Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

to wszystko z troski

to wszystko z troski

Dawno temu, kiedy kasety przewijało się jeszcze ołówkiem, był taki rapowy zespół jak 2cztery7. W jednym z kawałków, ich lider Ten Typ Mes, pogodnie podśpiewuje:

Nie potrzeba wiele mi do szczęścia, bo mam co jeść i mam co pić i dobrze wiem, że nie muszę dużo więcej mieć, ważne, że spokojnie śpię. Czasem jeszcze du.., dobry s.., książka, piwo i jazz. Ale najważniejsze jest sumienie, bo czasem mam hajs, a jest źle.

W ocenzurowanych wyrazach następuje, dość częste u raperów, uprzedmiotowienie kobiet. Ale spokojnie, nie mam zamiaru tym tekstem wkręcać się w – popularne ostatnio na forum - rozmowy o równouprawnieniu. Przywołałem ten fragment, ponieważ mocno się z nim utożsamiam, jeśli chodzi o podejście do życia. Też nie potrzebuję wiele, żeby być zadowolonym. Minimalista, powiedzą złośliwi. Może, ale książka, piwo, jazz, parówki z wody i jestem szczęśliwy.

Zgodnie z zasadą, że słowa uczą ale dopiero przykłady pociągają, będzie przykład. W stosunku do kandydatki na małżonkę, miałem tylko dwa wymagania. Zależało mi, żeby była to kobieta obłędnie piękna i onieśmielająco inteligentna. Cała reszta, nie miała żadnego znaczenia. Bez udawanej skromności, mogę powiedzieć, że udało mi się takową znaleźć.

To, że generalnie jestem osobą zadowoloną z życia, nie oznacza, że nie znajduję rzeczy, których nie można by poprawić. Choćby organizacja zawodów biegowych. W skali globalnej, jest okej. Gdyby jednak podłubać przy detalach, myślę, że można jeszcze sporo dobrego wycisnąć. Dlatego postaram się sformułować kilka postulatów, odnośnie kosmetycznych zmian.

Opłata startowa. Jest to moim zdaniem trochę nieeleganckie. No bo tak, najpierw zapraszają, mówią, że będzie super, że atmosfera, wspaniali ludzie i że muszę być na ich biegu. Że będą nagrody, natryski, depozyt, opieka medyczna. I daję się namówić, wchodzę w formularz zgłoszeniowy, a tam zonk. Wpłać pieniądze. No to chwila, najpierw zapraszacie serdecznie, a potem każecie bulić za całą tę imprezę?
To trochę jakbym ogłosił, że zapraszam wszystkich na obiad do Wierzynka. Że królewskie wnętrza, wystrój i wysublimowany klimat. Że będą wspaniali goście, a w menu turbot z imbirem. I wy byście przyszli, u drzwi stanęli kołacząc. Na to wszystko wychodzę ja, mówiąc – Zanim wejdzieta, to płaćta. No to chwila, najpierw zapraszasz... A no właśnie.

Trasa. Tu będę nieugięty, ale musi być płasko jak na dębowym stole. Po górkach biegam na treningu, na zawodach chcę mieć zagwarantowane optymalne warunki do osiągania niebotycznych prędkości. A zatem, po pierwsze – profil. Po drugie, brak nawrotek i innych zakrętów, które wybijają z rytmu. Trasa musi być wygodna, najlepiej na planie koła, ewentualnie elipsy. Oczywiście, nie urwałem się z choinki, wiem, że polskie miasta najczęściej budowane są na średniowiecznych wytycznych, zakładających przecinanie się ulic pod kątem prostym. Ale! Dla chcącego, nic trudnego. No i ostatni detal. Musi być malowniczo. Tutaj król chadzał piechotą, tam go wozili karocą, dobrze, żeby takie historyczne miejsca i ciekawostki, zostały uwzględnione podczas projektowania przebiegu trasy.

Medale na mecie. A może by jednak złamać schemat i zamiast krążka, obdarować finiszera innym upominkiem? Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to srebrna tabliczka z wyrytym: Przebiegłem 5 km, jestem mocarzem, a ci co nie biegają, mogą mi skoczyć. Coś w tym klimacie. Żeby było wiadomo, że bieganie jest dla bohaterów, a nie jakiś tam ciepłych Mietków.

No i te koszulki pamiątkowe. Zazwyczaj są techniczne i mam już ich tyle, że nie mieszczą się w szafie. A gdyby tak zainwestować w białe, garniturowe, z kołnierzykiem?
Akurat ostatnio jedna taka spruła mi się pod pachą. Oczywiście zwróciłem na to uwagę żonie, podobnie jak na kilka innych detali, które mogłaby poprawić w naszym codziennym funkcjonowaniu. Nie wiedząc czemu, po rozmowie, nie dość, że nie zacerowała koszuli, to jeszcze chodzi jakaś naburmuszona. Jakby w ogóle nie rozumiała, że to wszystko z troski.




____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.