Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij
urodzeni optymiści

urodzeni optymiści

Felieton Jakuba Jelonka nr 5
Jakub Jelonek
13-12-2019
Dla jednego szklanka jest zawsze do połowy pełna, a dla drugiego znowu w połowie pusta. Nieważne nawet, co znajduje się w środku. Na pewno znacie przykłady zarówno z jednej, jak i drugiej grupy. I pewnie sami siebie określacie bardziej jako „życiowych szczęściarzy” albo tych, którzy doszli do wszystkiego ciężką pracą. Możemy się też zastanowić, kiedy urodzeni optymiści mają lepiej, a kiedy gorzej. Bo szczęściarz też może mieć kiedyś pecha.

Fortuna kołem się toczy, powiada staropolskie przysłowie. Inne mówi: gdy szczęścia nie masz, kunszt nie pomoże. Bardzo trafnie odnosi się to do sportowców, bo nie ma chyba kogoś, komu nie przytrafiłby się zwykły pech, który zaprzepaścił mu długie przygotowania. Zresztą Fortuna była w mitologii rzymskiej boginią kierującą ludzkimi losami, bóstwem zarazem szczęścia i nieszczęścia. Według wierzeń, zależnie od jej kaprysu (albo ilości ofiar czy modlitw) obdarzała ludzi swoimi darami. I za nic miała np. miesiące przygotowań do ważnego biegu…

Zacząłem od optymizmu i pesymizmu, bo to właśnie nasze podejście do losu świadczy o tym, jakim typem człowieka jesteśmy. Znam wiele osób wyznających metodę: „koko jumbo i do przodu”. Choćby świat im się walił, oni zawsze dostrzegą światełko w tunelu, ostatnią szansę, dogonią ten pociąg i będą dalej walczyli na wynik. A jeśli tym razem się nie udało, to niedługo się odkują, bo to tylko wypadek przy pracy. Inni, w przypadku już drobnych perturbacji będą myśleli o zejściu z trasy, a nawet czasem nie wystartują, jeśli coś po drodze nie ułożyło się po ich myśli. Później zaś będą godzinami rozważali, dlaczego im się nie udało, analizując każdy moment z przeszłości.

Pisząc biografię Henryka Szosta zacząłem się zastanawiać, co zadecydowało o rekordach i medalach wielu naszych najlepszych biegaczy. Kiedy tak się temu przyjrzeć, to znajdzie się naprawdę sporo osób, z których treningu wcale nie wynikało, że są np. na rekord albo medal ważnej imprezy. Ale stawali na starcie i cechował ich życiowy optymizm. Smutni chłopcy przegrywali. Z pewnością bezpieczniejsze jest stonowane asekuranctwo, ruszenie z zapasem i zostawienie sobie sił na końcówkę, ale analizując kilka przykładów wynika z nich jasno, że czasem ryzyko popłaca i bez niego wielu z nich by się nie udało.

Jest jeszcze jedno staropolskie przysłowie, które doskonale określa opisywane przeze mnie pojęcie: śmiałym szczęście sprzyja. Znam też jego młodzieżową wersję, choć nie jestem pewny, czy znaczą to samo: na przypale albo wcale. Do przysłów zresztą jeszcze wrócę.

Z wiarą w szczęście mimowolnie kojarzy mi się podejście do taktyki biegu. Ci pozytywnie nastawieni bardzo często wierzą, że to właśnie dziś będzie ich „dzień konia”. Nawet jeśli nie są jakoś dobrze przygotowani, oni dalej marzą o kolejnej życiówce albo wysokim miejscu. Działa to szczególnie mocno wtedy, kiedy raz udało się im przekroczyć w ten sposób własne granice. Bardzo często, kiedy pytam się, jak tego dokonali mówią, że po prostu zaczęli za szybko i jakoś to wytrzymali! Sam też miałem taki przykład. Ruszałem za szybko połówkę dystansu, później pojawiał się lekki kryzys i zwolnienie, ale nieznaczne. Na koniec była jeszcze siła, żeby się trochę zebrać i wynik był satysfakcjonujący. Z kolei kiedy zaczynałem połowę równo lub wolniej od wyniku, który mnie interesował, to i tak w drugiej części miałem lekki kryzys, przez co trochę zwalniałem, a końcowy wynik był niesatysfakcjonujący. Później więc próbowałem wypracować przewagę, żeby przy ewentualnych problemach skorzystać z bonusowych sekund i dowieźć dobry wynik do mety. Czasem się udawało, a czasem kończyłem kiepsko. Co ciekawe, w wyczynowym sporcie podobnych przykładów jest więcej, więc niekiedy to działa. Ale czy jest to dobra metoda? Nie zawsze i nie dla każdego. Z pewnością wymaga jednego: dobrego przygotowania i uwierzenia w siebie. Są ludzie, którzy bili rekordy tylko dlatego, że w pewnym momencie zaryzykowali, bo zdarzył się „ten” dzień.

Na koniec ostatnie przysłowie: gdy szczęście wieje, serce się śmieje. Więc oby tylko szczęściem wam wiało, nawet w twarz!


_____________________
Jakub Jelonek – absolwent AWF w Krakowie i doktorant tej uczelni. Pracownik Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego w Częstochowie. Współautor książki „Trening mistrzów” oraz biografii najlepszych polskich biegaczy. Ciągle aktywny chodziarz (mistrz Polski 2018 na 50 km), który nieustannie dokądś zmierza. Dwukrotny olimpijczyk na 20 km (z Pekinu i Rio) z ambicjami na Tokio. Trener i sędzia lekkoatletyczny, organizator imprez, nie tylko sportowych. Uwielbia czytać, ale i pisać – nie tylko o sporcie. Autor bloga www.jelon.blog

Jakub Jelonek
Jakub Jelonek
ciągle aktywny chodziarz, który nieustannie dokądś zmierza (wielokrotny reprezentant Polski i dwukrotny olimpijczyk – z Pekinu i Rio, z nadziejami na Tokio). Współautor książek „Trening Mistrzów” (2018), „Henryk Szost – Rekordzista” (2019), „Marcin Lewandowski – Mój Bieg” (2020). Pracownik Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego w Częstochowie, a także trener lekkoatletycznych klas sportowych w IV liceum w Częstochowie. Działa też jako sędzia i organizator imprez, nie tylko sportowych.
Dyskusja

Forum bieganie.pl - największe biegowe forum