Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

więcej grzechów nie wcisnąłem

więcej grzechów nie wcisnąłem

My tu gadu gadu, a tymczasem minął rok, odkąd piszę felietony dla tego prestiżowego portalu. Zadebiutowałem 2 maja 2019 roku obrazoburczym tekstem na temat trenerów biegania. Niestety nikt się oficjalnie nie obraził, co trochę mnie zbiło z tropu, ale szybko wyciągnąłem wnioski z początkowego niepowodzenia i w następnych felietonach punktowałem już skuteczniej.

Pamiętam, jakby to było wczoraj, gdy podpadłem biegaczom stwierdzeniem, że kompresji używam tylko wtedy, gdy jest mi zimno w łydki. Och! Odzew niepocieszonych czytelników był wówczas rewelacyjny. Poczułem się, jakbym dotknął biegaczy do żywego, jakbym obraził czyjeś uczucia religijne, jakbym komuś wjechał na matkę – jak to się zwykło mówić w podwórkowych dyskusjach. A ja tylko wyraziłem swoją opinię na temat – wydawało mi się – błahy.

Jak możesz mówić, że zakładasz, jak zimno? Kompresja działa i basta! Nie po to wydawałem kilkaset złotych, żeby teraz czytać, że ty sobie zakładasz jak ci zimno, draniu jeden! Długo cię znajdę?! - piękne były tamtejsze komentarze, czytuję je sobie, gdy rano nie mogę się dobudzić.

Innym razem popełniłem świętokradztwo, gdy napisałem, że maraton jest wyzwaniem dla prawdziwych biegowych gladiatorów, a nie jakąś „piątką” dla ciepłych Mietków. Ach! Ależ wtedy dostałem wysyp tych buraczkowych mordeczek „Wrr” na Facebooku.

- Faktycznie wyglądasz jak ten ciepły Mietek?? słabe to! Skoro twierdzisz, ze tylko w maratonie się sprawdzają prawdziwi biegacze. Zapraszam na śmieszny dystans ☺️ zobaczymy ile ciepły Mietku zostaniesz w tyle – podobnie serdecznych komentarzy, przekonujących, jak bardzo powinienem się za siebie wstydzić, dostałem wówczas mnóstwo.

Sukces ciepłych Mietków był zdumiewający. Chciałem nawet w następny czwartek, pośmiać się trochę z maratonów i pozachwalać „piątkę”, ale widocznie zostawiłem to sobie na później. Wstęp już mam – maraton to dystans dla zimnych Zenków, a „piątkę” biegają prawdziwe harpagany. Co myślicie, będzie dobre? Ktoś poczuł się dotknięty?

Coś tam w międzyczasie paru osobom też się nie spodobało, jak napisałem, że nie umiem dobrać facetowi rękawic bokserskich, ale to był mały przypał. Z bardziej zaskakującą reakcją spotkałem się natomiast w stosunku do felietonu, w którym wspominam swojego dawnego trenera Bułę i jego zamiłowanie do interwałów.

- Myślę że to naj bardziej nie trwiony felieton. Głupoty. To właśnie taki trening jest podstawą. Bieganie to jak las, im glebiej to więcej drzew. Trzeba siłowni zabawy interwal ciągły i te coś co obecnie w Polskich biegach nie istnieje – pisownia oryginalna.

Moje wspomnienia z trenowania za młodu, były wedle komentującego - nietrafione (org. nie trwione). Pomyślałem sobie wówczas, że to jest dobry pomysł na epitafium. Gdy umrę, proszę mi wyryć na płycie – miał nietrafione życie.

Podpadłem też okropnie tekstem, w którym dzielę się rozterkami à propos 500 plus. To było urocze. Okazało się, że politykuję, a nie godzi się, żeby na portalu dla biegaczy dokonywać takich bezeceństw. Politykowałem, twierdząc, że czuję się kupowany, pobierając pięciuset złotowy zasiłek, ale z drugiej strony, nie mam zamiaru z niego zrezygnować. Urzekające były tamte komentarze, czytam je za każdym razem, gdy spływa przelew z MOPS-u.

Rok regularnej konfrontacji z czytelnikami, był dla mnie rokiem pełnym nauki. Dowiedziałem się, że serduszka biegaczy wrażliwe są, czułe są, skore do gniewu, pozbawione dystansu i zaszczepione na ironię. Trzeba ważyć słowa, bo jak się raz pomylisz to - cytując tego pana, co mu się dykty obijały - popiół zostanie i nic więcej. Cała reszta spłonie w ogniu zupełnie bezinteresownych, zgryźliwych, strofujących, ale też na swój sposób uciesznych - komentarzy.

To chyba tyle mojego rachunku sumienia za ostatni rok. Oczywiście nabroiłem dużo więcej, ale mam tutaj limit znaków, ustalony przez Pana Kubę (tak lubi się od niedawna tytułować, wcześniej prosił, żeby zwracać się do niego per Jego Magnificencjo), więc już bardziej nie mogę drążyć. Powiem jeszcze tyle, że w ramach uroczystości rocznicowych, przy lampce denaturatu z colą, wspominałem, jak przez pierwsze tygodnie felietonizowania się, dopytywałem Pana Kubę – Ej, a długo będę mógł jeszcze pisać te felietony? Bo jakbyś chciał mnie zdjąć, to daj mi – proszę – wcześniej znać ze 2 tygodnie, bo czasami piszę teksty w zapasie, to żebym nie naprodukował czegoś bez sensu.

I Pan Kuba (wtedy jeszcze Jego Magnificencja) odpowiadał, że spoko, że da znać. Ale minął już 13 miesiąc, a on nie daje... drań jeden.

 

 

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.