Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

folwark zwierzęcy

folwark zwierzęcy

Całą noc padało. Błogosławiona woda z nieba, tak bardzo potrzebna ludziom i zwierzętom, a której było ostatnio tak mało. Pierwsza zawsze żółknie trawa, ale i pierwsza odpowiada na deszcz natychmiast zieleniejąc z powrotem. Włażę boso w mokrą koniczynę i ciesząc z kontaktu skóry z zielonym brzuchem Mamy Ziemi zanoszę paszę najpierw pociesznym świnkom, a potem kurczakom. W życiu na farmie poranna rutyna ulega przekręceniu: bieganie, joga i pranayama muszą ustąpić pierwszeństwa przyjaciołom na wybiegach. Kury grzebią w swoim piachu zadowolone z nowo przybyłej kałuży, prosiaki, radosne, że nikt nie czyha na ich schaby, mimo kulistego kształtu galopują ku mnie żwawo na widok żółtego wiaderka z resztkami naszej wczorajszej kolacji. Nic się nie marnuje, żaden procent energii.

Nowozelandzka wieś to świat prosty, złożony z jakości, dobrobytu, umiłowania dla dobrej strawy, ciężkiej pracy i odrobiny szaleństwa. Wracam do domu, który przed laty był oborą dla owiec, niosąc kilka świeżych jaj, a chwilę później truchtam już w przypadkowych asics-ach z second handu w górę szutrowej drogi. Kurczę, gdy wczoraj galopowałam tędy konno, droga wydawała się ledwo lekko wznosząca. Teraz dopiero dociera do mnie, że uff, jest pod górkę. Na szczęście nie spieszę się donikąd, nie przygotowuję do żadnego upiornego ultra, więc mogę potraktować sprawę easy. Zza drutu po obu stronach drogi zerkają na mnie bure owce i cielaki, oddycham coraz intensywniej, ciesząc wizją przyjemnego zbiegu w drodze powrotnej. Strome wzgórza kuszą obietnicą spektakularnego widoku, zatem po chwili wahania przemykam przez blaszaną bramę i ku zdumieniu owiec gnam pod górę. Nie wiem, po czyim pastwisku biegnę, żywię nadzieję, że właściciel ma wszystkie zmysły, nienabitą dubeltówkę i mieszka gdzieś daleko. Kamienie, osty i zadyszka, a na samym szczycie spodziewany efekt wow. Widok stąd sięga aż ośnieżonych szczytów Otago, obejmując pełną kolorystykę odcieni zieleni, błękitów i rudości. Znajduję fragment trawy wolny od owczych pamiątek i cisnę kilka dynamicznych powitań słońca, choć słońce już od kilku godzin gdzieś nad chmurami operuje dziwnym, ciepło-mglistym światłem.

Podoba mi się koncept biegania holistycznego, opartego na naturalnym rytmie ciała, połączonego ze skocznością, akrobacją i rozciąganiem, a także nacechowanego spirytualnie (zdaje mi się,  że takie słowo w języku polskim to zakalec – zatem „duchowo”). Nigdy nie umiałam mierzyć się żadnymi narzędziami, wymagać od siebie realizacji planu treningowego, kontrolować parametrów. Jestem beznadziejna we wszelką matematykę i jeszcze gorsza, jeśli chodzi o porządek. Za to znakomicie mi wychodzi brykanie jak źrebakowi i dopisywanie do tego teorii, a także robienie swojego życia z przymrużeniem oka i dziecięcym entuzjazmem. Dość radykalnie jednak odnoszę się do tego, co wkładam do środka swojego organizmu. Efekt, w trzydziestym piątym roku życia, nazwę skromnie satysfakcjonującym.

Nowozelandzka dieta ciągle jeszcze opiera się na jagnięcinie, ale coraz więcej Kiwis wybiera drogę wegańską i organiczną. W końcu wszystko jest pod ręką, wystarczy podjechać w sobotę na rynek lub do sąsiada po kosz jabłek, ogórków lub wielką dynię. Po jeżyny ziemniaki i pomidory wybieram się zaś dwadzieścia metrów od domu. Można? Można, a radość z tego jest ogromna. Ma to być opowieść podróżna, nie światopoglądowa, a jednak nie mogę nie podzielić się z wami poczuciem, że życie bez mięsa jest życiem lepszym, lżejszym od odpowiedzialności za cierpienie i od ryzyka raka jelita, a także życiem w smuklejszym i szybszym ciele. Życiem z kierunkiem. Śmierć nie jest tym, co chcę mieć na talerzu w obliczu całego mojego zachwytu nad światem i odkrywaniem coraz to nowszych pytań i – z wiekiem coraz częściej! - odpowiedzi. Dzisiaj więc drapię prosiaki za uszami, słuchając ich wdzięcznego chrumkania, głaszczę nakrapianą kurę po gładkich skrzydłach i zwyczajnie wiem, w którą stronę.

 

 

_______________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.