Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

przerwa na reklamę

przerwa na reklamę

Zawodowo interesuję się komunikacją, marketingiem i reklamą - w dowolnej kolejności i konfiguracji. Dożyliśmy czasów, gdy przekazy o charakterze reklamowym stały się sztuką samą w sobie. Wymyślne socjotechniki, piękne kreacje, innowacyjne formy i niesztampowe rozwiązania tak cudownie sprzedają emocje, że aż miło popatrzeć. W mojej najbliższej rodzinie są dwie osoby, które rozpłakały się na reklamie szwedzkiego sklepu meblowego… serio.

W reklamie jak w życiu: za każdą dobrą sztuką stoi artysta, a za każdym dobrym artystą mecenas. Wniosek jest taki, że im zamożniejsza branża, tym rywalizacja w obrębie promocji wchodzi na wyższy poziom.

Weźmy pierwszą z brzegu branżę, która zawsze będzie „na wierzchu” czyli produkty dziecięce. No na kim jak na kim, ale na własnym dziecku nikt oszczędzać nigdy nie będzie. Producenci to wiedzą. Efekt?... Poznał go każdy, kto mierzył się z wyzwaniem, jakim stał się zakup dziecięcego wózka. Mnogość funkcji, bajerów i udogodnień, dzięki którym dziecko będzie miało komfort, a w przyszłości proste plecki sprawia, że łatwiejszą decyzją jest obecnie zakup samochodu. Rodzice z wypiekami na twarzy analizując opatentowane przez amerykańskich naukowców technologie oparcia, zdają się nie pamiętać, że gdy sami byli dziećmi, mamy wyścielały im zrobiony ze sklejki spód wózka kocykiem lub kołderką, co nie naraziło ich na żadne wady postawy w dorosłym życiu.

Branża produktów biegowych również radzi sobie w tej materii bardzo dobrze. Wiele reklam sprawia, że gotowi jesteśmy uwierzyć, iż zapisując się na katorżniczy górski ultramaraton, kupujemy bilet do krainy szczęśliwości pozwalającej na osiągniecie duchowej nirwany w pięknych okolicznościach przyrody.

Kupiwszy jedną z tych opowieści miałem przyjemność odwiedzić ostatnio strefę expo dużego biegowego festiwalu. Pośród wielu mniej lub bardziej przydatnych nowinek moją uwagę zwrócił but, reklamowany przez producenta jako wyjątkowy z przeznaczeniem do biegania w błocie. Otóż producent zapewnia (a sprzedawca potwierdza z własnego doświadczenia), że w przeciwieństwie do pozostałych butów, w tym akurat konstrukcja podeszwy sprawia, iż odpada od niej błoto, co na dodatek sprawia, że obuwie jest lekkie. But oczywiście ma zapewniać identyczną jak konkurenci (doskonałą) przyczepność. Co to oznacza w praktyce? Na moje oko (fizykiem kwantowym nigdy nie byłem, ale podstawy dziedziny znam) to, że podeszwa jest jednocześnie przyczepna (skoro trzyma się błotnistego podłoża) i nieprzyczepna (skoro błoto się jej nie trzyma) jest niemożliwe. Jedynym logicznym wytłumaczeniem byłaby zmiana kształtu podeszwy między momentem odbicia, a fazą lotu, ale o tym sprzedawca nie wspominał, wiec raczej nie o to chodziło. Jednym słowem, niezła bajka, ale przyznajcie, że piątka za kreatywność się należy. Aha, zabijcie mnie, ale słowo honoru, że nie pamiętam o jaką markę buta chodziło i nie piszę tego z uwagi na krypto antyreklamę, jaką popełniam...

Czy to jednak zawsze źle, że dajmy się nabierać reklamom? Nic z tych rzeczy. Czy to źle, że pod wpływem reklam dokonujemy irracjonalnych decyzji zakupowych? Nie, bo w życiu robimy wiele nielogicznych (czasem nawet szkodliwych) rzeczy, które dają nam przyjemność lub satysfakcję i są nam zwyczajnie potrzebne. Bo czy można nazwać złym kupno czegoś, co daje nam motywację do treningów lub zwiększa pewność siebie na starcie - nawet gdy jest zbędnym gadżetem niewartym swojej ceny lub tylko ładnie wygląda?


_____________________
Kuba Pawlak: W drodze do codziennej etatowej pracy słucha piosenek o wojnach gangów i handlu prochami. Często stawia na szali karierę przyszłego muzealnego kustosza (kustosz to nie dyskontowe piwo) dla dodatkowych 15 minut drzemki. Przez swoją trenerkę nazywany „zapalczywym amatorem” uparcie twierdzi, że bieganiem wyłącznie się bawi. Organizator inicjatywy Royal Runners Club.