Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

25 seconds will come

25 seconds will come

Nic tak nie rozpala ludzkiej wyobraźni jak bicie rekordów i…. pewna popularna gra losowa, w której kiedyś skreślało się sześć liczb, a teraz już do końca nie wiadomo, o co chodzi. Te dwie sprawy łączą marzenia, będące dźwignią, kołem zamachowym i sercem każdej dobrej reklamy. Kto z nas nie snuł już planów zagospodarowania wygranych w loterii grubych baniek, z pietyzmem wyliczając przewagi prywatnego odrzutowca nad jachtem lub odwrotnie?

Ja chciałbym jednak wrócić do, opierającej się na tym samym silniku, magicznej mocy bicia rekordów, o której w przeszłości wiedzieli propagandowi socjotechnicy największych mocarstw świata, a dziś wiedzą najwięksi sponsorzy. Wraz z rozkwitem mediów i technologii świat z wypiekami śledził wyścigi w podboju kosmosu, bicie rekordów prędkości we wszystkich możliwych pojazdach i konfiguracjach, czy przełamywanie barier ludzkiego organizmu w sporcie.

Współcześnie nic się nie zmienia, a wyczyny dzisiejszych gladiatorów wciąż pozwalają nam marzyć. Gdy Felix Baumgartner w 2012 r. wykonał skok spadochronowy ze stratosfery, jego wyczyn pobił rekord w liczbie widzów transmisji popularnego serwisu video. Relację na żywo śledziło grubo ponad 8 milionów użytkowników. Łamiący kilka rekordów jednocześnie Austriak zgromadził cztery razy więcej widzów, niż poprzednia najchętniej oglądana relacja live portalu, co w połączeniu ze śledzonymi, jak świat szeroki, konwencjonalnymi mediami, dało ogromnego promocyjnego kopa marce z czerwonym byczkiem, która firmowała swoim logo to przedsięwzięcie. Warto wspomnieć, że pobity już rekord oglądalności utrzymywał się dość długo, opierając się przyrastającej dostępności i rozwojowi technologii. Trudno jednak rywalizować w nieskończoność ze ślubami królewskich par i występami Beyonce.

Jeśli chodzi o bieganie, to mało jest rekordów, które są medialnie równie sexy, co złamanie dwóch godzin na dystansie maratońskim. Na tej fali usłyszeliśmy niedawno deklarację kolejnej próby pobicia magicznej bariery przez Eliuda Kipchoge, tym razem pod banderą „Ineos 1:59 Challenge”. W ubiegły czwartek gigant z branży chemicznej potwierdził lokalizację próby. Padło na niespecjalnie kojarzący się z historią bicia biegowych rekordów Wiedeń. Złożył się na to szereg czynników, za którymi stoi grupa tęgich głów, więc nam kibicom nie pozostaje nic innego, jak przyjąć wybór i 12 października ściskać kciuki. Jak wiadomo, z uwagi na zapewnienie biegaczowi optymalnych warunków, potencjalny wynik nie będzie oficjalnym rekordem maratońskim, jednak jego waga dla ludzkiej wyobraźni jest nie do przecenienia.

Ciekawe światło na bicie rekordu rzucają opublikowane przez naukowców z Monash University w Melbourne badania, analizujące tempo i postęp ustanawiania rekordów królewskiego dystansu na przestrzeni 60 lat. Szacunki pokazują, że jeżeli nie odkryjemy metody lub technologii radykalnie poprawiającej wyniki maratończyków, oficjalne złamanie dwóch godzin w maratonie ma szansę nastąpić dopiero ok 2032 roku.

Czemu tak późno, skoro jesteśmy już tak blisko? Zastanawiając się nad tym, należy pamiętać jak mocno wyśrubowane są obecnie wyniki w sporcie. Naukowcy zauważają, że w latach pięćdziesiątych, trzydzieści sekund od maratońskiego rekordu urywano niemal co jedenaście miesięcy. W obecnej dekadzie taki postęp notujemy już w odstępie sześciu lat. Autorzy badań sami przestrzegają, aby nie traktować ich dosłownie, bo algorytmy posiadają kilka wad trudnych do przeoczenia. Zakładają one analogiczny rozwój i nie uwzględniają wielu czynników, które mogą spowodować skokowy postęp, jak rozwój: sprzętu, metodologii treningu, odżywiania, strategii w trakcie wyścigu czy treningu mentalnego.

„25 seconds will come” powiedział Eliud Kipchoge po pierwszej nieudanej próbie pobicia dwójki.

No, to czekamy!

 

 

 _____________________
Kuba Pawlak: W drodze do codziennej etatowej pracy słucha piosenek o wojnach gangów i handlu prochami. Często stawia na szali karierę przyszłego muzealnego kustosza (kustosz to nie dyskontowe piwo) dla dodatkowych 15 minut drzemki. Przez swoją trenerkę nazywany „zapalczywym amatorem” uparcie twierdzi, że bieganiem wyłącznie się bawi. Organizator inicjatywy Royal Runners Club.