Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

moje maratońskie słowa klucze

moje maratońskie słowa klucze

Debiut w maratonie to coś, o czym zawsze marzyłam. Wiecie, królewski dystans, zmagania z kryzysami na trasie i ze swoimi słabościami. I to cudowne uczucie osiągnięcia mety.

W każdej wersji maratońskich opowieści, jaką słyszałam, od tych doświadczonych i mniej doświadczonych maratończyków, których znam, zawsze budziły się we mnie niesamowite emocje. W każdej opowieści widziałam magię. Na pierwszy rzut oka jakiś człowiek wykonywał monotonną maratońską robotę, ale wiara, z jaką to opowiadał, pozwalała mi myśleć właśnie o swego rodzaju magii w podejściu i postrzeganiu świata, o czymś jednoznacznie pozytywnym.

„Co te osoby musiały przeżyć skoro z takim optymizmem mi to opowiadają?!" - myślałam. I wyobrażałam sobie siebie przeżywającą to wszystko. Szczególnie, że miałam w domu maratończyka.

Mimo to, zawsze słyszałam jakieś „ale“ od innych: „Ale musisz więcej biegać kilometrów", „Żeby biegać maraton, bardziej musisz się obudować mięśniowo", „Za mało jesz", „Ale jesteś za chuda“, że to, że tamto.

Chciałam wreszcie pokonać dystans maratonu, więc postawiłam sobie cel. W 2019 też zmierzę się z tym dystansem! Na mojej maratońskiej drodze pojawiły się słowa klucze.

Radość. To uczucie, jak się dzisiaj okazuje, towarzyszyło mi od samego wyznaczenia celu, aż po metę maratonu. Po prostu sprawiało mi satysfakcję, że „daję radę z tą robotą“. Wiecie, ta z łatką, że za mało biega i źle się odżywia. Cieszyłam się, że mogłam na treningach doświadczać choć trochę tego rodzaju zmęczenia, które może mnie czekać na którymś etapie maratonu. Byłam wdzięczna, że zdrowie pozwalało mi realizować kolejne treningi. Mając zdrowie, czułam radość, bo miałam możliwość działania i wiedziałam, że z resztą sobie poradzę. I nawet biegnąc sam maraton byłam tak podekscytowana na myśl, że mogę biec więcej i więcej. Samej radości z osiągnięcia mety nie muszę już opisywać...

Jedzenie. Olaboga, jak mi wszystko smakowało! Rzeczywiście, kiedyś byłam typem „niejadka", ale w sporcie to była droga donikąd. W przygotowaniach maratońskich mój organizm naprawdę potrzebował paliwa. Dobrej jakości. Serio, nie przejmowałam się, że tyle wcinałam, choć sama siebie zaskakiwałam na każdym kroku. Nawet Błażeja. Przecierał oczy mówiąc, że łatwiej mnie ubrać, niż nakarmić. A najlepsze, że wszystko jadłam z apetytem. Bez uczucia przejedzenia. W końcu mój kilometraż wzrósł prawie dwukrotnie. Apetyt też - to był dobry objaw.

Pokora. Tak, cieszyłam się na ten debiut, do tego byłam niesamowicie zdeterminowana, by osiągnąć cel. Jednak to nie dawało mi gwarancji ukończenia maratonu. Mimo, że nigdy wcześniej nie przebiegłam tych nieco ponad 42 kilometrów, to słuchając i obserwując maratończyków wiedziałam, że ten dystans rządzi się swoimi prawami. Wiedziałam, i dalej wiem, że to niełatwa konkurencja, na którą wpływ ma szereg czynników niezależnych od nas. Co z tego, że gdzieś tam wcześniej zakręciłam nieco szybciej nogami na krótszych dystansach? To był MARATON.

Spokój. Cudowne uczucie. Mimo tej przeżywanej radości i pokory przed dystansem czułam naprawdę wewnętrzny spokój. Nie bałam się wysiłku, nie stresowałam się, nawet w dniu startu. Wiedziałam, że robię to, co wybrałam, że to właśnie zmęczenie, lub raczej umiejętność jego znoszenia jest najistotniejszym elementem osiągania jakiegoś wyniku. To ono na mnie czekało. I właśnie oswajania się z tym zmęczeniem nie mogłam się doczekać na kolejnych treningach i w dniu startu. Jednocześnie nie analizowałam. Po prostu skupiałam się na danej chwili i byłam wdzięczna, że mam możliwość podjęcia wyzwania. Ale spokój, to również (albo i przede wszystkim) brak zmartwień. Miałam wszystko, czego mi było trzeba. A jak nie miałam, to doceniałam to, co mam.

Wyzwanie „maraton" rzeczywiście okazało się niesamowitym przeżyciem. Tę niesamowitość każdy odbiera inaczej. Ja bardzo doceniłam jeszcze inny rodzaj radości - z małych rzeczy. Bo właśnie te małe rzeczy składają się na codzienność.



____________________
Aleksandra Brzezińska: mistrzyni Polski w maratonie 2019 (2:34:51 w debiucie). Wielokrotna medalistka Mistrzostw Polski w biegach przełajowych i biegach długich. Reprezentantka Polski na imprezach rangi europejskiej. Nauczycielka języka angielskiego. Jej biegową przygodę można śledzić na Instagramie i Facebooku.