Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

amare necesse est

amare necesse est

Nie ma nic zdrożnego w uleganiu tej cząstce ego, która lubi kicz i wszystko co romantyczne, patetyczne, śliczne i metafizyczne. Niegdyś uchodząc za twardą zawodniczkę (w życiu, w sporcie i w miłości) wypierałam takie doznania, żeby się zgadzało; dziś pielęgnuję z biblijną czcią rozkoszne rytuały służące niczemu, bo tyle z nich radości i smaku. Zatem dziś o pięknie, aniołach i słodkiej amore.

Jeśli kochać i biegać, a nadto jeść, to w Rzymie.

Najpierw należy dobrze wybrać czas, czyli wycyrklować w najmniej zatłoczone daty. Dobrze, że nie ma was tam dziś, bo dziś w Rzymie spaceruje, całuje się i oświadcza pewnie pięćset tysięcy par, z czego trzysta przy samej fontannie Di Trevi. Ale już za tydzień będzie rozkosznie. Trzeba też polubić późne wieczory i wczesne poranki, bo w dzień, jak to w dzień, Wieczne Miasto huczy i dudni i miłości nie sprzyja. Biegaczom też nie.

Zacznijcie więc wieczorny trening nie wcześniej niż o dwudziestej. Umówcie się nad Tybrem, na Moście Świętego Anioła, na przykład u stóp tej rzeźby Berniniego, która patrzy na nasączoną octem gąbkę. Zawsze, gdy tu jestem, przypomina mi się rzymski maraton, a także wszystkie maratony świata, gdzie gąbka z wodą w ręku miłej niewiasty z obsługi przynosi taką ulgę. Wolę myśleć o aniele – wolontariuszu, niż o Golgocie. Nie czujcie się, proszę, tym faktem oburzeni. Wszak sztukę można postrzegać wielokontekstowo. A więc anioł, i pochodnie płonące żywym ogniem, i długi, czulszy niż zwykle uścisk na przywitanie, i ruszajcie w Rzym, którego nie znają azjatyckie wycieczki.

Nie bójcie się zgubić w obcym mieście, nie bójcie się skuterów i nierównego bruku, odważcie wplątać pomiędzy eleganckich turystów i rozleniwionych autochtonów. Otworzą się oczy na nowe, choć znajome. Biegnijcie pod kolumnami i łukami, które widziały tyle pokoleń, że nic ich już nie zdziwi. Wokół pomników, fontann, pod arkadami, w ciemne zaułki, pomiędzy kelnerów palących w tylnych uliczkach i sprzedawców ulicznego badziewia. Między stare latarnie, oliwne lampki, między cyprysy i klony. Biegnijcie po wyślizganym przez historię  tysiącletnim bruku, przy szumie wezbranego Tybru lub równie wezbranego ruchu skuterów, pod liśćmi albo gwiazdami lecącymi z nieba i kolumnami migrujących szpaków. Niech to będzie najbardziej świadome, sensoryczne bieganie; dostrzegajcie każdy detal, cieszcie tą drugą obecnością, uśmiechajcie do ludzi.

Koniecznie odnajdźcie Arco degli Acetari, zaułek octowników przy Ulicy Pielgrzymów, najbardziej miłosny zakamarek Rzymu, uroczy tak, że nawet ja zawsze myślę, że to już przesada. Cicho tam i jakże inaczej niż na Campo di Fiori nieopodal. Rude domy zlewają się w jedno z kwiatami i bluszczem, koty mają – jak to rzymskie koty – wszystko w powadze, a czasem można ni stąd ni zowąd natknąć się na otwartą książkę. Może uda wam się nie spotkać żadnego instagramera i posiedzieć w objęciu na kamiennych schodach.

Zapomnijcie na zawsze o garkuchniach i plastikowych talerzykach. Rzym zapewnia takie pasta party, o jakim nie śniło się papieżom. Nie przejmując się niestosownością biegowego anturażu, zasiądźcie do orecchiette z karczochami w tej najmilszej, rodzinnie prowadzonej knajpce przy Via Serpenti, do której wracam zawsze z sentymentem i apetytem na jeszcze. Dodajcie temu wszystkiemu ostatecznego sznytu dekadencji w jednej z gelaterii lodami o smaku czekolady i świeżego tytoniu. Nie popełnijcie jednak naszego błędu i nie przejedzcie się, bo w końcu jutro kolejny, aktywny dzień. Może tym razem ruszycie przebiec się po nastrojowym Zatybrzu, które o świcie dopiero zacznie się rozkręcać  i pięknie będzie być częścią tego spektaklu kotów, mioteł i kawy.

Na sam koniec trzeba jeszcze wdrapać się po schodach na najwyższe piętro kamienicy przy Via Merulana, do małego pokoiku z widokiem na korony potężnych platanów, i nie zapomnieć zamknąć okiennic. Rzymianie są ciekawscy.

 

 

_______________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.