Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
„Powiedziałbym sobie: Więcej luzu stary!" - rozmowa z Adamem Kszczotem

Od kilkunastu już lat jest na absolutnym topie. Sprawia wrażenie maszyny odpornej na stres i wygląda, jak gdyby chował się zawsze za podwójną gardą. Czy to doprowadziło go do podwójnego wicemistrzostwa świata na 800 m i gradu medali na hali? Gdzie są granice jego kontroli, czy coś musi znieniać? Z Adamem Kszczotem – szczerym, a zarazem nieprzeniknionym dla wielu sportowcem – rozmawiam niekoniecznie o bieganiu i treningach. Bardziej o motywacji, karierze poza bieżnią, o sobie samym sprzed lat, o tym, czego uczy siebie oraz o tym, co chce przekazać innym.



Rozmawialiśmy po Memoriale Ireny Szewińskiej w Bydgoszczy. Wspominałeś słowa naszej 7-krotnej medalistki olimpijskiej i powiedziałeś, że musiałeś do niektórych dojrzeć. Sprawiasz zawsze wrażenie pewnego siebie „Profesora Kszczota”. Naprawdę musisz do czegoś dojrzewać?

Tak, słowa Ireny Szewińskiej okazują się po latach jeszcze bardziej wartościowe, niż gdy słyszałem je pierwszy raz. Nie tylko ona miała wpływ na mnie jako sportowca. Rodzice nauczyli mnie, by próbować. To jest najważniejsza lekcja, jaką od nich dostałem przez całe życie. Coś mi nie wychodziło, a mama i tata powtarzali: Próbuj, no spróbuj jeszcze raz... Bez tego nie byłbym lekkoatletą.
Dzisiaj ja mam okazję przekazywać podobne treści dzieciakom. Nie chcę ich straszyć, że czeka je na przykład 5 lat ciężkiego treningu, zanim w ogóle się dowiedzą, czy będą z nich zawodnicy. Przekazuję im właśnie to, co mówiła Irena i to, do czego wychowali mnie rodzice.
kszczot1.jpeg Trudno przekazać to wiernie w wywiadzie pisanym, ale teraz mówisz do mnie naprawdę okrągłymi, złożonymi zdaniami. Jesteś dzisiaj nie tylko lekkoatletą, ale też mówcą motywacyjnym. Prowadzisz bloga z poradami treningowymi. Robisz to wszystko z wyrachowania czy z poczucia misji?

Skąd się wziął  w ogóle pomysł na moje mowy motywacyjne….? Zaczęło się od tego, że miałem właśnie potrzebę przekazać coś od siebie dzieciakom, z którymi spotykałem się na pogadankach w szkołach, głównie w województwie łódzkim. Liczyłem, że może zaczną karierę sportową, gdy opowiem im o moich doświadczeniach sprzed lat. Jeździłem co roku do kilku szkół i widziałem błysk w oku młodych ludzi. Dostawałem feedback od nauczycieli, że dzieciaki rozmawiają o tym, o czym mówiliśmy na spotkaniach, przeżywają je, są zmotywowane.
Narodził się pomysł, że skoro oni się w to angażują i to „kupują” - widzą, że to jest prawdziwe i ma ładunek emocjonalny - to warto spróbować dalej. Dzieciaków nie oszukasz. Jeśli w ich przypadku zagrało, postanowiłem przenieść to do biznesu. Dziś prowadzę dualizm karier trenując i startując oraz przekazując moje doświadczenia w trakcie spotkań motywacyjnych. Oczywiście obszarów, na których działam jest więcej, choćby bycie ojcem i mężem. Muszę używać przełącznika „switch on  / switch off” pomiędzy nimi. To czasem spory wysiłek.

Na ile dziś Twoja kariera cierpi na stracie energii przy włączaniu tego przycisku? Obserwuję Cię na wielu polach, nie każde do mnie, jako żądnego wyników kibica, trafia. Boje się, że Ciebie to zbyt wiele kosztuje. Jak się obronisz przed oskarżeniem: „Kszczot znowu nie jest mistrzem świata, bo daje wykłady”?

