Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Maszczenko vs Januszewski

Maszczenko vs Januszewski

Czasami najtrudniejsze pojedynki rozgrywają się w głowie. Czasami bywa też tak, że aby osiągnąć prawdziwy sukces, najpierw trzeba wszystko stracić. Zanim Paweł Januszewski stoczył walkę z Rusłanem Maszczenką o złoto Mistrzostw Europy w Budapeszcie (1998 rok) na 400 m przez płotki, musiał wygrać pojedynek z samym sobą. Pozbawiony zdrowia przez wypadek, a nadziei przez lekarzy, w krótkim czasie wspólnie z trenerem Iskrą przygotował formę życia.

Kariera Pawła Januszewskiego, jak każdy dobry scenariusz filmowy ma swoje punkty zwrotne. Jednym z ważniejszych był sezon 1997, w którym płotkarz poprawił podstarzały rekord Polski Ryszarda Szparaka, zamieniając 49.17 na 48.94. Już wtedy było wiadomo, że duet Januszewski-Iskra potrafi przygotować szczyt formy na imprezę docelową. Rekord padł bowiem w półfinałowym biegu sierpniowych MŚ 1997. Sprinter nie załapał się co prawda do finału tamtego mundialu, ale postawił kolejny ważny krok w drodze do sukcesów na arenie międzynarodowej.

Jesienią doszło jednak do poważnego wypadku samochodowego i był to chyba najważniejszy punkt zwrotny w historii płotkarza. Gdy lekkoatleta po kilkudniowej obserwacji w szpitalu miał już wychodzić do domu, zasłabł. Diagnoza lekarzy brzmiała jak wyrok - krwiak na lewej półkuli mózgu. Januszewski opuścił szpital jakiś czas później z jasnymi wytycznymi – oszczędny tryb życia i zakaz uprawiania sportu.

- Wypadek sprawił, że bardziej zacząłem doceniać to, co mam, a zwłaszcza możliwość uprawiania sportu. Do tamtego momentu przez kilkanaście lat, od wieku młodzika, gdy zdobyłem swój pierwszy medal mistrzostw Polski, ciągle byłem w treningu. Nagle wszystko się urwało. Stałem się zależny od lekarzy, od ich decyzji i diagnoz. Paradoksalnie ta wymuszona przerwa w pewnym sensie zadziałała na korzyść. Odpocząłem fizycznie po wielu latach ciężkiego treningu, a mentalnie nabrałem innej perspektywy  - mówi naszej redakcji Paweł Januszewski.

Dusza sportowca nie pozwalała lekkoatlecie na leżenie z założonymi rękami i czekanie na cud. Można powiedzieć, że cud sobie wytrenował, ponieważ niedługo po tym jak podjął pierwsze treningi, krwiak zaczął się wchłaniać. Zanim jednak organizm umożliwił trening na wyczynowym poziomie, musiało upłynąć wiele miesięcy. Paweł Januszewski opowiedział nam o swoim powrocie:

- Wróciłem do pełnego treningu w marcu 1998 roku i chcąc nadrobić zaległości trenowałem nawet po 3-4 razy dziennie. Rano przed śniadaniem zbijałem wagę, bo trochę mi się przytyło przez te miesiące bez aktywności. Później robiłem normalne dwa treningi, a na wieczór siłownia: ćwiczenia statyczne i uzupełniające. W maju przyplątały się jednak kolejne problemy, doznałem dość banalnego urazu naderwania mięśnia dwugłowego uda i znowu miałem przerwę. Minimum na Mistrzostwa Europy w Budapeszcie zrobiłem w ostatnim możliwym terminie, podczas zawodów w Kielcach (1 sierpnia w Kielcach Januszewski pobiegł 49.73 – przyp. red.). Jeśli chodzi o mój trening w tamtym okresie nad wszystkim czuwał Janusz Iskra, wtedy jeszcze doktor, a obecnie profesor katowickiej AWF. Jego mądrość i wszechstronna wiedza miały kluczowe znaczenie... jak nie można było robić jednej rzeczy, to nie było tak, że odpuszczamy, tylko robiliśmy to, co można było, ćwiczyliśmy na basenie, wykorzystywaliśmy ekspandery, szukaliśmy alternatyw. Myślę że trenerzy często nie zdają sobie sprawy, jak wiele mają możliwości, jak duża jest wszechstronność ćwiczeń. Można naprawdę wykonywać wiele zastępczych rzeczy, zamiast samego biegania.

