Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

diagnozy antybiegowe

diagnozy antybiegowe

Kontuzje zdarzają się każdemu. Dopóki nie jesteśmy sportowcami grupy zawodowej, objętymi kompleksową opieką medyczno-fizjoterapeutyczną, nikomu nie zależy na naszym powrocie do zdrowia tak bardzo, jak nam samym. Większość specjalistów zaproponuje nam opcje jak najbezpieczniejsze, czyli najbardziej upierdliwe, a do tego nie zawsze trafione.

Kilka lat temu dość nieszczęśliwie skręciłam sobie kostkę. Bardzo nie chciałam przerywać dobrej passy treningowej, ale diagnozy nie wróżyły nic dobrego. Trzech lekarzy ortopedów, fizjoterapeuta i technik rtg stwierdzili zgodnie awulsyjne oderwanie kości i skręcenie stawu skokowego drugiego stopnia. Zalecenia obejmowały przede wszystkim wysiedzenie sześciu tygodni w sztywnym stabilizatorze typu Walker. No po moim trupie. Rzutem na taśmę udało mi się zarejestrować na za dwa dni do lekarza reprezentacji Polski w piłce nożnej, doktora Jaroszewskiego. Doktor obejrzał zdjęcie, pomachał mi stopą w lewo i prawo i rzekł: „Niech pani zdejmie ten stabilizator i wraca do treningów.” Pięć do jednego, czy to w ogóle prawdopodobne? Gdybym zaufała pierwszemu specjaliście, ba - gdybym zaufała PIĘCIU PIERWSZYM, kolejne dwa miesiące miałabym wyjęte z treningu. Zaufałam temu ostatniemu i już kolejnego dnia biegałam i pływałam. Podjęłam to ryzyko, bo Jaroszewski zdawał się nie mieć absolutnie żadnych wątpliwości co do swojego zalecenia. I co? Minęły ponad trzy lata, a moja kostka ma się świetnie.

Przez kilka lat miałam ogromny problem z kolkami podczas biegu. Mocne treningi i niemal każde zawody triathlonowe kończyły się potwornym kłuciem w okolicach brzucha - wręcz się dusiłam. Próbowałam wielu sposobów na to, żeby zdiagnozować problem. Zrobiłam badania na nietolerancje pokarmowe za prawie dwa tysiące złotych. Dwa razy poddawano mnie gastroskopii, robiłam oddechowe testy wodorowe, badanie w kierunku celiakii i Helicobacter pylori. Wykluczałam gluten, nabiał, pieczywo i sto innych rzeczy w różnych konfiguracjach. Ktoś tam mi sugerował, że za mocno jeżdżę na rowerze i nie starcza mi sił na bieg, stąd problem. Ktoś inny wysyłał mnie do psychiatry, bo może to z nerwów.

Więc gdy trafiłam do fizjoterapeuty z problemem z kolanem - o którym zaraz też opowiem, bo to też dobra historia - i zapytał mnie, czy nie miewam kolek, odpowiedziałam zdawkowo, że no owszem, mam, ale najwyraźniej muszę z tym żyć. Fizjoterapeuta stwierdził, że na kolejnej wizycie nad tym popracuje i problem będzie rozwiązany. Uśmiechnęłam się serdecznie, myśląc sobie, że fajnie, miły z niego człowiek, ale porywa się z motyką na słońce. Po czym w ciągu dwóch wizyt rozpracował mi te kolki na zawsze. Problem leżał w posklejanych powięziach, które blokowały mi przeponę. Bang.

No i to kolano. Do wspomnianego wyżej cudotwórcy trafiłam dlatego, że od trzech tygodni bolało mnie kolano. Ledwo przechodziłam z miejsca na miejsce, odbijanie się od ścian w basenie stało się koszmarem, a o bieganiu nie było mowy. Ortopeda stwierdził, że „na szczęście łąkotka nie jest uszkodzona”, więc „w końcu przejdzie”. Po tygodniu - bo nie przeszło - odwiedziłam kolejnego lekarza. Wyszłam... z kartką z nazwiskiem i numerem telefonu do pani, od której mam kupić homeopatyczny krem ze ślimaka. Szok i niedowierzanie. W końcu trafiłam do fizjoterapeuty i trzytygodniowy, narastający problem został rozwiązany w dziesięć minut.

Biegaczu, lecz się sam? Do tego nie zachęcam. Ale sugeruję, że nie warto się poddawać, bo drążenie przynosi czasem ciekawe rezultaty.

 

 

_______________________

Joanna Skutkiewicz - z wykształcenia filolog polski po specjalizacji medialnej (a już po studiach licencjackich jako „krytyk przekazów medialnych" może hejtować na legalu), z wyboru triathlonistka. Pływać czym innym niż potworem z Loch Ness nauczyła się dopiero w 2013 roku, ale od sezonu 2015 ściga się w kategorii PRO. Pisze swój Blog, prowadzi profil na Instagramie, a InstaStory to zdecydowanie jej ulubiony format. Na co dzień dziennikarka portalu Trojmiasto.pl, bawi się w marketingi w agencji LONG GAME i robi fajne rzeczy jako copywriter-freelancer. Ma dwa urocze border collie, z którymi przez wiele lat trenowała agility i frisbee.