Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

Rok 2001

Rok 2001

W roku 2001 widok mężczyzny w rajtuzach budził wszechobecne zdziwienie. Jeśli szedł – pewnie zboczeniec. Jeśli biegł – pewnie też zboczeniec i właśnie ucieka z miejsca zdarzenia. Ludzie spuszczali psy z łańcucha, wołając „Szarik, goń go!”. Z balkonów pluli małolaci, w oknach stukali się po czołach seniorzy. Zimą ktoś rzucił śnieżką, latem kamykiem. Trudno było być biegaczem na początku trzeciego milenium.

W roku 2001, żeby wystartować z bloków potrzebny był młotek. Ciężki młot i wielkie szpilki. Przybijało się nimi bloki do żwirowej bieżni, żeby nie latały. A bieżnia była wybitnie podatna na warunki atmosferyczne. W suchy dzień zamieniała się w beton, po deszczu w mokradła. Przed zawodami pan Tadziu malował linię. Najpierw wyznaczał wzór sznureczkiem, rozpinając go pomiędzy gwoździami. Później zaopatrzony w specjalną maszynkę podsypywał wapno, malując proste i wiraże. Jak pan Tadziu zrobił linie to nie było... we wsi.

Żeby wiedzieć, ile przebiegło się na treningu, potrzebne były pętle. Każda grupa biegowa musiała mieć swój „teren” z wymierzonymi taśmą lub kółkiem pętlami. My mieliśmy 750–tkę, tysiączka, 1750-tkę i trójkę. Była też dyszka wiodąca za miasto, ale praktycznie nieużywana, bo rzadko kiedy przebiegało się tak długi dystans.  Tętno mierzyliśmy palcem. Na szyi przez dziesięć sekund. Mnożyłeś razy sześć i gotowe. Niektórych to przerastało i Buła się wkurzał. Nie wolno było mierzyć kciukiem na nadgarstku, bo kciuk zniekształcał pomiar. Komu po minucie bardziej spadło, ten był w formie. Na rozgrzewce przepychało się drzewa. I wymachy, najważniejsze były wymachy rąk. „Górę rozgrzej, nogi się same rozgrzeją!” - krzyczał Buła i miał rację. Nogi zawsze się same rozgrzewały.

Nie było butów hydrofobowych, ale były worki. Zimą Buła przynosił nam foliowe jednorazówki i kazał zakładać na stopy. Dobrze chroniły przed śniegiem. Nasze koszulki techniczne były w stu procentach bawełniane. Doskonale chłonęły wilgoć, stając się kamizelką z obciążeniem.

W przełajach zamiast chipów dostawałeś do ręki karteczkę. Karteczkę podawałeś na mecie sędziom, którzy nabijali ją na szpikulec. I tak każdemu zawodnikowi z osobna. Jeśli twoja karteczka znajdowała się na samym dole szpilki, przygnieciona przez stertę innych - znaczyło, że wygrałeś. Był też lej, ale mówiliśmy na to lejo. Wyznaczone tasiemkami zwężenie na mecie, do którego należało wbiec. Raz go nie zauważyłem i była afera.

Na zawodach rozkładali się obwoźni sprzedawcy sprzętu do biegania. Głównie Asicsów. Wszystkie błyszczały nowością wyłożone na turystycznych stołach. Przede wszystkim zwracało się uwagę na to, czy buty są lekkie. Jeśli były lekkie, znaczyło, że dobre.

Robiliśmy regularne badania sportowe u lekarza medycyny pracy. Badanie nie trwało długo. Pan doktor pytał nas o wagę i wzrost, po czym przybijał pieczątkę. Raz dla żartu po takie zaświadczenie przyszedł jeden znajomy bez nogi pod dżinsami. Może i nie miał nogi, ale znał swoją wagę i wzrost. Pyk, pieczątka.

W roku 2001 było trochę inaczej niż teraz, ale jedno się nie zmieniło. Kiedy biegniesz przez miasto podczas urwania chmury, ludzie w samochodach patrzą na ciebie z tym samym politowaniem, co prawie 20 lat temu.

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.