Nie tracę teraz energii, jest odwrotnie. Mój dualizm karier i nieskupianie się na jednej dziedzinie buduje moje kompetencje w innych obszarach. Jeśli czuję się bezpiecznie w obszarze A - w moim wypadku w sporcie - i nawet czuję się w nim w jakiejś mierze spełniony, to przez doświadczanie ponowne takich samych zjawisk, może zacząć mi brakować pola do głębszego rozwoju.
Poukładałem wszystko w moim treningu i mam tyle czasu oraz energii na dodatkowe aktywności, że robię je również dlatego, że pozwolą mi przejść miękko do życia po życiu…

Czyli, jeśli dobrze rozumiem – skoro jesteś bardziej doświadczonym biegaczem, to poza medalami wypracowałeś zysk czasowy? Im bardziej jesteś poukładany, tym masz więcej czasu na rzeczy nietypowo sportowe?

Doszedłem do takiego momentu kariery, że mogę sobie na to pozwolić. Istotne, by działać, a nie żałować. Rozmawiałem o tym z Marcinem Płuciennikiem  - moim partnerem z warsztatów mentalnych, które prowadziliśmy w zeszłym roku. Możemy doświadczać dwóch rzeczy: bólu działania, wysiłku albo bólu zaniechania. Gdy masz poukładane w sporcie - to znaczy, że nie doskwiera ci ból działania, dyscypliny – nie boli cię, że wychodzisz na trening, robisz to co kochasz. Wiesz, co robisz, dokąd Cię to może zaprowadzić, choć oczywiście ta droga może mieć wiele odnóg i wariantów.
Ból zaniechania zostaje na długo w pamięci. Nie wyszedłem na trening, nie spróbowałem. To jest niewykorzystanie swoich kompetencji, niespełnienie. Jeśli na przykład zaniechasz jakiejś czynności, czegoś w treningu, to zostanie to z tobą do końca mistrzostw. I ten bagaż po mistrzostwach może spowodować, że całkowicie zniszczy twoją karierę i poczucie własnej wartości. Odbudowanie tego, co się rozpoczęło od kamyczka, a spowodowało całą lawinę,  jest potem bardzo trudne.
kszczot5.jpeg Miałeś taki moment, że byłeś na skraju i lawina ruszyła?

Byłem w takim momencie, w którym brakowało mi bodźca do jakiegokolwiek innego rozwoju.

W którym to było roku?

Zaraz po igrzyskach pod koniec 2016 roku. Poukładałem wówczas bardzo skrupulatnie wszystko na nowo, cegiełki z napisem trening jeszcze raz. Pomyślałem, że czeka mnie w optymistycznym wariancie jeszcze 6 lat kariery i jeśli teraz nic nie zrobię z czasem, którego mam dużo, będę się cofał w rozwoju. Wierzę, że rozwijanie w jednej dziedzinie rozwija mnie też w drugiej.
Tak jest z mowami motywacyjnymi. Jeśli masz coś na myśli, to jest sekunda, kiedy przemknie ci to przez głowę. Ale gdy zapiszesz to na kartce, przechodzi to do innego obszaru mózgu, procesuje się i dochodzi do twardego zderzenia z wnioskami – czy to jest dobre, czy trzeba się było zastanowić nad danym obszarem dużo wcześniej i bardziej. Stąd mowy motywacyjne rozwijają mnie wieloaspektowo, w każdej dziedzinie życia: w życiu prywatnym, w życiu sportowym, w życiu zawodowym.

To te filmiki z radami treningowymi, które nagrywasz i puszczasz w sieci są też przede wszystkim dla Ciebie?

Tak, mi nikt za to nie płaci. Tworzenie bloga jest materiałem głównie dla mnie.

Nie boisz się, że zostaniesz uznany za egocentryka? I tak nim jesteś, co…?

(śmiech) Nie…  Tak poważnie, to uważam, że wiele osób naprawdę może skorzystać z tych materiałów.

