Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

zakaz to zakaz, czego nie rozumiesz?!

zakaz to zakaz, czego nie rozumiesz?!

No chyba 2 tygodnie to możesz wytrzymać bez biegania?!

Jasne, że mogę. Kiedyś wytrzymałem 6 lat, bo tyle trwał mój najdłuższy rozbrat z tym sportem. Zupełnie nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że rządzący coraz odważniej naruszają moją wolność i nawet nie za bardzo tłumaczą – dlaczego.

Ja wiem, jest epidemia. Przepraszam, bo już na wstępie wyjdzie, że chcę umniejszać katastrofie. Natychmiast się poprawiam - jest PANDEMIA. 1,5 miliona zarażonych na świecie. To będzie jakoś 0,02 % całej populacji. Ale okej, przyjmuję do wiadomości, że rośnie wykładniczo. Tak więc regularnie myję ręce. Nie podchodzę blisko ludzi, żeby nie łamać zasady social distancing. Nie biorę udziału w zgromadzeniach, nie chodzę do kina, fryzjera (a przydałoby się), galerii, restauracji, na basen (gdzie bym i tak pewnie nie chodził, bo pływam jak pijany gołąb).

Rodziców powinienem zostawić na święta samych, bo nie wolno podróżować. Gdyby zmarła mi babcia, u której jako dziecko spędzałem każde wakacje, nie mógłbym uczestniczyć w jej pogrzebie. Przepisy dopuszczają maksymalnie 5 osób z rodziny przy trumnie, a tak się składa, że babcia ma ośmioro dzieci. Rozumiem, że musieliby zagrać w „kamień papier nożyczki”, żeby wytypować, kto odprowadzi własną matkę do grobu. Gdybym natomiast sam umarł i to na domiar złego na słynny Covid19...

Moje ciało zostałoby zdezynfekowane płynem odkażającym o wirusobójczym spektrum działania. Następnie bez ubierania w trumienny garnitur, umieszczono by mnie w ochronnym, szczelnym worku. To tylko preludium. Moi najbliżsi, czyli żona i córka, nie miałyby prawa wzięcia udziału w pogrzebie, ponieważ musiałyby obowiązkowo poddać się 14 dniowej kwarantannie, jako osoby potencjalnie zarażone...

Tak daleko posunięta jest aktualnie nasza izolacja. Mało? No widocznie mało, bo jak wyjdziesz na spacer czy pobiegać, musisz liczyć się z tym, że zostaniesz potraktowany jak przestępca. Zwłaszcza, jeśli zamiast spacerowania dokoła bloku, upatrzysz sobie leśną ścieżkę, czy parkową alejkę.

Druga strona medalu wykrojonego z gorącego kartofla to ostracyzm i napiętnowanie ze strony społeczeństwa, które ustami celebrytów wykrzykuje – zostań w domu! W telewizji migają radosne spoty, które mają mnie przekonać, że izolacja jest zarąbista. Jeden prezenter wesoło pogrywa na gitarze na przydomowym podwórzu z widokiem na rzeczkę, drugi z zapałem wozi sianko swoim konikom w prywatnej stadninie, trzeci zamknięty w czterech ścianach gra z dzieckiem w Play Station i śmiechów nie ma końca. Tak się zastanawiam, po co w ogóle te plaże miejskie, bulwary, deptaki, muzea, skanseny, szlaki turystyczne, drogi rowerowe, spływy kajakowe, parki, aleje, koncerty, mecze i spektakle.. Po co to wszystko, skoro w domu siedzi się wręcz idyllicznie?

Zakaz to zakaz, czego nie rozumiesz?!

Nagle wypłynęli na powierzchnię prawni legaliści. Przepisy są przepisami i basta – mówią. Kiedyś był taki przepis, że jak nie byłeś Niemcem, to nie mogłeś usiąść w tramwaju. W Iranie z kolei jeszcze jakiś czas temu mieli przepis, że jak przyłapią kogoś na kradzieży, to ucinają mu rękę. No skoro taki był przepis, to należy się podporządkować zamiast dyskutować nad jego słusznością – powiedzą mi dzisiejsi zwolennicy praworządności. A ja powiem, że jeśli przepis jest głupi, okrutny, albo pozwalający na dowolną interpretację przez funkcjonariusza, to mam prawo poddać w wątpliwość, czy należy się do niego zastosować.

Także tak. Jeśli chodzi o polską walkę z wirusem - mam wątpliwości. Mam wątpliwości, czy aktualne szlachtowanie gospodarki przymusową kwarantanną całego społeczeństwa to optymalne rozwiązanie. Czy nie lepiej byłoby działać punktowo, precyzyjnie, z pomysłem, chłodną głową, bez epatowania „śmiercionośnym wirusem, który wszystkich nas zabije, jeśli nie usadzimy tyłków w domu”.

Zamiast tego mamy szczucie. Przeciwko biegaczom, rodzicom na spacerach z dziećmi, kierowcom, którzy chcą skorzystać z myjni. Mamy głosy znanych ludzi, autorytetów, którzy uważają, że „kto nie dostosowuje się do wytycznych, może być w jednej osobie samobójcą i mordercą”. Tak napisał kilka dni temu na Twitterze Zbigniew Boniek do niespełna miliona swoich obserwatorów.

I myślę, że wielu z nas, biegaczy, czuje te szczucie. Ten dyskomfort. Poczucie, że robimy coś złego. Te nieprzyjemne mijanki z policją, która może upomnieć, ukarać albo w ogóle nie zwrócić uwagi. A później jeszcze czytamy w sieci, że jesteśmy potencjalnymi mordercami. Oglądamy piętnujące reportaże o biegaczach, którzy się nie dostosowali. Zarzucają nam egoizm. Mówią, że nie jesteśmy solidarni. Że - inni mogą sobie odpuścić, a my nie?!

Możemy. Niech mnie ktoś tylko najpierw przekona, że mijając się z kimś na ulicy zarażę go czymkolwiek innym niż uśmiechem. Bo jeśli koronawirus przenosi się drogą kropelkową, to musiałbym podbiegać do ludzi i kaszleć/kichać/pluć im w twarz. Ewentualne brudną ręką dłubać w nosie, ustach lub oczach. Jeśli ktoś w taki sposób wyobraża sobie treningi biegowe – pragnę zdementować.

We just run.

 

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.