Można powiedzieć, że Januszewski wiosną 1998 roku nie tyle walczył o wyjazd na ME, ale bardziej o powrót do solidnej sportowej dyspozycji. Dużo trenował, ale rzadko pojawiał się na bieżni podczas zawodów. Pod koniec czerwca zajął 2 miejsce na MP we Wrocławiu z mizernym  51.59, ale już pięć tygodni później w Kielcach, niemal rzutem na taśmę zdobył kwalifikację na  mistrzostwa Starego Kontynentu, uzyskując 49.73. Jak sprawdził dla nas doświadczony statystyk lekkoatletyczny i komentator Eurosportu Janusz Rozum, nasz reprezentant pojechał do Budapesztu z dwunastym czasem na listach europejskich.

- Na mistrzostwa nie jechałem z myślą o walce o medale, ale bardziej skupiałem się na tym, żeby utrzymać się w kadrze Polski. Chciałem po prostu dojść do finału. Miałem wolną głowę, wiedziałem, że tak naprawdę nie mam się już gdzie cofnąć. Startowałem bez presji, nikt ode mnie niczego nie oczekiwał. Po kolejnych wygranych biegach eliminacyjnym i półfinałowym słyszałem tylko od innych „Szok! To co już osiągnąłeś to jest szok!” - wspomina po latach płotkarz, dziś wielki animator biegania i ambasador sportu.budap.jpgW rozgrywanych między 18 a 20 sierpnia biegach na 400 m przez płotki, Januszewski szedł jak burza. Nim wystąpił w pamiętnym finale, brawurowo przeszedł dwustopniowe eliminacje, wygrywając w obu wyścigach. Obok doskonałej formy lekkoatlecie w pewnym sensie sprzyjało też szczęście. W biegu półfinałowym nasz reprezentant trafił bowiem na niezwykle wymagających rywali - Francuza Stephana Diaganę (rekordzistę Europy z życiówką 47.37) i Włocha Fabrizio Moriego (PB w tamtym momencie – 47.79). Polak wygrał tę potyczkę, poprawiając własny rekord Polski. Już nie 48.94, ale 48.90 stało się nowym rekordem na 400 m przez płotki w kraju nad Wisłą. Mori zajął dopiero trzecie miejsce, a największy faworyt Diagana nie ukończył biegu, notując bolesny upadek przy wyjściu z wirażu na ostatnią prostą.

Drugi z półfinałów wygrał natomiast Rusłan Maszczenko z wartościowym 48.64 i wyraźną przewagą nad drugim Carlosem Silvą. Można było się zatem spodziewać, że następnego dnia to właśnie między Polakiem a Rosjaninem rozegra się walka o tytuł mistrza Europy 1998.

Droga Maszczenki do Budapesztu wyglądała zgoła inaczej niż Januszewskiego. Podczas gdy Polak zimą 1998 uczył się ponownie biegać, Rosjanin zdobywał tytuł halowego mistrza Europy na płaskie 400 (w Walencji uzyskał doskonałe 45.90, dla porównania nasz najlepszy obecnie czterystumetrowiec Karol Zalewski, może pochwalić się halową życiówką na poziomie 46.20). Podczas gdy Januszewski w ostatniej chwili nabiegał, dające minimum do Budapesztu 49.73, Maszczenko od maja do sierpniowych mistrzostw zaliczył 14 startów z wynikami poniżej 49 sekund. Rosjanin z powodzeniem startował w Golden League, zajmując drugie miejsca w mitingach w Oslo, Rzymie, Monako i Zurychu. Krótko mówiąc, był tamtym czasie jednym z najlepszych specjalistów od 400 metrów przez płotki na świecie.

Panowie Januszewski i Maszczenko spotykali się już na bieżni wcześniej. Chociażby podczas rozgrywanych rok wcześniej MŚ w Atenach. Rosjanin wygrał wtedy bieg półfinałowy, w którym Polak finiszował na czwartej pozycji, z prawie półsekundową stratą (choć z rekordem kraju). Zapytaliśmy Pawła Januszewskiego, czy jakoś szczególnie nastawiał się na walkę z Maszczenką w finale ME 1998:

- Generalnie miałem taką taktykę, żeby pierwsze cztery płotki, czyli dwa na słabszą nogę, to zamknąć oczy i jakoś przetrwać... Ciężko mówić o taktyce pod przeciwnika. Ja miałem taktykę dobraną pod moją technikę i moje umiejętności. Czterysta metrów przez płotki było dla mnie łatwiejszym dystansem niż czterysta płaskie, ponieważ biegnie się tak jakby od płotka do płotka. Przebiegałem płotek, rytm, rytm, trzymać rytm, kolejny płotek i o tym się tak naprawdę myślało, a nie o rywalach. Właściwie wybiegając z ostatniego łuku dopiero zorientowałem się, że prowadzę. W ogóle mnie to nie spięło, że otworzyła się duża szansa na medal, raczej byłem zszokowany. Rok później w Sewilli podczas MŚ, kiedy wychodząc na ostatnią prostą byłem trzeci, wtedy trochę mnie to usztywniło, ale Budapeszt to była jedna wielka fiesta, bez obciążeń, bez oczekiwań. Prawdę mówiąc ja przyjeżdżając na ME do Budapesztu nie miałem zielonego pojęcia o swoich przeciwnikach, oprócz oczywiście Stephana Diagany, którego znałem jako mistrza świata. Do roku 1998 byłem zawodnikiem, który nigdy nie zaistniał na imprezie międzynarodowej. Jak się jest sportowcem, który musi walczyć o to, żeby w ogóle wejść do finału, to o przeciwnikach się nie myśli.

Januszewski stojąc w blokach finałowego biegu węgierskich mistrzostw Europy, sprawiał wrażenie osoby najbardziej skoncentrowanej na świecie. Gdy rozbrzmiał huk startowego wystrzału, Polak wyszedł z bloków jak kula z armaty i od pierwszego płotka objął prowadzenie w wyścigu. Jeszcze niewyraźne, subtelne, ale z każdym kolejnym rozstawem większych rozmiarów. Nasz reprezentant biegnąc na trzecim torze, miał doskonały widok na poczynania największego rywala startującego z piątego toru. Maszczenko biegł mocno i rytmicznie. Szybko „połknął” Fabrizio Moriego, a gdy wreszcie nadeszła ostatnia prosta i wyrównanie, był tuż za plecami Januszewskiego.

W biegu na 3000 m z przeszkodami istnieje przekonanie, że ten kto pierwszy na ostatnim rowie z wodą, ten pierwszy na mecie. Na 400 przez płotki często sprawdza się inna zasada – kogo nie zachwieje na ostatnim płotku, ten wygra. Im bliżej było mety tym przewaga Januszewskiego nad rywalem malała. Rosjanin schodząc jednak z ostatniego płotka wpadł w turbulencje. Polak natomiast pokonał ostatnią przeszkodę, w podobnym, może nie książkowym, ale pewnym stylu - jak dziewięć wcześniejszych. Maszczenko ponownie zaatakował, ale meta przyjęła naszego reprezentanta w objęcia, nim ostateczny cios rywala zdążył go dopaść.

Januszewski najpierw uniósł ręce w geście triumfu, a chwilę później upadł na kolana. Jeszcze na moment zerknął za siebie, jakby chcąc się upewnić, że naprawdę wygrał, że 48.17 to na pewno jego wynik. Tak, to wszystko wydarzyło się naprawdę. Sprinter po raz drugi w ciągu dwóch dni pobił rekord kraju, zostając pierwszym od 16 lat polskim mistrzem Europy w lekkoatletyce. Poprzednie złoto wywalczyła Lucyna Kałek na 100 m przez płotki, w roku 1982.

Tytuł mistrza Starego Kontynentu był następnym punktem zwrotnym w karierze Januszewskiego. W kolejnych latach Polak regularnie biegał 400 m przez płotki poniżej 49 sekund, stając się jedną z czołowych postaci swojej konkurencji na świecie.

Maszczenko w dalszych latach kariery bardziej niż na płotkach realizował się w sztafecie 4x400 metrów. Wraz z kolegami z reprezentacji Rosji sięgnął po srebro Halowych Mistrzostw Świata w Lizbonie w 2001 roku. Rok później Rosjanie, ponownie z nim w składzie, zdobyli srebro ME w Monachium. W tych samych zawodach Maszczenko znowu spotkał się Januszewskim. Polak zdobył brąz, natomiast Rosjanin kończył finałowy bieg na 400 m przez płotki na odległej siódmej pozycji.


Przeczytaj również w cyklu „Pojedynki wszech czasów":

BAYI VS MALINOWSKI

PREFONTAINE VS VIREN

El GUERROUJ VS LAGAT

DONKOWA VS DIVERS

Bieganie to nudny sport? Najbardziej zacięte pojedynki wszech czasów mogą przełamać ten stereotyp. Kontynuujemy serię artykułów poświęconych najciekawszym biegom w historii. Piszcie w komentarzach, o jakich wyścigach chcielibyście przeczytać. Postaramy się odświeżyć najbardziej zakurzone historie.