A mi się wydaje, że jednak zakładasz jakąś maskę i często wyłączasz swoje emocje. W tym, co mówisz, jest dużo wyrachowania.

Może, ale jest też nutka humanizmu. Choćby na minuty przed finałem mistrzostw świata w Londynie, gdy dwóch czołowych zawodników umawiało się: „Dobra, ty polecisz mocno 400 metrów, ja ci dam zmianę, będziemy mieli dobry czas…”

Kto konkretnie?

Amos z Kramerem w call roomie (Nijel Amos - wicemistrz olimpijski z 2012 roku, Andreas Kramer - młodzieżowy mistrz Europy z 2017 roku - przyp. red.). Już kiwali głowami, już mieli ustalone, a ja niczym kowboj w westernie wkroczyłem i przerwałem im: „Nie nie, Amos, ja pobiegnę za Kramerem”. Oczywiście była w tym nuta kalkulacji, że trzeba tę rozmowę przerwać, zburzyć im plan, ale też sztuka artystyczna. Zawsze będę w takich sytuacjach aktorem.kszczot3.jpeg A potrafisz się przyznać, kiedy tracisz kontrolę?

Ciągle rozwijam się w sporcie, pracuję nad sferą psychiczną, spotykam się z psychologiem Jankiem Blecharzem. Ale jednocześnie mogę na swoim doświadczeniu powiedzieć, że to nie jest takie proste jak w podręczniku. Na moich spotkaniach motywacyjnych mówię o emocjach, o tym, jak wiele stres robi z głową, jak wiele elementów życia codziennego okazuje się trudne. Każdy start uważam za trudny.
A wcześniej, w okresach trudnego treningu, gdy narasta zmęczenie, zbliżają się starty - potrafię nagle wybuchnąć, na przykład w rozmowach z żoną. Wymyślam sobie, że będzie inaczej i mój plan się rujnuje – wtedy tak się dzieje. Potem muszę się kajać i żałuję…
(śmiech).

Porozmawiajmy o sezonie 2019. Biegasz 800 m w przedziale 1:45.7-1.44.7. Wszedłeś w niego dość spokojnie. Jak się rozwinie?

Nogi muszą się trochę obiegać, ale czuję się bardzo dobrze. Czekałem na tak dobre samopoczucie, bo w ostatnich 2 latach miałem trudne początki. Teraz metodą startową dochodzę do wyników.
Start w Ostrawie (20.06 – przyp. red.) zamykał cykl 4 startów, na których realizowałem różne zadania. Przykładowo w Bydgoszczy miałem pobiec bardzo mocno ostatnie 100 metrów. Teraz nieco dłuższa przerwa i czekają mnie mityngi Diamentowej Ligi w Lozannie i Monako. Później jej finał, ewentualnie start w Londynie, gdyby brakowało mi punktów. Będzie też występ na Drużynowych Mistrzostwach Europy.
Poważnie mówię o rekordzie Polski, tak naprawdę 1:42 - to jest mój cel na ten sezon. Czuję się teraz świetnie, między innymi dlatego, że odpoczywałem po 2018 roku. Od połowy sierpnia nie biegałem praktycznie aż do połowy lutego. Robiłem po 30 kilometrów miesięcznie. Głównie wykonywałem przygotowania do treningu siłowego, a potem sam trening siłowy. Pracowałem wtedy z trenerem przygotowania motorycznego Michałem Adamczewskim w Łodzi. Wiesz, ile teraz ważę?

Na oko 62 kg.

Co Ty! 68,5, popatrz, same mięśnie!kszczot6.jpeg No dobra, ale po co był Ci ten okres długiego niebiegania?

Musiałem popracować nad dysproporcjami, na przykład głowy przyśrodkowej czworogłowego uda. Widzisz, po 11 latach startowania w sezonie halowym, ja byłem też zmęczony psychicznie. A po trzecie, jak się robi sezon halowy, to potem trzeba gonić z treningiem. Ani się dobrze nie odpocznie, ani nie ma czasu na przygotowania.

