Billy Mills był Indianinem, dorastającym w rezerwacie Pine Ridge w południowej Dakocie. Powiedzieć, że miał trudne dzieciństwo, to jak nic nie powiedzieć. Jego matka umarła, gdy młody Bill miał zaledwie 9 lat, a ojciec odszedł na tamten świat zaledwie cztery lata później. Przed swoją śmiercią stary Mills miał powiedzieć synowi, że teraz ma połamane skrzydła, ale pewnego dnia będzie latał niczym orzeł. Gdy Billy odkrył talent do biegania, wierzył że tym dniem, kiedy rozwinie skrzydła, będzie finał igrzysk olimpijskich. Jak pokazała przyszłość – jego wizja stała się faktem 14.10.1964 r.

Największym faworytem do zwycięstwa był ówczesny rekordzista świata na 25 okrążeń, Australijczyk Ron Clarke. Na starcie finałowej rozgrywki nie zabrakło również obrońcy tytułu na 10000 z Rzymu (1960) Pyotra Bolotnikova z ZSRR. Ponadto uwagę ekspertów zwracał Nowozelandczyk Murray Halberg, który cztery lata wcześniej zdobył złoto na 5000 metrów.

Od początku mocno pracował Clarke, stopniowo rozciągając, aż wreszcie rozrywając stawkę. Na półmetku kroku Australijczykowi była w stanie dotrzymać jedynie piątka biegaczy, między innymi Mills i Tunezyjczyk Mohammed Gammoudi (ten sam, który 8 lat później w Monachium ogra na ostatnim okrążeniu Prefontaina).

Na dwa okrążenia do mety liczyła się już tylko trójka – Clarke, Gammoudi, Mills. Wszystko wskazywało na to, że rekordzista świata przechyli szalę zwycięstwa na swoją stronę. Na ostatnim okrążeniu najpierw szarpnął Gammoudi, za nim – przeciskając się – ruszył Clarke. Billy Mills został na trzecim miejscu i zdawało się, że traci rytm. Na ostatniej prostej wyszedł jednak na zewnętrzną i po czwartym torze dosłownie pofrunął na skrzydłach orła, które wiele lat wcześniej przewidział jego ojciec.

Jeśli bić rekordy to na docelowych imprezach. Billy Mills podczas japońskich igrzysk 1964 roku pobił swój rekord życiowy o ponad 50 sekund, zatrzymując zegar na 28:24.4 co było wówczas rekordem IO. Mills był pierwszym Amerykaninem który sięgnął po złoty medal na 10000 i jak do tej pory – ostatnim. Najbliżej powtórzenia wyczynu Indianina z Dakoty był Galen Rupp w Londynie 2012, gdy finiszował na drugim miejscu za Mo Farahem.

„Pójdę boso, pójdę boso!”

Historię Etiopczyka Abeby Bikili zna chyba każdy, kto kiedykolwiek włączył telewizor podczas maratońskiej transmisji. Osoba bosego biegacza, dwukrotnie sięgającego po złoty medal igrzysk olimpijskich, jest bowiem przypominana równie często jak hasła, że: „Historia lubi się powtarzać” albo „Dopóki piłka w grze wszystko jest jeszcze możliwe”.

W przypadku kariery Bikili wiele rzeczy jest jednak niejasnych i tak naprawdę nie do końca wiadomo, którą historię opowiadać wspominając doskonałego maratończyka, pochodzącego z wioski Jato w dystrykcie Shewa. Jedne informacje mówią bowiem, że Bikila został powołany na igrzyska w Rzymie (1960) na ostatnią chwilę, w zastępstwie Wamiego Biratu, który odniósł kontuzję podczas meczu piłkarskiego. Biograf Bikili Tim Judah, twierdzi natomiast, że olimpijski występ Etiopczyka był „planowaną od dawna operacją”.

