Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

nerwy

nerwy

Od kilku dni zjadają mnie nerwy. Myślę o zbliżającym się wyzwaniu i zwyczajnie nie wiem, czy mu podołam. W kalendarzu na ścianie, przy kluczowej dacie postawiłem wiele tygodni temu kropkę i codziennie starannie przekreślam kwadracik danego dnia, zbliżając się do kropki. W telefonie ustawiłem szereg alarmów dla przypomnienia, choć prędzej zapomniałbym o urodzinach żony niż o nadchodzącym wyścigu.

Będzie inaczej niż zwykle. To nie jest ultra, gdzie można zacząć spokojnie i przepuścić przodem stado gepardów, zajęcy, antylop i innego chybkiego zwierza. Tu liczy się refleks, reakcja na strzał startera, stalowe nerwy i konsekwencja w działaniu. W końcu tu czas liczy się w minutach, a prawdopodobnie decydować będą sekundy…

Dlatego od dawna mam obmyślony plan, scenariusz rozpisany co do sekundy. Przećwiczyłem go w myślach setki razy, a kilka razy przetestowałem „w warunkach zbliżonych do zawodów”, jak radzą trenerzy z mądrych książek. Nigdy nie byłem bardziej gotowy niż teraz.

Wreszcie nadchodzi wyczekany dzień. Od rana specjalna dieta, muszę przecież być w pełni władz fizycznych i umysłowych. Z godziny na godzinę krew w moich żyłach transmutuje w czystą adrenalinę, prascy alchemicy kiwaliby głową, mówiąc „respekt, respekt”. W mózgu aktywują się wszystkie synapsy, których nie zabił jeszcze kryzys wieku średniego.

Jakże łatwe się teraz wydaje ultra! Zaczynasz i czekasz na kryzys. Kiedy przyjdzie, starasz się nim zarządzać na tyle skutecznie, żeby nie wyłączył cię z rywalizacji. A tutaj? Nie miejsca ani czasu na najmniejszy błąd.

Kiedy wybija „godzina zero”, zaczynam działać jak w transie. Mam wrażenie, że do gry włącza się „szósty zmysł”, dodatkowy układ nerwowy albo nieużywany zwykle organ lub fragment mózgu. Nie istnieje fizyczna możliwość, bym okazał się tak szybki! Rozwijam prędkość, przy której całe moje ciało zaczyna trzeszczeć, jakby zaraz miały puścić szwy mięśni i ścięgien (znacie ten stary dowcip: „Ruski chyba będzie wyprzedzał, bo zmienia geometrię skrzydeł…?” – jeśli nie, to wygooglujcie sobie). Czuję się jak James Bond w symulatorze przeciążenia z filmu Moonraker.

Nie poddaję się jednak, jestem jak Paavo Nurmi, 9-krotny mistrz olimpijski w bieganiu, który swego czasu stwierdził: „umysł jest wszystkim; mięśnie – tylko kawałkami gumy.” W tej chwili płuca płoną mi żywym ogniem, więc zaciskam za całej siły usta – choć w uszach dźwięczy dziwne słowo „dracarys” – bo jeśli je otworzę, płomienie spopielą świat. Pot zalewa oczy, barwy stają się jaskrawsze, święty Piotr potrząsa pękiem kluczy w rytm piosenki Boba Dylana.

Po chwili jest po wszystkim. Choć trudno w to uwierzyć, to gdyby ktoś odwrócił na chwilę głowę w niewłaściwą stronę, mógłby odnieść wrażenie, że nic się nie wydarzyło. Ja jednak wiem, że właśnie stało się coś bardzo ważnego. Nie znam rezultatu swoich starań, bo wszystko działo się zbyt szybko, a w mym zapamiętaniu świat skurczył się na chwilę do niewielkiej bańki. Na szczęście w dobie nowoczesnych technologii pomiaru i szerokopasmowego internetu wyniki są dostępne natychmiast. Z drżeniem serca sprawdzam listę… Jest! Udało się! Zdążyłem się zapisać na bieg przed zamknięciem listy startowej! Zajęło mi to niespełna pół minuty, a kilkanaście sekund później miejsca wyczerpały się i serwery przestały przyjmować zgłoszenia.

To mój największy sukces w biegowej karierze.

 

 

____________________________________

Kuba Krause – nie ma talentu i nie lubi trenować, a więc zajmuje się wszystkim, co jest związane z bieganiem, a nie jest bieganiem. Bezwzględny moderator forum bieganie.pl, który nie zawaha się zbanować każdego, kto zbliży się do niego w liczbie postów. Tester sprzętu biegowego i słodyczy. Od kiedy przeszedł UTMB w limicie wciąż szuka nowego ultra-wyzwania, ale póki co nie znalazł i ma nadzieję, że jeszcze długo nie znajdzie. Od 5 lat łamie trójkę w maratonie, choć przeszkadza mu w tym fakt, że na żaden się jeszcze nie zapisał. Lubi dobre piwo, a piwo lubi jego.

Fot. Krzysztof Karpiński