Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

I do my best

I do my best

Kilka lat temu Jerzy Janowicz udzielił głośnego wywiadu, po przegranym meczu z Chorwatem Cilicem. Mówił, że trenuje gdzieś po szopach, że nie ma w tym kraju dla nikogo perspektyw, a dziennikarze są ostatnimi ludźmi, którzy powinni kierować wobec niego czy innych sportowców jakiekolwiek oczekiwania:
- To już mnie śmieszy! Każdy ma jakieś oczekiwania. Kim jesteście, że macie oczekiwania? Oczekiwania może mieć mój trener, mama, tata, a nie wy! Siedzicie i krytykujecie nas non stop. Śmiecia i zero można stworzyć w naszym kraju przez jeden mecz. Tak to wygląda!

Na Janowicza spadły po tamtej wypowiedzi gromy. Ja należałem do frakcji neutralnej, ale z lekkim odchyleniem w kierunku sympatii do tenisisty. Lubię, gdy sportowcy mówią to co naprawdę myślą, zamiast wyuczonych regułek. Lubię, gdy puszczają im nerwy, ponieważ pokazują wtedy swoje prawdziwe, ludzkie oblicze.

Adam Kszczot w wywiadzie na gorąco, po półfinałowym biegu w Rio nie przebierał w słowach. Choć redaktor Dzięciołowski próbował szukać wytłumaczenia naszemu lekkoatlecie, ten odpowiedział krótko i konkretnie:
- Powinno być dobrze, ale kur... nie było.

I ja to szanuję.

Więdną mi za to uszy, kiedy w wywiadach po nieudanych startach słyszę formułę, co się zowie: Wynik nie jest najlepszy, ale dałem/dałam z siebie wszystko". No mój ty bohaterze – odpowiadam wtedy z przekąsem.

W sporcie liczy się wynik, a lekkoatletyka jest pod tym względem upierdliwie wymierna. Minuty, sekundy, metry, centymetry i ani słowa więcej. To, że ktoś dał z siebie wszystko, nie jest żadnym szczególnym wyczynem. A na dodatek ciężko jest zmierzyć, kto dając z siebie wszystko, dał więcej.

Ciekawe, że wytłumaczenie pod tytułem „Dałem z siebie wszystko” sprzedane przez sportowca, kupowane jest przez dziennikarzy i kibiców z wielką ochotą. W innych zawodach niż zawodowy sportowiec, tak to nie działa. Jeśli dekarz spartoli dach i ulewa zmoczy komuś mieszkanie, to wytłumaczenie majstra sformułowane, jako „Panie, dałem z siebie wszystko” chyba nie znajdzie aprobaty.

Wyobraźmy sobie czysto hipotetyczną sytuację. Mamy chłopa, co się nazywa Rysiek. Od dziecka zdradzał talent kulinarny. Jako trzylatek ugotował jajko na półtwardo, żeby dwa lata później zabłysnąć na rodzinnej Wigilii rybą po grecku. Gdy podrósł, wygrał MasterChefa, a potem to już poszło. Rysiek uczył się pilnie przez całe ranki od Magdy Gessler (nawiasem mówiąc swojej życiowej wybranki). Finał tej historii był taki, że Ryszarda zatrudniono na dworze brytyjskiej rodziny królewskiej. Prosty Rysiek ze Zwolenia spełnił swój „american dream” i począł gotować zupy królowej, oraz następcom tronu. Taka historia.

Tylko że bohater któregoś razu miał gorszy moment. Spotkał na mieście znajomków, z którymi kiedyś kopał w piłkę w lokalnej Zwoleniance. No i co tu dużo gadać – zalali robaka. Następnego ranka, gdy przyszło podać członkom Royal Family jaja po wiedeńsku, coś mu się pokręciło i zamiast jaj, zagotował piłeczki do ping ponga... kac morderca nie ma serca, wiadomo jak jest. Afera straszna. Królowa Elżbieta walczy o życie, a Ryśka przesłuchują spece z SIS.

- To był zamach!
- Żaden zamach. Kaca miałem i coś mi się porypało. Mogę tylko powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, że dałem z siebie wszystko.
- Aaa, to spoko. Najważniejsze, że dałeś z siebie wszystko. Wypuścić go!

Ja też pisząc ten wyrób felietonopodobny, dałem z siebie wszystko. Czy ktoś mnie z tego powodu rozgrzeszy?

 

 

____________________
Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.