W obu przypadkach trzeba i tak przyznać, że włoskie złoto Bikili było sensacją najczystszej wody. Na starcie stanął bowiem między innymi z ówczesnym rekordzistą świata Popovem (2:15:17.00), Nowozelandczykiem trenującym w słynnej grupie Arthura Lydiarda - Barrym Mageem czy Marokańczykiem Abdesselamem, który w marcu 1960 roku zwyciężył podczas nieoficjalnych MŚ w przełajach pokonując doskonałego przeszkodowca Gastona Roelantsa (złotego na 3000 pprz. na IO 1964).

Bikila wystartował boso, ponieważ buty, które kupił sobie w Rzymie okazały się być dla niego niewygodne i powodowały pęcherze. Zresztą, Bikila na co dzień biegał boso, więc – krótko mówiąc – postawił na sprawdzone rozwiązanie, zamiast eksperymentować na ostatnią chwilę. Profesjonalne podejście.

Olimpijski maraton w roku 1960 wystartował o nietypowej, popołudniowej porze, w związku z czym biegacze kończyli rywalizację po zmroku. Jednak zanim doszło do finiszu w pobliżu Koloseum, Bikila odprawiał z kwitkiem kolejnych rywali na trasie. Odpadł Popov, mocnego tempa nie wytrzymał również Mageem. Równo z Etiopczykiem biegł za to Abdesselam. Dopiero na ostatnich 500 metrach Bikila popisał się zabójczym – choć bosym – finiszem, odstawiając Marokańczyka aż na 25 sekund i o 0.8 sekundy bijąc rekord świata Sergieja Popova.

Ciekawostką, dobrze charakteryzującą specyfikę wyścigów sprzed lat jest kwestia taktyki. Trener reprezentacji Etiopii, Szwed Onni Niskanen – jak się później okazało – miał nosa i słusznie kazał Bikili zwracać szczególną uwagę na numer 26, z którym miał wystartować  Abdesselam. Sęk w tym, że Marokańczyk na starcie stanął z numerem 185, który pozostał mu z wyścigu na 10000, rozegranego dwa dni wcześniej. Bikila był zatem trochę skonfundowany podczas biegu, bezskutecznie szukając wzrokiem numeru 26, podczas gdy największy rywal cały czas był obok.

Nie udawał Greka

Jeśli mistrzem olimpijskim na 200 metrów zostaje biały Europejczyk, to cytując klasyka: „Wiedz, że coś się dzieje”. W roku 2000 w Sydney niespodziewanie zwyciężył Grek - Konstantinos Kenteris. Jak to możliwe że na przełomie wieków najszybszy w przedłużonym sprincie podczas olimpijskiej rywalizacji jest człowiek z życiówką grubo powyżej 20 sekund? Czyżby tacy ludzie jak Maurice Greene, Michael Johnson i Ato Boldon doznali pomroczności jasnej?

Czasami wszystkiemu winny jest przypadek. Greene i Johnson spotkali się w roku 2000 podczas mistrzostw USA i w finałowym wyścigu na 200, który miał dawać olimpijską kwalifikację obaj doznali kontuzji. Jak duże było prawdopodobieństwo takiego zdarzenia? Strzelamy, że jak 1 do 14 milionów, czyli dokładnie takie jakie obowiązuje przy trafieniu szóstki w dużego lotka. Widocznie życie faktycznie pisze najlepsze scenariusze. Kenterisowi jednego popołudnia podczas amerykańskich „trialsów” odpadło dwóch największych faworytów do zwycięstwa.

Szczęściu zawsze trzeba jednak trochę pomóc i Grek to zrobił, przygotowując na australijskie igrzyska życiową formę. Już w eliminacjach ustalił nowy rekord kraju na 20.14, a w finale zdjął ze swojej świeżej życiówki kolejne setne, zatrzymując olimpijski zegar na 20.09. Umówmy się, wynik – choć rekord Grecji – nie powalił. Prawda jest taka, że jeśli Europejczyk ma wygrać sprint musi trafić na wolny bieg. Przykładem jest inna sensacyjna victoria na 200, autorstwa Turka Guliyeva, który wygrał MŚ w Londynie z jednym z najsłabszych wyników w historii – 20.09.

