Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

czepiam się, czyli ostatni taki felieton

czepiam się, czyli ostatni taki felieton

Wielu próbuje nazwać bieganie. Czym jest, albo czym powinno być. Jedni twierdzą, że to niewinne hobby w rajtuzach, inni, że zdecydowanie więcej. Pasja, napęd dla ważnych życiowych zmian, pokonywanie słabości, przełamywanie barier, odkrywanie prawdy o sobie. Dla każdego bieganie będzie oznaczało co innego. Próby znalezienia uniwersalnej definicji, z góry skazane są na porażkę. Z dwoma podejściami do biegania, jest mi jednak wyjątkowo nie po drodze.

Niektórzy twierdzą, że bieganie to pozytywne uzależnienie. Gorąco wierzę, że za każdym razem, gdy ktoś wygłasza podobną tezę, na dalekich antypodach spada z drzewa niczemu niewinny miś koala. Halo? Czy mam łączność z czytelnikami w Australii? Proszę obserwujcie teraz: bieganie to pozytywne uzależnienie! Spadł?

Jeżeli coś zniewala, to nie może być dobre. Nieważne czy nazywa się: bieganie, mefedron, Złotopolscy, czy gorąca czekolada. Dobre uzależnienie jest jak czarny śnieg, gorzki cukier albo mądry felieton Krzysztofa. Jako że, jestem osobą niezwykle tolerancyjną, nie odbieram nikomu prawa do bycia zadowolonym niewolnikiem. Fachowo nazywa się taki stan syndromem sztokholmskim i jeśli w poście pod tym tekstem podasz: kto i gdzie cię przetrzymuje, przybędę z odsieczą.

Ilekroć ktoś dowiaduje się, że biegam, pada sakramentalne pytanie - a dużo? Wtedy włącza się we mnie biegający filozof i odpowiadam, że - dużo to pojęcie względne. No to ile dokładnie? Dopytuje ciekawski. Czasem 60 km, czasem 140 km. Na miesiąc? Na tydzień. Ooo, podziwiam!

Słowo „podziwiam” momentalnie sprawia, że robię minę, jakbym wlazł gołą stopą w krowi placek. Za co ty mnie chłopie podziwiasz? Za to, że regularnie wyjdę na świeże powietrze, trochę potruchtać? Za to, że czasami taki wypad skończy się kompromitującą kupą w pokrzywach, bo nie zdążę jej donieść do domu i załatwić się jak normalny człowiek?

Gdybym wynalazł szczepionkę na raka, wygrał „1 z 10”, wychował córkę na osobę o wysokim poczuciu własnej wartości, a jednocześnie empatyczną i otwartą na innych ludzi. Gdybym wyzwolił Czeczenię, pokonał trasę z Wrocławia do Szczecina drogą rzeczną, wyposażony jedynie w deskę do prasowania. Gdyby ogłoszono mnie nowym Bondem. Albo gdybym dał kosza Milenie z działu kadr, kobiecie o twarzy Charlize Theron i ciele Monici Bellucci. Gdybym nie poszedł z nią w tango na wyjeździe integracyjnym, choć mówiłaby, że jestem mądry i te felietony...ach, och. Gdybym zbył zaloty tej przepięknej dziewczyny tekstem, że przy mojej żonie jest jak rower Wigry 2 przy Boeingu 747.

I gdybym wtedy usłyszał - podziwiam cię. Mógłbym z uśmiechem odpowiedzieć - spoko, muszę przyznać że to naprawdę mi wyszło. Ale za bieganie? Błagam.

Te spektakularne walki z samym sobą, przekraczanie granic, przełamywanie bólu, lenistwa i zniechęcenia. To wszystko prawda, ale poza dawaniem osobistej satysfakcji, świata nie zmieniają. Lepsza kondycja, dobrze zorganizowany plan dnia, który zawsze trzeba ustawić w taki sposób, żeby upchnąć szuranie w poważne obowiązki. To wszystko, co daje mi bieganie. Tylko tyle i aż tyle.

Nie chciałbym być od biegania uzależniony, ani za bieganie podziwiany. Nie chciałbym też ulec pokusie przegadania tematu. Jedna z podstawowych zasad dialogu zakłada przewagę słuchania nad mówieniem. Trudna sprawa, ponieważ często wydaje mi się, że mam sporo ciekawego do powiedzenia. Jeśli dodamy do tego nieograniczony dostęp do internetu z każdego miejsca na świecie - katastrofa gotowa.

Dlatego chciałbym się zobowiązać, że to ostatni wpis, w którym mówię czym bieganie jest, czym nie jest, albo czym być powinno. Jeśli odejdę kiedyś od tego zobowiązania, proszę życzliwych czytelników o natychmiastowe wyprowadzenie ciosu klawiaturą. Wiem, że w tej kwestii można na was polegać.


____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.