Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

wymagania

wymagania

Ostatnio zapytałam swoich obserwatorów, głównie lekkoatletów, o to, jaka jest ich największa, codzienna trudność. Nieumiejętność organizacji, bycie niepewnym siebie, brak motywacji, brak sił na ciągłe uśmiechanie się, problem ze skupieniem, stres. Takie były odpowiedzi młodych, ambitnych ludzi. Młodych, których problemy są bagatelizowane i  zamiatane pod dywan przez starsze osoby niezwykle motywującymi hasłami: „Ale co ty właściwie wiesz o życiu”, czy już sztampowe „Inni mają gorzej”.  Jednak odpowiedzią, która pojawiała się najczęściej było po prostu „Wstanie z łóżka”.

Te małe trudności mogą mieć swoje indywidualne podłoża i nie sposób mi tego oceniać, jako, że psychologiem nie jestem. Mogłabym też mówić o różnicach spojrzeń tych młodszych i starszych, wynikających z różnych doświadczeń. To, co jednak nasuwa mi się na myśl, jako źródło wielu wewnętrznych wojen to… zbyt duże oczekiwania. Oczekiwania innych wobec nas i nasze oczekiwania wobec siebie.

Okazujemy się nieidealni, z nierównym uśmiechem, z nie do końca płaskim brzuchem. Za mało zmotywowani, za mało pracujący, za mało biegający, zbyt słabo trzymający dietę, zbyt słabo regenerujący się, marnotrawiący czas, leniwi. Jak przy poczuciu ciągłej niedoskonałości albo poczuciu, że każdego dnia robimy i tak zbyt mało, mogłoby nam się chcieć wstawać z zapasem energii na cały dzień?

Młodzi są obarczani wymaganiami bycia nieskazitelnymi. Ze względu na błędy poprzedników? A może ze względu na to, że tak zawsze było i będzie? Że niby to kolejne pokolenie zawsze jest szansą na stworzenie ideałów, lepszych wersji? W tym poprzednim, kiedy ktoś wyszedłby na ulicę w leginsach i zacząłby wylewać z siebie siódme poty, zrównując się przy treningach szybkości z Fiatem 126p, to ludzie by pomyśleli, że wariat. Dziś już na tych nienarodzonych czekają pierwsze buty biegowe, a w wieku dwóch lat kończą w wózku swój pierwszy półmaraton. Oswajają się z zapachem bengaja, a pierwsze, co jedzą po odstawieniu mleka, to banany i makaron. W przedszkolu zaczynają zbierać kolekcję – już nie pokeballi - a medali, pucharów i numerków startowych. Rozwijają swoje zdolności szybkościowe i wytrzymałościowe, bo rodzice, natchnieni biografiami Bolta i Mo Faraha, twierdzą, że na to mają czas tylko do podstawówki. Startują w szkolnych zawodach nieustannie pod wzniosłym hasłem wuefistów: „Jak przekroczysz metę, to zawsze da to nam punkty”. 

I ja nie twierdzę, że ten kult biegania rozpowszechniany wśród dzieci jest zły - absolutnie! Zaczynają one jednak marzyć o zostaniu kolejnym mistrzem olimpijskim i z takim marzeniem zaczynają przygodę z trenowaniem. I to też nie jest złe, do momentu, kiedy ta wizja motywuje i uskrzydla. Ale może zacząć dołować. Przytłaczać. Sama niemal widzę te myśli młodych zawodników, które wypływają wraz z ich łzami po startach. Kolejny raz nie wychodzi, kolejny raz życiówka nie jest pobita, kolejny raz można było coś zrobić lepiej. Patrzą na rywali i nie mogą uwierzyć, kto ich pokonał – ten, który zajadał pizzę przed startem, podczas gdy oni przez pół roku wcinali sałatę z marchewką?! Choć za każdym razem w głowie po takim starcie pojawia się myśl: „Nigdy więcej”, to i tak są gotowi umierać i zostawiać serce na bieżni, dla tych kilku setnych sekundy.

I gdy już do roku olimpijskiego dotrwają, stawiają sobie jeszcze wyższe wymagania. Tak jak teraz, gdy zaczęliśmy odliczać do Tokio - plany sportowców są ogromne. Ba, nawet nie zawodowców, a może nawet nie sportowców, bo na każdego, kto choć trochę ze sportem jest związany, wpływa ta aura i wzniosłość olimpijska. Młodsi i starsi snują wizje – że w tym roku to już wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Że zadbają o każdy aspekt. Wyposażają się w trzy planery i kalendarz, by wszystko dobrze zaplanować. Wzniosą się na wyżyny swoich możliwości.

Tymczasem, sukces osiąga się sumą małych codziennych wymagań, a nie tych wielkich mistrzowskich. Więc może zamiast koncentrować się wokół wszystkiego, co mamy do zrobienia i w czym jeszcze moglibyśmy się poprawić, należałoby skupić się na tym, żeby po prostu wstać z łóżka.

 

 

_____________________________

Marta Gorczyńska – trochę fotografka, trochę dziennikarka, sportowa. Próbuje robić wszystko naraz, w związku z czym często nic jej nie wychodzi. Dla rozwijania pasji zbankrutuje, poleci na koniec świata i przez następne miesiące będzie głodować, bo jest typową studentką. Twierdzi, że dopóki nie zdobędzie Grand Press Photo, to nie ma się co bardziej przedstawiać. Swoje dotychczas udane fotografie prezentuje, z regularnością mniejszą lub większą, na Fanpage'u MG Photography.