Szczęście. Forma. Ale czy tylko? W 2004 w Grecji wybuchł skandal dopingowy z Kenterisem w roli głównej. Mistrz z Sydney w przeddzień ateńskich igrzysk nie stawił się na kontrolę antydopingową, a żeby znaleźć alibi dla swojej nieobecności sfingował wypadek motocyklowy...

Miss No-Name

Historia Julii Nesterenko na pierwszy rzut oka może wyglądać podejrzanie. Przyjrzyjmy się kilku faktom. Po pierwsze – białoruska sprinterka, co niestety przez czarny PR jej rodaków w lekkiej atletyce rodzi kontrowersje już w blokach startowych. Po drugie – przez lata biegająca 100 metrów na przeciętnym europejskim poziomie (11.54-11.29). Po trzecie – nagle w Atenach zdobywa złoty medal olimpijski, pierwszy raz w karierze łamiąc 11 sekund... i to w dodatku czterokrotnie na jednych zawodach (10.92 w półfinale). Nie trzeba mieć żyłki detektywa, żeby wyczuć, że coś tutaj, brzydko mówiąc, „śmierdzi”.

Nesterenko – oficjalnie – jest jednak do dzisiaj czysta i jako pierwsza zawodniczka od igrzysk w Moskwie (1980) sprzątnęła złoty medal na setkę Amerykance. Od początku przez ateńskie zawody szła jak burza, wygrywając po kolei wszystkie biegi eliminacyjne i nie dając szans rywalkom również w finale. Druga na mecie, Lauryn Williams z USA o Białorusince mówiła:

- Nie znałam jej. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, aż do tego weekendu...

Nesterenko z kolei twierdziła, że po prostu wykonała plan.

- To nie była dla mnie żadna niespodzianka, że pobiegłam tak szybko. Po prostu ciężko trenowałam. Przez cały ostatni rok trenowałam z myślą o igrzyskach i to mi pomogło.

Co się stało z Nesterenko po tym jak rozbłysła wielką formą w olimpijskim sezonie 2004? Przepadła. Już nigdy więcej nie przebiegła setki poniżej 11 sekund. Światło na sprawę, niedługo po greckich igrzyskach, próbował rzucić Przegląd Sportowy, ujawniając, że Nesterenko wpadła na dopingu już w 2002 roku podczas zawodów w Białej Podlaskiej. Jednak ówczesny wiceprezydent IAAF Arne Ljungqvist stwierdził, że skoro niedozwolony clenbuterol został wykryty przez nieatestowane warszawskie laboratorium, to nie ma podstaw to wszczęcia przeciwko Białorusince postępowania.

Czarne konie cieszą

To tylko niektóre biegowe niespodzianki, które przydarzyły się światowej lekkiej atletyce w kontekście igrzysk. Rozszerzając temat na pewno warto też wspomnieć zaskakujące zwycięstwo Waldemara Cierpinskiego podczas IO w Montrealu (1976), popis Van Niekierka w Rio (2016), kiedy sięgnął po złoto i rekord świata na 400 metrów biegnąc po ósmym torze czy Greczynkę, Voulę Patoulidou, która niespodziewanie wygrała w Barcelonie (1992) wykorzystując problemy po zejściu z ostatniego płotka faworytki Gail Devers.

Niekiedy zaskoczenie wynika z miejsca siedzenia. W historii lekkiej atletyki czarne konie zwyciężały i szokowały również dlatego, że słabo działał bank informacji. Przykładowo, niewielu ekspertów w Polsce w latach 60-tych analizowało wyników Afrykańczyków - w związku z tym, dla wielu w kraju sensacją było zwycięstwo Kipchogego Keino w 1968 roku w Meksyku. I odwrotnie. Na poprzednich igrzyskach dla wszystkich poza nami niespodzianką było srebro na 200 m młodziutkiej Ireny Kirszenstein.

Czasami „mistrzowi niespodzianka” sprzyjało szczęście, innym razem dopisywała życiowa forma, w niektórych wypadkach zadziałało nielegalne wspomaganie. Jednak prawda jest taka, że dzięki zwycięzcom, na których nikt nie stawia – sport zawsze trzyma w największych emocjach.