Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij

jestem lepszy od Kipchogego

jestem lepszy od Kipchogego

Zazwyczaj mam normalne sny. Goni mnie monstrualnych rozmiarów królik bez górnej jedynki, za to z obłędem w oczach, a ja choć kręcę nogami niczym holenderski wiatrak – nie mogę uciec. Klasyka gatunku. Tym razem przyśniło mi się jednak coś naprawdę od czapy. Byłem lepszy od Kipchogego.

Wszystko zaczęło się od tego, że robiłem sobie w lesie podbiegi. Na szczycie górki, po wykonaniu ostatniego powtórzenia, nagle na wysokości moich oczu zawisła złota rybka. Niby rybka, bo z łuskami, ale trochę jakby ptak, bo ze skrzydłami. Dziwne, ale nie wyczułem, że coś tu ewidentnie śmierdzi, tylko dawaj, wdałem się z rybką w rozmowę.

- Wow, złota rybka!
- Egzakli. A teraz słuchaj no, spełnię twoje trzy życzenia. Z tym zastrzeżeniem, żebyś mi tu nie cwaniakował, że pierwszym życzeniem jest to, że chcesz mieć sto życzeń, bo nie z takimi kolodentami już miałam do czynienia w swojej wieloletniej i usłanej szkłem z rozbitych butelek po mleku, że się tak wyrażę – karierze.
- Dobra luz. No to ja bym chciał być lepszy od Kipchogego.
- W czym?
- W maratonie.
- O ile?
- O 10 minut.
- Deal. I tym sposobem załatwiliśmy temat. Trzy życzenia – lepszy od Kipchogego, w maratonie, o 10 minut.
- Fuck.
- Masz to jak w banku. To ja lecę... albo spływam... Demet... Nigdy nie wiem. Auf wiedersehen!
- No ja ciebie też daswidania!

I taka to była rozmowa. Nie ukrywam, że na początku nie dawałem wiary złotej rybce i jej obietnicom. Ale gdy zacząłem biec... Gdy zacząłem biec... Tempo 3:30? Wolno. 3:00? Wolno. 2:36? Ja pierdzielę, mógłbym tak przebiec maraton!

Nie za bardzo wiedziałem, jak ogłosić światu tę dobrą nowinę, że jestem gotowy na Orlenos1:49. Najpierw napisałem maila do PZLA, ale odpisali, że muszę uzyskać wskaźnik a potem jeszcze potwierdzić dyspozycję startową, a decyzja i tak będzie zależała od opinii szefa wyszkolenia bloku wytrzymałości. Potem skrobnąłem coś do World Athletics i ci już odpisali trochę mniej formalnie.

Dear Krzysztof,
Please no kidding. We are very busy now.
Bye!
Seb Coe

Byłem w kropce. Cóż za dramat, jestem biegowym geniuszem, którego nikt nie rozumie – myślałem trzaskając rozbiegania po 3:12/km i ziewając przy tym ze znudzenia.

Wpadłem jednak na pomysł, żeby przyszpilić w ciemnej bramie jakiegoś Polaka z pakietem na Tokio Marathon, przepisać numerek na siebie i w Japonii potwierdzić, że jestem nowym królem maratonu. Tak też się stało. Co prawda, żeby sfinansować całą operację musiałem najpierw opchnąć tapczan i dwie szafy, wziąć kredyt w Providencie, a w osiedlowym sklepiku zrobić kilka zakupów na tzw. krechę, ale -  traktowałem to jako inwestycję.

Przetruchtałem sobie to Tokio na 2:04:59 i się zaczęło. Fanki, kontrole antydopingowe, fanki, siku, krew, krew, siku, ale w końcu otrzymałem zaproszenie na London Marathon, gdzie miałem stanąć oko w oko z Kipchogem i Bekelem.

Niedziela, 26 kwietnia 2020, Londyn. Stoję w jednej linii z najlepszymi biegaczami wszech czasów. Brytyjski wodzirej daje znak, że już za kilka sekund wystartuje wyścig, który przejdzie do historii. 3! 2! 1! Start!

- Krzysiek... Krzysiek... - usłyszałem głos, jakby zza ściany.
- Co jest?
- Krzysiek wstawaj, już późno – gdy otworzyłem oczy zobaczyłem żonę zamiast Londynu, Kipchogego i Bekelego.
- Nieee, to był jednak sen?!
- Co? Co ci się znowu śniło? Królik bez jedynki?
- Nie. Byłem lepszy od Kipchogego, o 10 minut! - krzyknąłem rozemocjonowany.
- Kipchogego? To jakiś biegacz? - dopytywała.
- Kipchoge, ale Kuba każe odmieniać. Tak, biegacz.
- Jakiś dobry? - drążyła.
- Najlepszy na świecie, przebiegł maraton poniżej 2 godzin! - wyjaśniałem.
- To szybko? - była dociekliwa.
- Po 2:50 na każdy kilometr! - tłumaczyłem.
- I tak przez 50 kilometrów?

Dopiero w tym momencie do mnie doszło, że sen się skończył i jestem z powrotem w normalnym świecie, w którym większość ludzi nie ma pojęcia - kim jest Kipchoge i na ile kilometrów jest ten maraton.

 

____________________

Krzysztof Brągiel – biegacz, tynkarz, akrobata. Specjalizacja: suchy montaż i czerstwe żarty. Ulubiony film: „Pętla”. Ulubiony aktor: Marian Kociniak. Ulubiony trening: świński trucht. W przyszłości planuje napisać książkę o wszystkim. Jeśliby się nie udało, całkiem możliwe, że narysuje stopą komiks. Bycie niepoważnym pozwala mu przetrwać. Kazał wszystkich pozdrowić i życzyć miłego dnia.