Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

oranie pola

oranie pola

Pewien staruszek, mieszkający na kresach wschodnich Rzeczpospolitej, powiedział mi kiedyś, że patrząc na czyjeś dłonie widać od razu, czy mają one kontakt z ziemią. – Bo jaki może być człowiek, który nigdy gleby ani jej plonów nie dotyka? Ktoś, kto nigdy nie klęczy w palącym słońcu,  pochylony nad podłożem, które z czułością pielęgnuje i z którego sam czerpie i wyrasta? Ktoś, komu nigdy kłącze nie rani palca, a brud ziemi nie wchodzi pod paznokcie?

Często gdy wracam z treningu mawiam z nieskrywaną satysfakcją, że zaorałam spory kawał pola. Widzę wtedy grudy ziemi, po której biegły moje nogi i błotniste fałdy muskane przez stopy. Czuję w płucach przestrzeń, którą wchłonęłam i pejzaże, które skanowały w biegu moje oczy. Czuję zarówno granitową fakturę skały, o którą się wsparłam, jak i kawałek miejskiego trawnika, który posłużył mi jako mata do rozciągania. Bieganie może, ale nie musi zbliżać nas do natury i czynić nasze dłonie (no, może raczej stopy), tak jak chciał kresowy staruszek – bardziej ludzkimi, bo bliższymi naturze. I nie uważam, że jest to dostępne tylko tym, którzy za oknem mają las czy tatrzańskie szczyty.

Gdy jestem w mieście, gdy stukam przez pół dnia dłońmi w plastik klawiatury, odzywa się we mnie taki imperatyw, by te dłonie, by stopy, by całe ciało dotknęło choć przez chwilę tego, co jest ich podłożem, ich glebą, ich tkanką. I idę biegać. Nawet gdy obok, zamiast Giewontu jedynie ściany budynków. Nawet gdy czasem zapachnie spalinami, a nie lasem. Biegnę i krew odżywia wszystkie zakamarki ciała. Biegnę i choć wokół więcej architektury, niż natury -  wchłaniam przestrzeń i powietrze, które tak mocno do natury przynależą. W wyjątkowo zurbanizowanych miejscach wchodzę w przeżywanie kontaktu z naturą w jeszcze innym wymiarze; poprzez świadomość, że biegnąc, czynię moje ciało tu i teraz bardziej wydolnym i silnym, a więc mogącym tam i wtedy sprawniej przemierzać góry i zabierać mnie do najodleglejszych w nich miejsc.

Zaoranie pola to coś konkretnego, namacalnego, fizykalnego wręcz. Nie daje mi tego odpisywanie na maile czy ogarnianie projektów w wirtualnym świecie. Ba, nie daje mi tego namacalnego poczucia nawet poczytanie dobrej książki. I gdy dzień sączy się jakoś niemrawo i mało produktywnie, wówczas idę zaorać pole. Sam ten akt zawsze użyźnia mój dzień...

Czy jednak chłop orze swoje pole dla samego tylko aktu orania? Bynajmniej. On to robi po to, by uczynić swoją ziemię bardziej płodną na wydanie plonu. Z tego plonu powstanie mąka, a z niej chleb, czyli życie i świętość dnia powszedniego. A co powstanie z mojego biegania? Chleb mogę kupić w piekarni na każdym rogu, a mimo to trzymam swój pług, bronę i biegnę. Biegnę dla samego biegnięcia. Nie łudzę się, że ilość cierpienia na świecie się zmniejszy dzięki moim kilometrom. Nie łudzę się, że biegając przyczynię się do wzrostu szczęśliwości gatunku ludzkiego. Bieganie to w dużej mierze kawał solidnej, nikomu niepotrzebnej roboty. I dziś chcę powiedzieć, że to właśnie dobrze, bardzo dobrze!

Dobrze, że w świecie, w którym ma sens tylko to, co użyteczne, co praktyczne i co przynosi korzyść - ktoś jest gotowy zrobić coś tak „od czapy” - bo chce, bo lubi powdychać powietrze głębiej. Takie to niekapitalistyczne, nieutylitarnie, prawda? Żyjemy w czasach, kiedy nasi kołcze ćwiczą nas w power-pozach, dzięki którym drugi człowiek jest skłonny być nam jeszcze bardziej użytecznym. Udzielamy się charytatywnie, bo to dobrze wpływa na wizerunek firmy, a w rezultacie donacja i tak się zwraca. Wyznajemy taką prawdę w nauce, którą inni będą skłonni kupić i wykorzystać w mnożeniu własnych kapitałów. Żyjemy w czasach, kiedy w dzieci się „inwestuje”, a dobro czyni się dlatego, że przecież ono „zawsze do nas wraca”.

A co gdyby pomyśleć, że właśnie nie wraca? Co gdyby pomyśleć, że chcę czynić dobro dla samego tylko Dobra, wyznawać prawdę dla samej Prawdy? Co, gdybym stając przed drugim człowiekiem w mojej powerpozycji, chciał okazać mu swoje otwarte serce i gotowość serdecznej, nie kalkulującej zysków i strat współpracy? Co, gdybym ofiarował część swojego kapitału na cele charytatywne, czyniąc to w ciszy swojej dobrej woli i nie oczekując, że to ma mi się opłacać? Co, gdybyśmy dali swoim dzieciom czas i pieniądze dlatego, że są po prostu tego warte i ze świadomością, że one nigdy nie oddadzą nam tego daru, jaki im z siebie składamy?

Biegając, promuję antyutylitaryzm wartości. Biegnę dla samego biegnięcia. W konsekwencji tego bywam prawdomówny dla samej prawdomówności. Uczciwy dla samej uczciwości, czyli szczególnie wtedy, gdy kanara nie ma w tramwaju; wierny dla samej wierności, czyli także wtedy, gdy żona/mąż nie patrzy. Biegając, robię coś na wskroś niekoniecznego do codziennej egzystencji, na którą składa się wieszanie prania, praca zarobkowa czy robienie zakupów. Realizuję wolność od konieczności, która ze wszystkich stron domaga się ode mnie ofiary. Wyzwalam się z tego, co praktyczne, co ekonomicznie zbilansowane i rynkowo użyteczne.

Dotrwałeś do końca tekstu? Spójrz na swoje dłonie i stopy. Są szorstkie i gdzieniegdzie mają odciski. To dobrze. A teraz weź swój pług, bronę i idź poorać swoje pole, wcześniej ostentacyjnie przechodząc obok piekarni, z której dobiega zapach świeżego chleba.

 

 

 

____________________
M.Derezińska-Osiecka -  zakopianka, wyczynowa i utytułowana zawodniczka w skialpinizmie, biegaczka górska z zamiłowania, asfaltowa z wychowania, filozofka i psychoterapeuta z wykształcenia, przewodniczka tatrzańska i organizatorka obozów Tatra Running. Na co dzień mama trójki dzieci, która wciąż z ekscytacją spogląda w swoją sportową przyszłość.