Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

dwa tygodnie

dwa tygodnie

Przebiegłam maraton.

Rzecz jasna nie, że teraz, bo gdzie niby? Szczególnie, gdy nie wiadomo, czy lepiej biegać w lesie, czy w ogóle nie biegać, czy biegać tylko z psem pod pachą albo z zapasem papieru w plecaku, żeby w razie czego powiedzieć, że się kroczy świat ratować. Na balkonie? Nie, nie... nie na balkonie. Mój to chyba nawet jest trochę za mały do takich wyczynów. I też nie, nie że na wypożyczonej bieżni mechanicznej z siłowni obok warzywniaka, bo to przecież już w całym województwie wieje pustkami. Pustkami w asortymencie sprzętu na siłowniach, nie w warzywniakach. Chociaż jakby spojrzeć na cenę pomidora…. Taką bieżnię, to gdzie ja bym niby miała znaleźć, kiedy już nawet zawodowi biegacze piszą posty z prośbą, żeby im na dwa tygodnie sprzętu w zastaw za złote runo wypożyczyć…

Maraton przebiegłam tydzień przed maturą. W Krakowie. Niecały rok temu. Jak trenowałam, pytali. Ile kilometrów tygodniowo robiłam, pytali. Siłownia, tempo, dwa treningi dziennie? Tak, dwa, ale tygodnie - tyle się przygotowywałam. Przez wcześniejsze trzy miesiące jedyne moje bieganie obejmowało trasę w tę i z powrotem do obecnego pustkowia. W sensie, warzywniaka. Chciałabym rzec, ale to naprawdę bym chciała, że taki maratoński wyczyn zrealizowałam ze względu na szczególny rodzaj włókien mięśniowych, przystosowanie do życia w biegu, olimpijski talent i bycie nadzieją na rekord Polski.

Niestety, była to raczej decyzja motywowana chęcią przywiezienia pamiątkowej figurki smoka spod Wawelu, medalu i koszulki z wielkim nadrukiem „42,195m”, dzięki której zyskałabym miano Królowej Ciechanowskich Tras Biegowych. Ściślej rzecz biorąc, najczystszą w świecie głupotą. Możecie się domyślać, jak wyglądałam na trzydziestym piątym kilometrze, ale w ramach ostrzeżenia, wspomnę tylko o oczach kreta, garbie wielbłąda, tempie żółwia i odgłosie przypominającym mix śmiechu hieny z wyciem foki. Równie nieszczególnie wyglądałam schodząc następnego dnia po schodach.

W mojej niezwykle rozbudowanej, jak pewien budynek przy Mysłowickiej w Warszawie, karierze sportowca, zdarzyły się jeszcze dwa podobne wybryki. Jako 15-latka przebiegłam półmaraton w Katowicach, a dwa lata później, po dwóch miesiącach wakacyjnego leżenia i jedzenia gofrów na śniadania, obiady i kolacje, wystartowałam na Mistrzostwach Polski U20 w chodzie sportowym na 20 km, gdzie, uwaga, zdobyłam brązowy medal. Gwoli wyjaśnienia, moja przygoda z lekkoatletyką zaczęła się od chodu. Gwoli ponownego wyjaśnienia, zdobyłam ten medal tylko dlatego, że na starcie były nas tylko trzy i żaden z sędziów mnie nie zdyskwalifikował. Koniec końców medal, to medal.

Wszystkie te starty łączyło poprzedzające je dwutygodniowe przygotowanie. Opierało się ono na truchtaniu i piciu soku z buraków w desperackiej nadziei, że jeszcze mnie to jakoś uchroni przed legendarną „ścianą”. Do startu w chodzie biegałam, a do startu w maratonie chodziłam. Tak o, coby nudno nie było.

A wystarczyłoby przecież wtedy chwilę wcześniej się zatrzymać. Rozejrzeć i pomyśleć, że może trzeba postąpić inaczej. Kto wie, jaki wtedy padłby wynik na mecie, jakim medalem zaowocowałyby wszystkie zmagania.

Ale nikt z nas nie chce się zatrzymywać. Do tej pory każdy biegł, ile sił w nogach, zapatrzony przed siebie, w swoim szkiełku kalejdoskopu, w wagoniku rollercoastera. I tak, zatrzymaliśmy wszystko.

Może to jakiś znak, byśmy zdali sobie sprawę, że – tak jak w moim przypadku było to ukończenie maratonu czy brązowy medal na mecie - niektóre rzeczy, tylko wydają nam się gwarantowane.

 

 

_____________________________

Marta Gorczyńska – trochę fotografka, trochę dziennikarka, sportowa. Próbuje robić wszystko naraz, w związku z czym często nic jej nie wychodzi. Dla rozwijania pasji zbankrutuje, poleci na koniec świata i przez następne miesiące będzie głodować, bo jest typową studentką. Twierdzi, że dopóki nie zdobędzie Grand Press Photo, to nie ma się co bardziej przedstawiać. Swoje dotychczas udane fotografie prezentuje, z regularnością mniejszą lub większą, na Fanpage'u MG Photography