Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

jej wysokość

jej wysokość

Zawijam się szczelniej szalem z wełny jaka i głębiej wciskam w cień pod ścianą klasztoru. Ze ściennych malowideł patrzą na mnie skupieni bodhisattvowie. Mięśnie moich ud pulsują od zmęczenia, ciśnienia powietrza i ekscytacji. Oto siedzę w półlotosie na skraju ziemi i nieba, wcale nie symbolicznie, a bardzo dosłownie. Linia chmur jest pode mną. Zamykam oczy i wsiąkam cała w mantry i gongi, które rozbrzmiewają w całym ciele i rozlewają po krwioobiegu swoją odwieczną wibracją. Ciało i umysł zlewają się w całość.

Dobrze tak trwać i nucić „om” w monastyrze Tyangboche, na drodze do bazy pod Everestem, na niemal 4 tysiącach metrów. Myśli zbierają się do kupy, wszystko powoli układa na swoim miejscu.

Nie ochłonęłam jeszcze po wczorajszej wielogodzinnej wędrówce szlakiem ku Górze Gór. Wczorajszej nocy zobaczyłam jej daleki biały garb w świetle gwiazd i długo nie mogłam jeszcze usnąć z wrażenia. Mam opuchnięte oczy, chyba się odwodniłam, jestem w Himalajach już od dobrych kilku dni. Monsun opóźnił się w tym roku, dzięki czemu cieszę się samotnością (już dawno po sezonie, tłumy turystów odleciały gdzieś za morze) i piękną, wiosenną pogodą. Choroba wysokościowa nie jest mi szczęśliwie znana, właściwie im wyżej włażę, tym lepiej zachowuje się mój organizm. Odkryłam to przed kilkoma laty w Afryce i zamierzam wykorzystać tu, wśród tych obłędnych szczytów, które obraziłabym słowem „majestatyczne”. Te góry są czymś, czego nie znałam wcześniej. To ogrom, którego nie ogarnia zwykły europejski łeb. W mnie budzą grozę, dla Szerpów są znanym, przyjaznym domem, gdzie czują się wolni. Nikt tak jak oni nie potrafi znosić wysokości, obciążenia i niedoboru tlenu. Ludzie – skały, o pogodnych twarzach i takich usposobieniach, konkretni i małomówni. Obok nich jaki, równie niezłomne i odporne na cokolwiek. Pięknie na nich patrzeć z perspektywy biegacza, tak jak pięknie było obserwować Raramuri i Kogi. Zdumiewająca, ponadludzka siła organizmu, wpisana w ich geny, geografię i historię. Pod koniec maja wielu z nich ruszy do wyścigu w jednym z najtrudniejszych technicznie maratonów świata i zbiegnie z Base Campu do Namche Bazaar. Któregoś dnia pobiegnę wraz z nimi.

Lubię przyglądać się diecie tytanów. Tu, w regionie lodowca Khumbu, w czasie całej mojej wyprawy prym wiedzie tsampa. Jest właściwie dość paskudna z urody, lecz ciekawa w smaku; oto prażone dla wzmożenia energii potencjalnej ziarna jęczmienia mieli się w ręcznych żarnach, a potem gotuje jak owsiankę, z tym że z dodatkiem herbaty, soli i jaczego masła. Bura masa jest przebogatym źródłem białka i błonnika, a przy tym daje węglowodanowego kopa. Niekiedy nazywana pokarmem bogów (mniemam więc, że bogowie tu, w tych wysokich górach, za nic mają urodę swojego pożywienia, bo jakież ona ma znaczenie w obliczu tak spektakularnego, czystego piękna ich krainy), faktycznie pozwala na długi marsz z dużym obciążeniem. Szerpowie formują z tsampy kulki, po które sięgają po drodze do miejsc, gdzie nigdy nie wyląduje ani nie dojedzie żaden pojazd. Tak, tu też są osady ludzkie, domy, klasztory. Zdane na barki ludzi i jaków. Piękne, surowe, przemawiające do zachodniego ego.

Bieganie na wysokości 4 tysięcy metrów nie należy do łatwych nawet, gdy lubi się duże wysokości. Zadyszka przychodzi szybciej, trzeba bardzo ostrożnie dobierać tempo, przechodzić w marsz, kontrolować oddech. Za to zbieganie z powrotem ku przytulnemu schronisku to już sama przyjemność. Mogę skakać po kamieniach, gadać z jakami i czuć się straszliwie żywa, autentycznie naładowana czymś prosto z nieba. Potem jeszcze wieczorna porcja tsampy, herbata z miodem, imbirem i cytryną (to nic, że z proszku) przy blaszanym piecyku, mały szerpański chłopiec, kot i koc. A nocą znowu gwiazdy jak nigdy, jak nigdzie.

 

 

_______________________________
Krysia Roszak. Profesjonalna powsinoga. Jeśli gdzieś jej jeszcze nie było, to niedługo będzie. W chwili, w której czytasz te słowa, zapewne zbiera lecznicze zioła na stokach wulkanu, lepi japońskie pierożki, gania owce na końskim grzbiecie, stoi na głowie lub gapi na zachód słońca. Gdzie tylko może, tam biegnie, bo szkoda jej czasu na zwykłą wędrówkę. Tym sposobem przebiegła już pół świata, łącznie z piekłem Miedzianego Kanionu, w co do dziś sama nie wierzy. Gardzi wszelkimi butami, nigdy nie założy garsonki, mieszka na jachcie. Bardzo chce jej się żyć.