Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
Geshe Lobsang zapomniał

Geshe Lobsang zapomniał

W.Wysocki: Geshe Lobsang zapomniał
Wojtek Wysocki
05-03-2007

Rok 1995. Całe Stany szykują się niecierpliwie do goszczenia sportowców z całego świata. W końcu to już za niespełna rok Igrzyska Olimpijskie. A ja znajduję się w samym centrum tego radosnego podniecenia, w mieście wybranym na podjęcie sportowców z całego świata.

Na każdym kroku wyczuwa się atmosferę oczekiwania. Słowo "olimpiada" powoduje skok tętna o kilkanaście uderzeń, wywołuje radosne wizje i nadzieje przeżycia niezapomnianych wrażeń.


Któregoś dnia znalazłem się w bardzo nietypowej scenerii. Woń kadzideł, egzotyczne dekoracje, grupka ludzi siedzących na dywanie, skupione twarze, głowy pochylone w zamyśleniu. Na podwyższeniu buddyjski mnich wygłasza pewne dość enigmatyczne kwestie, każące głęboko zamyślić się wszystkim zebranym.


Jestem na cotygodniowym spotkaniu Instytutu Tybetańskiego w Atlancie. Geshe Lobsang wybrany został przez samego Dalajlamę na krzewiciela kultury i religii tybetańskiej. Jak wielu doskonale wyedukowanych mnichów, rozsianych po całym świecie ma dać świadectwo autonomii kulturowej tego zakątka globu, krwawo zaanektowanego przez Chiny w 1959 roku.


Popadam w głębokie zamyślenie. Nam, Polakom, bardzo bliskie są sprawy niepodległościowe. Jeden z moich przodków zorganizował powstanie przeciwko carskiemu imperium, za co spotkało go wieloletnie zesłanie na Sybir.


Tybetańczycy także walczą. Jest to walka właściwa ich pojęciu sprawiedliwości i nie ma w niej miejsca na jakąkolwiek przemoc. Doskonale rozumiem co czują, a ich bezbronność może jedynie przysporzyć im sprzymierzeńców.


Nagle zaczynam kojarzyć fakty. Przypomina mi się, że czytałem przed laty o tajemniczych posłańcach tybetańskich, przemierzających dystans w niedostępnym terenie z niesamowitą lekkością, zaprzeczając jakby prawu grawitacji. Nie mam pojęcia, czy byłem ofiarą mistyfikacji, ale przekaz ten wywarł na mnie piorunujące wrażenie. Jeśli więc chciałbym zweryfikować prawdziwość tego tekstu, to nie mogło być lepszego czasu jak tu i teraz. I nagle pojawia się cień wątpliwości: co będzie jeśli osłaniając swoje największe tajemnice mnich zaprzeczy wszystkiemu?


Nie ma rady - muszę walić z grubej rury.


Po zakończonym spotkaniu podszedłem do Geshe i przedstawiając się oznajmiłem, że przyszedłem tu z pomysłem dla Dalajlamy. Geshe i otaczający go Amerykanie natychmiast się zaciekawili. Co też ten niespodziewany przybysz z dalekiego kraju miałby do zakomunikowania?


"Moja kwestia jest następująca: zaznajomiłem się z faktem o specjalnych technikach medytacyjnych dla rączych posłańców lung-gom-pa. Za rok, z powodu olimpiady, Atlanta stanie się centrum uwagi całego świata. Czas, aby hasłu Wolność dla Tybetu nadać inny wymiar. Niechże powstanie grupa sportowa pod nazwą Team Tibet. Teoria i metodyka przygotowań będzie miała podstawę w odwiecznych technikach medytacyjnych tybetańskich mnichów. Taki zespół musi zwrócić uwagę całego świata, właśnie podczas igrzysk, choć jest mało prawdopodobne, aby mnisi mogli reprezentować kraj, który formalnie nie istnieje. Dodatkowo, nietypowe podejście do treningu niechybnie wprowadziłoby wiele istotnych elementów do nowoczesnego sportu. Ten plan musi się powieść!"


"Tak, tak!" - wszyscy gorączkowo zaczynają mi potakiwać, widzę rozentuzjazmowane twarze. "Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej?!" - wołają.


Choć cieszy mnie ten entuzjazm, to jednak nie spuszczam wzroku z Geshe, który jakby osłupiał po wypowiedzeniu przeze mnie tybetańskiego określenia lung-gom-pa. Po chwili na jego twarzy pojawił się cień zamyślenia i zapytał: "Czy możesz tu być za 2 miesiące?"


"Oczywiście - odparłem - mieszkam w okolicy."


"Widzisz - powiedział Geshe - wybieram się właśnie do Nepalu i będę się widział osobiście z Dalajlamą, któremu z pewnością spodoba się ten pomysł i być może będziemy mogli pomyśleć co dalej."


"Będę tu za 2 miesiące" - odpowiedziałem.


Po kilku tygodniach wybrałem się znowu na spotkanie. Czekałem cierpliwie, aż Geshe zakończy całą część oficjalną i po skończeniu podszedłem do niego.


Poznał mnie od razu, ale jakoś tak niechętnie na mnie spojrzał. Przypomniałem mu, że prosił mnie, abym się stawił po jego powrocie. Od razu odwrócił wzrok i zaczął się wykręcać, że Tybet nigdy nie miał sportowców, że to się nie uda i tym podobne wykręty. Zastanawiające było to, że o ile przy pierwszym spotkaniu patrzył mi żarliwie w oczy, to teraz jak ognia unikał mojego wzroku, a moja obecność wyraźnie go męczyła. Zrozumiałem nagle, że w natłoku spraw do załatwienia Geshe Lobsang po prostu zapomniał o całej sprawie...