Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

jak do tego doszło? nie wiem

jak do tego doszło? nie wiem

Podobnie jak nie ma na świecie człowieka, który chociaż raz nie obgryzałby dookoła delicji szampańskich, tak nie chodzi po tym łez padole biegacz, który – chociaż raz - nie zrobiłby jakiejś treningowej głupoty. Jako prawdziwy weteran mijania się z rozumem i zaprawiony w bojach żołnierz o niepodległość emocji od zdrowego rozsądku – pierwszy rzucę w siebie pustakiem.

Pamiętasz bardzo dobrze, jak dostałeś pierwszy cukierek od swojego dziadka? Ja też nie. Ale doskonale potrafię odtworzyć towarzyszące mi myśli, gdy zamawiałem swój pierwszy w życiu pulsometr. „Och, jakże doskonale będę monitorował postępy” - twierdziłem. „Wreszcie z chirurgiczną precyzją będę trzymał się zakresów intensywności” - prowadziłem wewnętrzny monolog, aż łzy wzruszenia dusiły w krtani.

No więc kupiłem Sigmę, przypiąłem pas na klacie, no i ten... „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu”. A mówiąc normalnie – kros poszedłem robić. Plan na trzymanie się jakichkolwiek ram szybko spalił jednak na panewce, ponieważ bardziej zaczęło mnie interesować tętno maksymalne niż zakresy. Zrobiłem sobie zatem zamiast biegu ciągłego w urozmaiconym terenie, coś na kształt próby wysiłkowej. Głupota numer 1 – odhaczona.

Innym razem miałem zaplanowane nocne zawody na 10 kilometrów. Kiedy obudziłem się rano, poczułem jednak, że coś mnie rozkłada od środka. Termometr okazał się bezlitosny – 37.8 i zaczęło rosnąć. Godziny mijały a temperatura, jak była podniesiona, tak nie miała zamiaru spadać. Bardzo żal było mi jednak zrezygnować z nocnego startowania i nie odebrałem sobie tej przyjemności. Bieg wystartował o 22:00, przy temperaturze powietrza minus 20 stopni Celsjusza. Krzysio miał na słupku rtęci coś koło 38, przy Polibudzie studenci rzucali w nas śnieżkami, a na mecie – do której cudem dobiegłem - dostałem drgawek. Głupota numer 2 – tadam.

Co by tu jeszcze...? A, no przecież! Trener powiedział, żebym zaczął BNP od tempa 4:50 na kilometr. Ale jak usłyszałem – bieg z narastającą prędkością, od razu coś mi przeskoczyło w mózgu. Zacząłem od 4:20. Pomyślałem sobie, że to niemożliwe, że pewnie GPS wariuje, bo wiadomo jak to bywa z satelitami. Na drugim kilometrze wyszło 4:15. Wtedy stwierdziłem, że chyba jednak GPS działa dobrze, ale po prostu – jakoś tak lekko mi się biegnie. Stanąłem przed dylematem: zwolnić i zacząć wszystko od nowa, czy wkręcać się dalej w tę biegową kabałę i każdy kolejny odcinek biec coraz szybciej. Wybrałem to drugie. Z ciągłego planowanego przez trenera na średnie tempo 4:30, wyszedł bieg po 4:00. Głupota numer 3 – kłaniam się.

Innym razem miałem do zrobienia skip A. Byłem wtedy dość poważnie obrażony na pobliski las, w którym błotne ścieżki rozjechane zostały przez ciężki sprzęt. Zdecydowałem więc, że lepszym miejscem do walenia nogami o podłoże, będzie usłany równą kostką brukową chodnik. Z początku pomysł wydał mi się całkiem sensowny, ale później ludzie zaczęli mi cisnąć na fejsie, że to było głupie, więc wrzucam do zestawienia. Głupota numer 4 – trudno, co zrobić?

Na koniec najlepsze. Mam taśmę o długości 25 metrów. Dostałem w spadku po Rydzu (mój były trener, kiedyś biegał maratony, więc się zna). Mam do tej taśmy wielki sentyment, bo lata temu bardzo mi pomogła w wyznaczeniu odcinków do treningu tempowego w lesie. 400 metrów w mniej niż minutę w kolcach po szyszkach – fajne to były czasy. W każdym razie, jakoś rok temu stwierdziłem, że wykorzystam taśmę mocy i jak za starych dobrych lat wyznaczę sobie czterysetkę w terenie. Z pozoru nie jest to trudna rzecz, 4x25 daje 100 i tak 4 razy. Raczej nie można się pomylić. I tak biegałem te 8x400 po każdym powtórzeniu uśmiechając się do siebie gdzieś tam w sercu na dnie, że tak wspaniale mi ta robota idzie. Wróciłem do domu cały podjarany i tylko dla pewności rzuciłem okiem na ślad GPS, jaki pozostał z treningu w Endomondo. Nie mogłem uwierzyć. Na każdym odcinku, jak byk brakowało koło 20 metrów... Jak do tego doszło? Nie wiem, ale polecam się na przyszłość.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że o swoich głupotach opowiadam ludziom, zamiast zapaść się ze wstydu w pudełko po delicjach i nakryć wieko tym sprytnym zapięciem na plaster. 

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.