Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

instabieganie

instabieganie

Biegacze dzielą się na dwa obozy: tych, którzy dokumentują każde wyjście na trening zdjęciem wrzuconym na fejsa i tych, którzy publikują wpisy o tym, jak bardzo bez sensu i narcystyczne jest publikowanie swoich wpisów z treningów. Czy trening nie oceniony publicznie może być w ogóle uznany za odbyty?

U wielu z nas to już nawyk. Pomiędzy wiązaniem lewej i prawej sznurówki odpalamy telefon, robimy zdjęcie i wrzucamy je na portale społecznościowe. Po powrocie przywitanie się z domownikami, uzupełnienie płynów czy rozciąganie mogą poczekać - musimy jak najszybciej opublikować sprawozdanie ze swojego treningu. Każda minuta opóźnienia to parę potencjalnych lajków mniej.

Po drugiej stronie ekranów siedzi towarzystwo wzajemnej adoracji, reagujące automatycznie łapką w górę na widok butów do biegania i opisem zadania (zwłaszcza jeśli delikwent pobiegł wolniej niż oni). Ale nie tylko. Pośród nich są też tacy, którzy przewijają tablicę tylko po to, żeby głośno utyskiwać nad pogłębiającą się potrzebą atencji i ginącym duchem sportu w społeczności biegowej.

Rzeczywiście, kiedyś to było inaczej. Kiedyś biegało się dla samodoskonalenia, a nie dla poklasku. Poziom sportowy był stosunkowo wysoki, mimo że zawodnicy wysokiej klasy biegali w zwykłych trampkach i bez zaawansowanych komputerów na nadgarstkach. Zupełnie co innego niż ta dzisiejsza młodzież, która opisuje złamanie godziny na 10 kilometrów, jak gdyby zdobyła Mount Everest. Zimą, tyłem i na czworaka. Nie ma w nich wstydu ani skromności!

Cóż, sport powszechnieje. Amatorzy biegają coraz szybciej - wystarczy spojrzeć choćby na liczbę osób, które łamią granicę 2 godzin i 30 minut w polskich maratonach i porównać ją do tabeli sprzed dziesięciu lat. Biega ich jednak coraz więcej i więcej, więc siłą rzeczy jest między nami więcej takich, którzy już samo pokonanie dystansu półmaratonu czy maratonu - ba, regularne wychodzenie na treningi! - uznają niemal za rekord świata. Swojego świata.

Czy ciesząc się z tego publicznie robią komukolwiek krzywdę? Czy bieg opisany w social mediach traci wartość jako bodziec treningowy? Czy cieszenie się z wyniku, który obiektywnie jest przeciętny albo nawet słaby, to wyraz braku pokory, zasługujący na potępienie? Ocena czyjejś moralności sama w sobie jest nieco niemoralna. Dlaczego czujemy się upoważnieni, żeby osądzać, co jest, a co powinno być wartością?

Jedno z popularnych - i durnych - powiedzonek krążących po internecie mówi, żeby nigdy nie przestawać się uśmiechać, bo “nie wiadomo, kto zakocha się w naszym uśmiechu”. Gdy już z powrotem oprzemy o klawiaturę dłoń, która przed chwilą plasnęła o twarz, zobaczymy analogię do świata social mediów. Nigdy nie wiemy, kto nas obserwuje i dla kogo jesteśmy cichą motywacją. Być może te nasze regularnie wrzucane filmiki biegnących nóg staną się dla kogoś przyczynkiem do tego, żeby rozpocząć swoją przygodę z bieganiem? Uwierzcie mi - nie ma nic fajniejszego, niż usłyszeć, że dzięki tobie ktoś zobaczył w sporcie nowy wymiar. Fajnie jest stać się na chwilę ambasadorem tej całej zabawy.

 

_______________________

Joanna Skutkiewicz - z wykształcenia filolog polski po specjalizacji medialnej (a już po studiach licencjackich jako „krytyk przekazów medialnych" może hejtować na legalu), z wyboru triathlonistka. Pływać czym innym niż potworem z Loch Ness nauczyła się dopiero w 2013 roku, ale od sezonu 2015 ściga się w kategorii PRO. Pisze swój Blog, prowadzi profil na Instagramie, a InstaStory to zdecydowanie jej ulubiony format. Na co dzień dziennikarka portalu Trojmiasto.pl, bawi się w marketingi w agencji LONG GAME i robi fajne rzeczy jako copywriter-freelancer. Ma dwa urocze border collie, z którymi przez wiele lat trenowała agility i frisbee.