Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

tak upadają mocarstwa

tak upadają mocarstwa

Pewnie i tak nikt mi w to nie uwierzy, ale byłem kiedyś biegowym mocarzem. Nie trwało to długo, może pół roku, ale owoc w postaci nieuzasadnionej megalomanii pozostał ze mną do dziś. Miałem 13 lat i startowałem w najmniej poważnej kategorii wiekowej, jaka istniała. Chodziło o „Dzieci Starsze”. Dziś nazwalibyśmy ją z amerykańska U-14. Jak zacząłem wygrywać zimą 1999 roku, tak do końca roku szkolnego kolekcjonowałem złote medale z godną podziwu skutecznością.

W marcu 2000 roku wygrałem przełajowe mistrzostwa województwa. Pamiętam, jak ściskając w ręku efektownie wygrawerowany złoty krążek tamtych zawodów, pogrążając się w zadumie, czekałem na autobus do domu. Wyliczałem w myślach wszystkie miasta w regionie, jakie znam, dopowiadając przy każdym z nich formułkę „i nie ma tam lepszego trzynastolatka ode mnie”. W Opolu, Korfantowie, Nysie, Głuchołazach, Niemodlinie, Brzegu, Namysłowie... Nie było.

Później zaczął się sezon startów na bieżni. W maju, na wrocławskim tartanie pobiegłem 2:57 na 1000 metrów, co – wierząc tabelom PZLA -  czyniło mnie jednym z najlepszych „dzieci starszych” w Polsce. Zaledwie tydzień później stanąłem przed okazją do zdyskontowania biegowego geniuszu podczas stadionowych mistrzostw województwa.

To był mokry, chłodny dzień, z nieznośnie kręcącym po kędzierzyńskim Stadionie Kuźniczka wiatrem. W roli zdecydowanego faworyta, a na dodatek na swoim terenie, czułem się wyjątkowo źle. Najpierw odwlekałem rozgrzewkę, później zrobiłem ją na odwal. Nie pomagały retoryczne pytania znajomych: „To co, dzisiaj wygrywasz?”. Kiedy stanąłem wraz z długim wianuszkiem innych chłopców na murawie nieopodal startu do „tysiaka”, dygotałem. Trochę ze stresu, trochę z niedogrzania.

Starterem był człowiek o ksywie Palacz. Nie miałem pojęcia, skąd takie przezwisko. Może palił papierosy, a może pracował w skupie węgla... W każdym razie na każde zawody przywdziewał kremowy garnitur, ozdobiony krawatem w romby. Palacz postanowił podzielić nas na dwie serie. Żeby to zrobić, najpierw ustawił wszystkich w rzędzie.

- Niech wystąpią ci, którzy biegają między 3:00 a 3:30 – zarządził starter.

Część chłopców zrobiła krok przed siebie, ja pozostałem w linii. Przecież biegałem tysiąca w 2:57.

- To wy pobiegniecie w szybszej pierwszej serii, a pozostali w drugiej – tym stwierdzeniem Palacz sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.

Nie protestowałem. Mój 13-letni - ukryty za twarzą nieskalaną głębszą myślą - zahukany umysł, dla którego bieganie było jedyną drogą do budowania poczucia własnej wartości, orzekł, że nie ma sensu się tłumaczyć i robić zamieszania. Chłopcy wytypowani jako szybsi ustawili się na linii. Pomyślałem: „trudno, będę musiał zrobić lepszy czas w wolniejszej serii”. Wtedy jednak po całym stadionie rozległ się świst gwizdka i bliżej nieokreślone okrzyki. Spojrzałem za siebie. To Buła, swoim świńskim truchtem podążał w naszą stronę ze strefy mety, potrząsając nerwowo rękami i gwiżdżąc z typową dla siebie histerią.

- Co ty robisz, do tego, kule mole?! - zwrócił się do mnie.
- Bo pan Palacz powiedział, że w pierwszej serii pobiegną od 3:00 do 3:30... - próbowałem się tłumaczyć.
- Ustawiaj się tam, do tego, kule mole – Buła nie słuchał tłumaczeń, tylko niemal wypchnął mnie na start.

Palacz był poirytowany całym zamieszaniem, więc gdy już stanąłem na bieżni, a Buła począł truchtać w poprzek stadionu na metę, zrugał mnie za całe zamieszanie.

- Ale narobiłeś. Spróbuj mi teraz tego nie wygrać – powiedział zimno i twardo.

Trzęsąc się, z gulą w gardle, wstrzymując płacz – wygrałem tego tysiaka. Wszystko puściło dopiero za metą, gdzie w konwulsjach spowodowanych łkaniem, próbowałem złapać oddech.

- Coś ty tam narobił na tym starcie, do tego, kule mole?! - Buła kontynuował ruganie, zupełnie nie zważając, że właśnie wygrałem mistrzostwa województwa.

- Panie Januszu, pan już da chłopakowi spokój – litował się nade mną znajomy wuefista, który pełnił na mecie obowiązki sędziego.

- Jak baba nie myśli, to źle, ale jak chłop nie myśli, to jest dopiero koniec świata – odpowiedział Buła swoim ulubionym hasłem, które wypowiadał co najmniej 10 razy na dobę.

Dla mnie tamtego dżdżystego popołudnia skończył się okres biegowego mocarstwa. Po wakacjach, mimo że urosłem (a może właśnie dlatego) zacząłem dołować, ledwo łamiąc 3 minuty na kilometr. Buła mówił, że straciłem iskrę. W każdym razie przestałem mieć już problemy z seriami. Od sezonu 2001 łapałem się już tylko do tej wolniejszej. 

 

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.