Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

ro-zwój mentalny

ro-zwój mentalny

W mojej szkole podstawowej najważniejszym przedmiotem była muzyka. Nie zaskoczę nikogo, jeśli powiem, że większość rówieśników najbardziej lubiła lekcje WF-u, standardowo na początku lat 90-tych organizowane w konwencji „mata i grajta”. Zdarzali się tacy, którzy preferowali zajęcia plastyczne lub przedmioty ścisłe, ale to właśnie muzyka, za sprawą charyzmatycznej pani nauczyciel (nie wiem dlaczego, ale forma „nauczycielka” zawsze brzmiała mi jakoś pejoratywnie) urastała dla mnie do rangi przedmiotu numer jeden w szkolnej hierarchii. W tamtym czasie sprawdzian z gry na cymbałkach a.k.a. dzwonkach chromatycznych, poziomem wywołanego stresu mógł konkurować jedynie z ciągnącymi się w nieskończoność minutami powrotu rodziców z wywiadówki.

Pamiętam też dokładnie pierwszy sprawdzian ze śpiewu w czwartej klasie. Miał on być zapoznaniem z nowym systemem oceniania i pierwszą próbą oceny przez nauczyciela indywidualnych możliwości. W jego trakcie każdy z uczniów po wyjściu na środek klasy, przy akompaniamencie fortepianu, prezentował swój warsztat wokalny. Test miał być jedynie formalnością, a po odśpiewaniu zwrotki i refrenu piosenki „Ogórek zielony ma garniturek” uczniowie siadali zadowoleni w ławce, podczas gdy inauguracyjna piątka lądowała w dzienniku.

Gdy przyszedł czas na mój występ” - po odśpiewaniu standardowej zwrotki z refrenem, chyba jako pierwszy w klasie, zostałem poproszony o odśpiewanie drugiej zwrotki. Z dużą pewnością siebie i podwójnym zaangażowaniem, które prawdopodobnie przełożyło się jedynie na liczbę decybeli, zaśpiewałem w przekonaniu, że rywalizuję o szóstkę i zgadnijcie co… jako jedyny w klasie dostałem czwórkę. Ocena z pewnością była sprawiedliwa, a postępowanie nauczyciela słuszne, ale efekt jest taki, że do dziś nie śpiewam nawet pod prysznicem.

Mając w pamięci powyższe ucieszyłem się podwójnie, gdy przechodząc ostatnio przy jednym z boisk piłkarskich, usłyszałem, jak zmieniło się podejście do dzieci nie tylko w edukacji, ale i w sporcie. Zaangażowany młody trener na odprawie dla adeptów futbolu, niczym wytrawny psycholog stosował całą masę socjotechnik opartych na pozytywnym przekazie:
- Jasiu podobało mi się, jak zszedłeś do środka, rób tak dalej.
- Krzysiu, bardzo mądrze podzieliłeś się piłką, zależy mi na tym, abyś tak właśnie robił...

Będąc nastolatkiem trenowałem z kilkoma trenerami piłki, a wszystkich w podejściu do podopiecznych łączyło jedno – brak nagany był nagrodą. Mając na uwadze to, jak podatne na takie sygnały są dzieci (patrz lekcje muzyki), jestem bardzo szczęśliwy widząc, jak rozwinęła się ta sfera i świadomość opiekunów.

Byłem zaskoczony, słuchając ostatnio w radiu rozmowy z psychologiem sportowym, tym jak wiele aspektów bierze się pod uwagę i jak rozbudowaną dziedziną stał się „mental” w sporcie dzieci i dorosłych. Rozróżniamy tu m.in.: zarządzanie emocjami, zarządzanie stresem, budowanie konstruktywnego uporu i determinacji, budowanie relacji, wizerunku w mediach społecznościowych, postępowanie z tradycyjnymi mediami, budowanie świadomości i dojrzałości itd. Owszem, czasy są trudne, a presja w sporcie prawdopodobnie nigdy nie była tak duża jak obecnie, ale trzeba przyznać, że pod tym względem, współcześni sportowcy już na starcie są o trzy długości przed swoimi ojcami i dziadkami.

W sporcie dorosłych wsparcie mentalne na razie zarezerwowane jest głównie dla zawodowców, dlatego ja wciąż muszę samodzielnie szukać motywacji. I tak wychodząc na kolejny trening myślę o tym, że dzięki niemu mam szansę awansować o jakieś 10-15 pozycji w kolejnym masowym biegu, który mam w planach… powiedzmy na miejsce 3550. 

 

 

 _____________________
Kuba Pawlak: W drodze do codziennej etatowej pracy słucha piosenek o wojnach gangów i handlu prochami. Często stawia na szali karierę przyszłego muzealnego kustosza (kustosz to nie dyskontowe piwo) dla dodatkowych 15 minut drzemki. Przez swoją trenerkę nazywany „zapalczywym amatorem” uparcie twierdzi, że bieganiem wyłącznie się bawi. Organizator inicjatywy Royal Runners Club.