Nadal wygląda na to, że wszystko masz przemyślane. Ale jest coś, nad czym nie masz kontroli. Nie przeraża Cię skala niedozwolonego wspomagania w Twojej konkurencji?

To, że ktoś wpada to jedno, ale gdyby walka z dopingiem były skuteczniejsza, sprawa wyglądałaby inaczej. Popatrz na Kenię, jak pogorszyły się wyniki ich zawodników, odkąd zaczęto tam masowo robić kontrole.
To jest zresztą bardzo trudny temat, bo jeśli masz człowieka postawionego pod ścianą, który może poprawić swój byt życiowy i swojej rodziny ciężko trenując – bo nawet na wspomaganiu to nigdy nie przychodzi lekko – to zmienia jednoznaczną ocenę. No bo jak to ocenić z perspektywy człowieka? To jest zawsze jakiś dramatyczny wybór, ale może właściwy, bo ktoś mógł na przykład uratować dzieci i pojechać do szpitala na ostry dyżur… i stać go było na leczenie. Ludzie biorą doping, stają się oszustami, odbierają innym możliwości, ale może to było jedyne sensowne wyjście z ich sytuacji w tych okolicznościach, w jakich się znaleźli?

No tak, ale koniec końców to Ty jesteś poszkodowany…

No tak się zdarza, jak z Bettem, który po mistrzostwach świata został złapany na dopingu (Kipyegon Bett został w 2017 roku w Londynie brązowym medalistą MŚ – przyp. red.). To jest akurat trudny przykład, bo czwarty tam był Brytyjczyk, który startował na swojej ziemi. Jest to oczywiście przykre, uważam, że gdyby dopingu nie było ten sport byłby dużo lepszy. Ale istnieje – wszędzie tam, gdzie jest gloria i pieniądze, nawet w tak słabo opłacanej dyscyplinie jak lekka atletyka. Trzeba być w „top of the top”, żeby zarabiać takie pieniądze, które pozwolą ci żyć przez jakiś czas po karierze i się móc po jej zakończeniu odnaleźć.kszczot2.jpeg Ok, skoro jesteś takim mądralą dzisiaj, to co powiedziałbyś sobie sprzed lat?

Jestem bardzo krytyczny wobec siebie, swoich działań, dużo od siebie wymagam. Jeszcze więcej od innych i to jest moje krytyczne koło… Ale wiesz, powiedziałbym sobie, więcej luzu stary, wyjmij kij z d… Moja żona wykazała mi kiedyś, że kiedy jesteśmy razem wśród bliskich znajomych, jestem inny. Mniej analityczny, bardziej uczłowieczony. Na jakimś polu mniej bezwzględny. Lepiej funkcjonujący w społeczeństwie.
Z luźniejszym podejściem miałbym też w sporcie o wiele mniej stresu. Mniej bym na siebie nakładał. Biegając można się obarczać bardzo dużym brzemieniem i być bardzo destrukcyjnym. Widzisz te siwe włosy…? Adam Kszczot z 2011 roku robi 1.45.7 i ma ochotę rozerwać kolce, wyrzucić je i spalić, jest zły, rozżalony, łaja się: „Człowieku, co ty robisz w ogóle w sporcie, Adam wstyd!”

Teraz jest lepiej?

Wiadomo, że nadal nakładam na siebie jakiś bagaż i ciężko mi z tym walczyć. Nawet gdy znasz te wszystkie mądrości i techniki psychologiczne, rozwoju osobistego, to zastosowanie tego u siebie wymaga w dwójnasób więcej energii, niż mówienie o tym.
Ale dzisiaj mówię, ok, 1:45.7 to dobry wynik. Akceptuję inwentarz, jaki przynosi czas, staram się oceniać to jako kolejny krok. I zaczynam rozumieć życie, szczególnie gdy patrzę na mojego syna. Dziecko więcej uczy dorosłych niż dorośli dziecko. Najlepsze moje doświadczenie życiowe to tacierzyństwo.

 

Fot. Marta Gorczyńska